Biblioteka - debiuty
- +   -

Biblioteka miejsko-powiatowa w Kwidzynie



BIERZEMY UDZIAŁ
W PROGRAMACH:
Badzińska Julia
"Dziewczynka z ozdobami". Tekst zgłoszony do konkursu w 2013 roku.

GODŁO BABAJU

Dziewczynka z ozdobami

W miasteczku zwanym Marienwerden, dziś jako Kwidzyn znanym, mieszkały dzieci - Greta i Harry. Dziewczynka nie miała tyle szczęścia, co jej przyjaciel, bo pochodziła z ubogiej rodziny. Harry zaś wywodził się z rodziny rzemieślniczej, toteż rodzice nie szczędzili pieniędzy na jego zachcianki. Nie zepsuło to jednak chłopca, który przedkładał towarzystwo ubogiej Grety nad zabawy z dziećmi z cechu.  

Miasteczko, w którym mieszkali, było niewielkie, ale bardzo piękne i zadbane. Miało zaledwie kilka większych ulic, skupionych wokół katedry i Ratusza Staromiejskiego, ale było to pewną zaletą, bowiem większość mieszkańców znała się nawzajem i biesiadowała wspólnie podczas dorocznych festynów i odpustów.

Opowieść ta zaczyna się 24 grudnia. Tego mroźnego dnia gęsto sypał śnieg. Ulicą Podgórną szła przygarbiona Greta odziana w cieniutki kubraczek. Było jej bardzo zimno, bo już od dłuższego czasu chodziła w okolicach Starego Miasta. W jednej ręce trzymała siatkę, a w niej samodzielnie wykonane ozdoby choinkowe. Drugą dłoń skrywała w dziurawej kieszeni. Co jakiś czas zatrzymywała przechodnia, pokazując swoje dzieła i prosząc o ich zakup. Mieszkańcy Kwidzyna chętnie je kupowali, gdyż były bardzo piękne, poza tym ludność tutejsza przywiązywała wagę do tradycji i w Boże Narodzenie każdy chciał, by jego choinka była najpiękniejsza na całym Dolnym Powiślu.

Greta nie marzyła o strojnej choince, prezentach skrywanych pod jej zielonymi  ramionami, chciała nazbierać pieniędzy dla rodziców, by te święta choć trochę różniły się od zwykłych dni. Jedną z ozdób kupiła rodzina Harrego, zachęcana namowami chłopca, który ciągle rozpowiadał o talencie Grety. Było już bardzo późno, gdy dziewczynka postanowiła wrócić do swojego domu na obrzeżach miasta. Musiała przebyć daleką drogę, zmagając się z zaspami i zaroślami. Kiedy tak smagana biczami mroźnego wiatru, brnęła przed siebie, jej wzrok przykuła feeria świateł z domu Harrego. Zaciekawione magią tego miejsca dziecko mocowało się z żelazną, bogatą zdobioną furtką, której klamka nieco przymarzła. Pokusa zajrzenia do środka była jednak silniejsza niż rozum i w końcu Greta weszła na brukowany placyk, a stamtąd wprost pod drzwi tarasu.

 W jednej chwili jej oczom ukazał się baśniowy widok. Willa, w której mieszał jej przyjaciel, choć na zewnątrz imponująca, w środku okazała się wręcz magiczna. Greta ujrzała ogromny salon z owalnym sufitem zwieńczonym sztukateriami, z którego zwisał mosiężny kandelabr. Na wprost stała wielka szafa gdańska tak bogato rzeźbiona, że przez chwilę dziecko nie mogło oderwać wzroku od ornamentów, które zdawały się żywe. Potem dziewczynka przeniosła wzrok na wysoką choinkę, która roztaczała taki blask, że każda szyba mieniła się jej kolorami. Pod drzewkiem w kolumienkach poukładane były prezenty. Już same opakowania zapowiadały niezwykłość tych rzeczy. Każde zaopatrzone w jedwabną  wstążeczkę i bilecik. Greta zamarzyła, by dostać choć jeden taki kartonik, jedną tasiemkę. Wstążkę wpięłaby w swoje złotorude włosy, a pudełeczko służyłoby jako skarbonka na zarobione pieniądze.

W końcu dziecko spojrzało na stół. Wypełniał cały środek salonu. Wokół, na wyściełanych atłasem krzesłach, siedzieli Harry, jego rodzice, rodzeństwo, dziadkowie i kilka pięknie ubranych osób. Towarzystwo wesoło rozprawiało, zdejmując z półmisków niezwykłe potrawy. Były tam bażanty i inne ptactwo, którego pełne były kwidzyńskie lasy; mięsiwo, ryby najpewniej w Wiśle łowione, egzotyczne owoce i inne cuda, których Greta nie potrafiła nawet nazwać.

 Dziewczynka pomyślała, że dziś wieczorem nie zje z rodzicami tak pysznej kolacji. Mama znów będzie płakać, a tata popatrzy na nią jak zwykle ze smutkiem i bezradnością. Greta tak bardzo chciała pomóc swojej rodzinie, ale była tylko dzieckiem. Czując, że ręce grabieją jej z zimna, postanowiła pójść do domu, by nie podzielić losu dzieci, które zamarzły tej zimy. Gdy opuściła teren domu Harrego, niepostrzeżenie wpadła na starszą kobietę, która wyrosła przed nią niczym góra, choć wydawało się, że w pobliżu nie ma żywej duszy. Dziecko niechybnie wystraszyłoby się zjawy, gdyby kobieta nie przemówiła ciepło, pytając o ozdoby. Greta miała jeszcze jedną bombkę z gałganków, ale przemokniętą i przybrudzoną. Mimo wszystko kobieta nie kryła zachwytu dla zręczności rąk dziewczynki, lecz nie miała pieniędzy, by zapłacić za ozdobę. Nikt lepiej od małej handlarki nie znał przykrego poczucia niemożności sięgnięcia po coś wymarzonego, dlatego podarowała nieznajomej bombkę w nadziei, że sprawi tym komuś radość. Kobieta jednak nie chciała być dłużniczką i  w zamian dała Grecie małego kotka. Mała od razu przytuliła go do siebie. Był taki malutki i cieplutki. Nie miała rękawiczek, a trzymając zwierzątko, czuła się jak w najcieplejszej mufce.

Razem wrócili do domu. Rodzice zmartwieni spojrzeli  na córkę i małe stworzonko, które trzymała. Tak ciężko było im zdobyć jedzenie dla ich trójki, ale pozwolili Grecie zatrzymać kotka.

Przyszedł czas wigilijnej kolacji. Rodzina odczytała fragment Ewangelii i przełamawszy się opłatkiem, usiadła do stołu. Uboga była to wieczerza. Na talerzu leżały trzy płocie z trudem przez ojca w Liwie złowione, ale nikt nie martwił się tym. Ważne było dla nich, że siedzieli teraz razem i przeglądali się w swych oczach jak w błyszczących bombkach.

Wtem kotek nieśmiało otarł się o nogę matki, a ta włożyła mu do małego pyszczka kawałek opłatka, bo nic innego nie było już na stole. Kotek wyprężył grzbiet i przemówił  ludzkim głosem. Powiedział dziewczynce, aby pomyślała życzenie. Od razu przypomniała sobie widok szczęśliwej rodziny Harrego. Poprosiła więc kotka, by ona i jej najbliżsi mogli żyć jak jej przyjaciel.

Świat zwirował, a Greta znalazła się w pięknym pokoju. Mama tuliła się do taty na wygodnej kanapie pokrytej poduszkami, a ona sama bawiła się na podłodze ze swoim ulubieńcem. Spojrzała w okno. Stała tam starsza kobieta, ta której podarowała ozdobę. Nieznajoma uśmiechnęła się do niej, a dziewczynka szepnęła: ?Dziękuję?. Na drugi dzień Greta bała się otworzyć oczy, myślała bowiem, że na pewno czar prysnął, a ona znów jest biedna. Wtedy usłyszała śmiech mamy i już wiedziała, że jej wczorajsze życzenie nadal trwa. Miała pewność, że przez kolejne lata ona i jej rodzice będą żyć długo i szczęśliwie. A co z Harrym, zapytacie? Namówił Gretę, by rozwijała swój artystyczny talent. Dziewczyna ukończyła Akademię Sztuk Pięknych i otworzyła sklepik z wyrobami artystycznymi. A że wyrosła na piękną, mądrą i niezależną kobietę, to któregoś dnia Harry wyznał jej miłość i poprosił o rękę, co dziewczyna przyjęła z niekłamanym zachwytem.

Po dziś dzień na starych pocztówkach z Kwidzynem zobaczyć można kamieniczki Starego Miasta, a w jednej z nich sklepik z osobliwą gałgankową bombką na wystawie. To sklepik Grety z Marienwerder.

?
Bieżuński Mateusz
Praca nadesłana na konkurs w 2013 roku.

Prolog
12 Sierpnia Roku Pańskiego 1099
Rzym, Państwo Kościelne

Kardynał  Manchiono nerwowo przerzucał kartki księgi rachunkowej.  Wyjątkowo kolejne cyfry przyprawiały go o złe samopoczucie. Nie miał sił. Odłożył księgę i wyją czystą kartkę papieru. Powoli zaczął pisać:
Drogi Edgarze!
Znasz moją sytuację. Nie maluje się w różowych barwach. Mam jednak pomysł jak się z tego wyplątać?.. Dlatego proponuje??
Prolog 2
12 Radżab roku Hidżry 459
Damaszek, Państwo Seldżuków
Młody mężczyzna wolno przemierzał ulice miasta. Mimo wyjątkowo palącego słońca nie spieszył się do domu. Jego myśli krążył nie wokół obecnej pogody a???

Rozdział 1
3 kwietnia Roku Pańskiego 1100
Pobliże Targu Miejskiego
Jerozolima, Królestwo Jerozolimskie

Jedna z wielu wąskich uliczek Świętego Miasta powoli zamieniała w dużą arterie. Większy niż zazwyczaj tłum radośnie rozbrzmiewał niezliczoną ilością odgłosów. Wśród beczenia owiec, śmiechów dzieci, czy odgłosów lutni, wprawny słuchacz bez trudu odnajdzie swój język ojczysty. Ucieszyło to Bernarda który dopiero aklimatyzował się w tym miejscu. Wielodniowa wędrówka od Paryża, przez Konstantynopol aż tu, do tego cudownego miasta osłabiała go. Przeciągnął się. Wprawdzie ciężka stalowa zbroja nie podzielała jego chęci wyprostowania zmęczonych kości, aczkolwiek nie przeszkadzało mu to. Jego oczy rozkoszowały się różnorodnością widoków. Kolorowe tkaniny, owoce i warzywa które pierwszy raz widzi, a także mieszanka nacji i narodowości przyprawiały go o zawrót głowy. Przysiadł pod palmą. Zamyślił się. Jeszcze kilka miesięcy temu, pożary, choroby, głód, i śmierć była wszech obecna. Teraz nikt nie domyśliłby się tego, że miasto przez 3 miesiące cierpiało trudy oblężenia. Odgonił złe myśli. Tyle rajskich widoków jak ręką sięgnąć a on myśli o takich rzeczach. Z wielkim problemami podciągnął się poczym ruszył w dalszą drogę. Stukot jego butów odbijał się donośnym echem wśród zakamarków miasta. Tutaj tłum zmniejszył się, sporadycznie widywał tylko przechodniów. Zdumiało go, że w tak wielkim mieście może być cicho o innej porze niż noc. Nagle ulica skręciła i znalazł się na olbrzymim jerozolimskim rynku. Był to plac dużej powierzchni. Oprócz kilku mniejszych uliczek to dwie olbrzymie drogi były najważniejsze. Właściwie to jedna, ale wszyscy rozdzielają je na dwie. Pierwsza kierowała się w górę, zmierzając do zamku króla Baldwina , natomiast druga na południe do bramy.  Miejsce było to odgrodzone wysokim na kilka sążni budynkami bogatych kupców i byłych żołnierzy, weteranów ostatniej wojny. Z zachodu zaś uwagę przyciągał kościół św. Piotra którego złote kopuły skutecznie raziły oczy Bernarda. W oddali natomiast malował się zamek i największa z kopuł???
Rozdział 2
3 Rabi As-Sani roku Hidżry 460
Dzielnica Muzułmańska
Zniewolona Jerozolima
Nawet takie wielkie i głośne miasto czasem cichnie?.. Wtedy po ulicach krążą tylko bezpańskie zwierzęta? Jednak nocy dzisiejszej pewien człowiek w przeciwieństwie do reszty społeczeństwa wybrał się na nocną przechadzkę? Stukot jego obuwia odbijał się głośnym echem wśród zakamarków miasta. Lubił to miejsce. Było zupełnie inne niż jego rodzinny Damaszek. Brudny i śmierdzący Damaszek. Gdyby nie rozkaz od kapłana by tu przyjechać najprawdopodobniej dalej włóczył by się po ulicach. Allach miał go w opiece. Spotkanie Machmada odmieniło jego życie.  Doskonale pamiętał tamten dzień. Było  gorąco. Wszyscy biegali do zimnych i kojących  strumieni fontann miejskich. Nie on. Jak zwykle błąkał się po mieście bez celu lub by ukraść coś do jedzenia. Wtedy go spotkał?? Wspomnienia Alego powstrzymał znajomy widok. Tak, tu osiadł Muhammad ich obecny dowódca, a prywatnie młodszy brat Machmada.
-Kto tam?- rozległ się cichy, lekko charczący głos.
-Sprzedaje dywany. Perskie dywany- wyszeptał hasło
-Wejdź dziecko czekamy na Ciebie.
Izba ta była duża jak na zarobki właściciela. Na prawdziwym perskim dywanie siedziało kilka osób. W szczególności jedna przykuła jego uwagę?
-Witajcie dzieci- zaczął ? Był to wysoki  brody mężczyzna o pociągłej twarzy. Najbardziej rozpoznawalnym miejscem na jego buzi była wielka blizna pod prawym okiem.  ?Zapewne zastanawiacie się po co was  tu zebrałem? Ano na to pytanie odpowie nam ten człowiek, pan Konsantinos?.
-Niewierny?!
-Spokojnie. Samo Cesarstwo ma dla nas propozycje? -zaczął Grek- Wiem, że nie ufacie mi ale to powinno wam pomóc  w pozytywnym rozpatrzeniu mej propozycji- powiedział rzucając brzęczący woreczek na podłogę?..   

Rozdział 3

5 kwietnia Roku Pańskiego 1100
Katedra Św. Jana
Jerozolima, Królestwo Jerozolimskie
-In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti-przeżegnał się kapłan na zakończenie prymy
-Amen- chórem odpowiedzieli rycerze, poczym rozeszli się do swoich zajęć.
-Bernardzie, poczekaj synu- krzyknął z oddali jakiś głos. Głos okazał się ojcem Pawłem.                                                          Nie był to typowy zakonnik. Młody, barczysty mężczyzna o nie zwykłej ochocie do rozmów. Szczególnie po miodzie. Bernard poznał go jeszcze w drodze do Ziemi świętej.
-Tak Pawciu?
-Komendant Cię wzywa.
-Mnie? Czemu?
-Nie wiem. Coś przeskrobał?- uderzył go lekko
Nie odpowiedział. Nie miał ochoty do rozmowy. Dlaczego to jego hrabia Edgar tu wysłał? Stanął na wzgórzu. Całe miasto leżało u jego stóp. Widok ten zdecydowanie poprawił mu humor. No trudno trzeba iść do komendanta?..

Rozdział 4
16 Rabi As-Sani roku Hidżry 460
Gdzieś w pobliżu Zamku Baldwina I
Zniewolona Jerozolima
Na tle wielkiego wiosennego księżyca nawet tacy mistrzowie cichego przemieszczania się  byli widoczni jak na dłoni. Mimo to, nikt nie przeszkadzał bezszelestnie przeskakiwać nad dachami domów. Zwinność i szybkość ów mężczyzn zawsze budziła zdziwienie u Niewiernych. Alemu to jednak nie przeszkadzało. Wiele lat szkolono go do takich rzeczy. Zadanie dzisiaj było wyjątkowo proste: Wejść, zabrać mapę i wyjść. Nic prostszego. Uśmiechnął się do siebie. Już nie długo będzie pławił się w złocie??
Rozdział 5

17 kwietnia Roku Pańskiego 1100
Jerozolima, Królestwo Jerozolimskie
Dom filozofa Jakoba
-Puk puk- rozległ się głośny odgłos kołatki
-Któż to przybył w me progi?- krzyknął stary Żyd- A, to pan- uśmiechnął się- Zapraszam
-Dziękuje. Czy wie pan w jakim celu tu jestem?
-Ależ tak, tak. Może napije się pan bardzo dobrego wina?
-Dziękuje panie Jakobie- powiedział Bernard- Chętnie
Rycerz wszedł do izby. Było to malutkie pomieszczenie. Na środku drewnianej, trochę już spróchniałej podłogi stał duży bogato rzeźbiony stół. Z braku miejsca pełnił on role kuchni warsztatu i biblioteki. Przednim znajdowało się maleńkie okno z widokiem na dzielnice muzułmańską i dalej na bramę św. Michała. Natomiast po dwóch przeciwległych bokach znajdowały się jedyne odkurzone miejsca  w tym domu: półki ze starymi zwojami. Pan Jakob był już bardzo starym człowiekiem. Od niepamiętnych czasów człowiek ten spędzał czas na rozmyślaniu, czytając wielu wybitnych autorów pisarzy i filozofów. Był gościem wielu dworów książęcych i królewskich, a i często widywano go u cesarza, czy to Bizantyjskiego czy Niemieckiego?. Upływ czasu i stan zdrowia uniemożliwił mu jednak dalsze wędrówki. Teraz zgarbiony, siwi, niedosłyszący i schorowany zamknięty w czterech ścianach swej izby dożywał ostatnich dni swego pięknego i godnego życia.
-Pyszne- zaczął Bernard sącząc łyk słodkiego wytrawnego wina- Czy powie mi Pan co wie Pan na temat klejnotu?
-Oczywiście??
900 lat wcześniej
Imperium Rzymskie, Tereny pod kontrolą Powstańców Bar-Kochby
Oblężony Bethar, kwatera główna Rebeliantów
Nieznośny syk ognia palącego zabudowania doprowadzał Jonasza     do rozstroju nerwowego. Nie głód, nie wszech obecna śmierć, ale właśnie to. Dużo widział w czasie tej wojny, ale z niewiadomych przyczyn to ogień przerażał go najbardziej. Czasem żółty, pomarańczowy lub czerwony niczym maki w polu. Śmiercionośny jak miecz, ale też to życie dający. Używany w sposób dobry będzie niósł szczęcie. W nie właściwych rękach będzie niszczył wszystko co mu stanie na drodze?
-Jonasz!
-Hm?- wydał pomruk zamyślony
- Książę chce Cię widzieć- zakomunikował Piotr- Był to ok 20 letni niski chłopaczek z Jaffy. Zastępował go jako dowódca oddziału.
-Idę- rzucił od niechcenia, poczym pobiegł w kierunku namiotu dowództwa.
-Dzień dob??
-Siadaj Jonaszu- przerwał mu Szymon Bar-Kochba- Mam dla Ciebie zadanie. Ostatnie zadanie tej wojny. Widzę grymas na twej twarzy. Sam wiesz że sytuacja jest zła.
Była to prawda. Na początku cała prowincja była pod ich kontrolą. Jednak do Judei wkroczył Sekstus Juliusz Sewerus na czele kilku rzymskich legionów które zmiotły z powierzchni kilkanaście naszych oddziałów. Później padła Jerozolima a teraz to?.
-Słuchaj. Weź to. To klejnot. Bardzo cenny. Pamięta jeszcze czasy Salomona. Dla nas jest bezcenny. Wisiał nad wejściem do świątyni. Zrób z nim co chcesz byle nie trafił w ręce Rzymian
-Dobrze?..
Rozdział 6

21 kwietnia Roku Pańskiego 1100
Konstantynopol Cesarstwo Bizantyjskie
Pałac Cesarski
Konstantynopol, niegdyś mała grecka osada, teraz stolica olbrzymiego imperium, spadkobierca potęgi państwa obejmującego cały świat- Cesarstwa Rzymskiego?. Podzielone w 395 roku na dwie części: Zachodnią i Wschodnią mimo upadku Rzymu, Bizancjum nadal się trzyma. I trzymać się będzie. To państwo nigdy nie zniknie.  Owszem bywały momenty gdy trzymało się tylko na Bałkanach, ale bywały gdy zachodnia granica była aż na terenach Półwyspu Iberyjskiego. Nauka, armia, kultura?. We wszystkich tych dziedzinach i wielu innych Grecy przodowali. I przewodzą. Papastraklos był dumny że mógł doradzać właśnie tu. Wdzięczny że ta ziemia go wychowała, wykarmiła. Poprzysiągł Bogu że będzie za wszelką cenę pomagać ojczyźnie. Jego trzewiki, dawały głośne echo na marmurowej posadzce. Ogromne kolorowe szklane okna malowały całą gamą barw i odcieni olbrzymi hol. Dookoła stały monumentalne posągi. Każdy nieruchomy, bez emocji. Na wieki zaklęty w kamieniu. Spojrzał przed siebie. Spojrzenie jego przejął Cesarz Justynian. Od zawsze stoi w tym miejscu. Czy czasy były spokojne czy burzliwe, on zawsze taki sam. Poważny, spokojny, w całej swej okazałości. Zawsze dzierży w prawej dłoni miecz, natomiast w lewej księgę. Ciągle taki sam. ?Oj Justynianie jakbyśmy teraz Cię potrzebowali? Nie przesadzał. Wiedział że nic nie stanie się jego państwie, ale wyniósł z domu chłodną kalkulacje. Sytuacja taka różowa nie była. Cesarz Aleksy poprosił Papieża w obronie przed niewiernymi.  Ziemia Święta była wolna ale?? Na szczęcie miał plan. Zaangażował do tego najlepszych. Niekoniecznie swoich? Uśmiechnął się. Już niedługo będą mu stawiać pomniki?..
Rozdział 7
18 kwietnia Roku Pańskiego 1100
Jerozolima, Królestwo Jerozolimskie
Zamek królewski, Gabinet Komendanta Miasta
-Przejdźmy do rzeczy panie Bernardzie-wydusił komendant. Jego marsowa mina mówiła wszystko- Zna pan szczegóły ostatniego, hm?. Jak by to nazwać?.. incydentu? -wydusił rycerz.
-Oczywiście- odpowiedział Bernard. To okropieństwo stało się 2 dni temu. Oddział szkockich najemników mający pełnić nocną warte przy zamku odkryła 3 ciała żołnierzy z poprzedniej zmiany. Diagnoza: zadźganie. Owszem zdarzały się akty nie subordynacji  takie jak nie płacenie danin, zamieszki itp. Jednak  dotychczas żaden chrześcijanin nie zginał. Żołnierze krzątają się teraz po mieście i próbują odnaleźć bandytów. Król Baldwin cofną natomiast zapowiadaną na pojutrze amnestię. Komendant Richolie poruszył niebo i ziemie w celu znalezienia sprawców. Jak dotąd bezskutecznie
-Musi pan poznać parę delikatnych faktów co do śmierci tych chłopców-wyszeptał komendant.
-Jakich?- zaciekawił się Bernard.
-Po pierwsze zginęli przez uduszenie, a nie tak jak pan wie.
-Co pan chce przez to powiedzieć?- z lekkim niepokojem zapytał się Bernard
-Czego pan nie rozumie? - poirytował się Richolie- Zadusili ich.
-To skąd te rany kłute? Sam widziałem???- wydusił przestraszony.
-Oj Bernardzie, Bernardzie- zaśmiał się komendant- Mamy bardzo dobrych malarzy. Trochę farby tu i tam?..
-Morderca?. Zawiśniesz na stryczku!- krzyknął Bernard wyszarpując miecz z pochwy- Giń psie!
-Spokojnie- powiedział ze stoickim spokojem Richolie w porę blokując uderzenie Bernarda- Podejrzewałem że pan tak zareaguje. Kodeks rycerski, honor i te inne brednie. Proszę pana, nikt nie cieszy się że tu jesteśmy. Szanuje tradycje, sam przecież przysięgałem przy pasowaniu. Nie mogę pozwolić żeby moi podkomendni mieli jakie kol wiek  problemy. Rozumie pan, Bernardzie?
-Przepraszam za me grubiańskie zachowanie?..- wymamrotał Bernard
-Wybaczam panu- uśmiechnął się Richolie- Powiem z innej beczki: czy wie pan czemu orla wieża jest zamknięta?
-Miał być remont?.
- a było włamanie z kradzieżą-przerwał komendant.
-Czyżby obie zbrodnie są ze sobą powiązane?
-Dobrze pan myśli. Zna pan sektę haszaszynów?
-Myśli pan że to?.
-Nie myślę, lecz wiem. Wszystko na to wskazuje: nikt nic nie widział nikt nic nie wie..  Wiedzieli czego szukać..
-Czyli mamy konkurencje?
-Niestety, panie Bednarze niestety. Niech Bóg ma nas w swojej opiece.
Rozdział 8

18 Rabi As-Sani roku Hidżry 460
Dzielnica muzułmańska
Zniewolona Jerozolima
Zrobili to! Żadnych świadków, żadnych strat. ?Allach jest wielki? pomyślał. Ali rozsiadł się wygodnie. Na twarzach jego kolegów też malował się uśmiech. Do teraz nie może uwierzyć, że nie zauważeni weszli do ich głównej siedziby, zabrali mapę i wrócili. Nalał jeszcze trochę wina. Dzisiejszy wieczór zaplanowali z kolegami na wielką biesiadę. Wino, mięso, owoce, tańce, zabawy?.. Rozmarzył się. Dawno tak się nie bawił. U niego w Damaszku nigdy by się tak rozerwał.
-Allach akbar!- zakrzyknął Muhammad.
-Allach akbar!- odkrzyknęli zgromadzeni.
-Cesarstwo też wam jest wdzięczne- spokojnie oznajmił Konsantinos- Umowa, umową trzymajcie-powiedział Grek podając Muhammadowi 2 wielkie wory pełne błyszczących, złotych monet.
-Cała przyjemność po naszej stronie?.. -rzucił na pożegnanie Muhammad. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem- ?a oprócz tego po naszej stronie zostanie ta oto mapka?. A koledzy z Bizancjum pocieszą się fałszywką?.
Rozdział 9
28 kwietnia Roku Pańskiego 1100
Pustynia Negev, Królestwo Jerozolimskie
Gdzieś wśród piasków
Ogromna czerwona kula paliła nie miłosiernie. Ani Bernard ani żaden z jego ludzi niemieli najmniejszej ochoty do kopania. Najprawdopodobniej nawet nie natkną się na klejnot. Miał on okazje by przejrzeć mapę, jednak zrobił to powierzchownie. Wtedy nie wiedział że saraceni też mogą szukać skarbu. Jednak na co im on był? Co prawda, on też nie do końca wiedział do czego on jest potrzebny hrabiu Edgarowi ale powinność lenna wymagała poświęceń.
-Kop kop chłopie!- poganiał jednego, spracowanego już kopacza- Nie za leżenie Ci płace.
-Dobrze, dobrze już idę- rzucił od nie chęci najemnik- Wezmę tylko jeszcze łyk wody. Eee, skończyła się-wydał pomruk nie zadowolenia.
Mógł mieć racje. 4 dni na pustyni wymagają wielu litrów wody. Do tego ciągła praca fizyczna?
-Franiu idź no po parę beczek do naszej obstawy. Może im jeszcze coś zostało- zakomenderował Bernard.- Weź kilku do pomocy. Po południu macie się zbierać. O zmroku wyruszamy
On też miał już dosyć. Jego ciało nie lubiło takich upałów. Nie miał już nawet na sobie zbroi. Zdjął ją już po wyjeździe z Jerozolimy. Warto było posłuchać ojca Pawła i ubrać te płócienne ubrania. Zostawił sobie tylko rycerski pas z wiadomych względów.
-Gdzie oni są?- wrzasnął robotnik- nie wid???.. O Jezu! Saraceni! Ratuj  się kto może!
-Saraceni?!- wykrzyknął zaniepokojony Bernard- Franek chodź tu!

W tym momencie strzała przeszyła Franka. Za wzgórz wyleciało 20 uzbrojonych Arabów. Z krzykiem na ustach rzucili się na jego ludzi. Ci zaś, przestraszeni, zaczęli uciekać. Ze wzgórz posypały się strzały. Dokoła zaczęli pokazywać się coraz to nowi Arabowie. Zostali okrążeni. Gdzie jest obstawa?! Co robić? Wiele myśli przelatywało Bernardowi przez głowę. Co niektórzy z kopaczy pochwycili kilofy, siekiery i łopaty i podjęli nie równą walkę z napastnikami. Wiedział że musi wypełnić swój rycerski obowiązek. Musi ochronić słabszych. Nawet jeżeli oznacza to? Wyszarpał miecz. Długi, jednoręczny. Na lśniącej klindze wygrawerowany był napis ?Velit Deus custodiunt nos in sanitas?. Otrzymał go jeszcze od ojca. Ten zaś od swojego. Jego przodek walczył  nim jeszcze pod Poitiers. Rzucił się w wir walki. Kątem oka zauważył kilku robotników, którzy tworząc  małe kółko odpierali nawałem muzułman. Wziął zamach. W tym momencie na ziemie padło kilku martwych napastników. Ów kółko korzystając z pomocy Bernarda zaatakowało innych Arabów.  Wywiązała się krwawa, wyrównana walka. Po obu stronach straty były coraz większe. Szczęk broni, jęki rannych?.
*
W tym samym czasie na wzgórzu
-Ali widzisz tego  dryblasa co powalił  już wielu naszych?
-Widzę
-Wiesz co masz robić
-Tak jest
*
Bernard opadał z sił. Zbyt wielu napastników już wyeliminował.  W tym momencie na niego skoczył inny lżej ubrany niż wszyscy. Bernard uderzył go mieczem. On jednak w porę zablokował jego uderzenie, poczym wyprowadził zręczną kontrę. Był zdecydowanie lepszy niż reszta Arabów. Bił się z nim dłużej niż z resztą. Nagle przeprowadził on zręczne zagranie. Oślepił Bernarda blaskiem słońca odbitym od miecza, poczym kopnął go w brzuch.  Stanął nad nim. Położył stopę na jego piersi. Podniósł jego miecz, poczym położył ostrze na jego szyi. Wiedział że to koniec. Spojrzał mu w oczy. Wziął zamach. Jednak miecz w bił nie w szyje, a w ziemie tuż obok?
Rozdział 10

6 Dżumada al-ula roku Hidżry 460
Dzielnica Muzułmańska
Zniewolona Jerozolima
-Nie dobrze, oj nie dobrze- zaczął Muhammad- Nie mają mapy i wiedzą gdzie szukać. Trzeba począć jakieś środki?. Ale jakie?
-Grecy zaraz się skapną, a oni nam nie popuszczą po ataku. Widzieliście co działo się na mieście po włamaniu, a po tym??- nie pewnie zaczął Ali
-Zaprawdę powiadam wam, dzieci, mamy problem. Co począć?- gdybał dowódca gładząc się po brodzie.
-Ja wiem- oznajmił ktoś z boku.- Spytajmy się zdrajcy??.
Ali nie wiedział że chodzi o niego. Powoli grupka zabójców okrążała go. Gdy się zorientował, miał już skrępowane ręce.
- O co wam chodzi?- wrzasnął Ali- Co ja niby zrobiłem?
- Bardzo ładnie powaliłeś tego niewiernego. A to zagranie z oślepieniem, mmm czysty majstersztyk. Tyle tylko że miałeś się go pozbyć. A nie wbić miecz w ziemię
- Honor nie pozwala zabić leżącego- tłumaczył się Ali
-Honor honorem, ale?
W tym momencie przez drzwi i okna wpadło kilku mężczyzn. ?Wiedziałem? przeleciało mu przez głowę. Wszyscy podnieśli ręce do góry. Jako ostatni wszedł ich stary przyjaciel-Konstantinos?.
-Dobry wieczór- z nutą ironii i lekkim uśmieszkiem na twarzy przywiał się Konstantinos?.
Ali nie mógł czekać. ?Teraz albo nigdy?. Skoczył z krzesła, przewalił jednego Greka i już był na zewnątrz. ?Łapać go!?- zdążył jeszcze krzyknąć Grek. Jednak nic to już nie dało. Lata ucieczek przed strażą miejską w Damaszku doskonale go wyćwiczyły.
Rozdział 11

6 maja Roku Pańskiego 1100
Jerozolima , Królestwo Jerozolimskie
Szpital Wniebowstąpienia
Nic nie pamiętał. Dosłownie. Wielokrotnie próbował przypomnieć sobie cały bieg zdarzeń. Teraz też. Rozbolała go od tego głowa. Spojrzał na okno. Pogoda na zewnątrz nie przypominała tego klimatu. Ciemne chmury zasłoniły świat. A może tylko mu się tak wydawało? Nie miał sił. Zasnął. Gdy się obudził nad jego głową ujrzał znajomą twarz. A w tle słyszał ten sam denerwujący głos?.
-Panie Richolie obudził się- powiedział ojciec Paweł
-O jak dobrze. Ma pan siłę na rozmowę?
-Chyba?.. Tak mi się zdaje??
-Całe szczęście- ucieszył się komendant- Proszę powiedzieć jak to było
-No? jeden z robotników poszedł po wodę, zobaczył Saracenów i wtedy?.
-Widzę że teraz nie poda mi szczegółów- oznajmił Richolie- Co pan planuje teraz?
-Pojadę tam jeszcze. Zanim nie jest za późno?
-Przecież oni tam są?.
-Nie. Uciekli przed obławą. Jak dobrze pójdzie to dzisiaj już wyjadę?..
-Nie masz siły- przerwał ojciec Paweł
-Odpocznę po drodze- uśmiechnął się Bernard
*

6 Dżumada al-ula roku Hidżry 460
Dzielnica Muzułmańska
Zniewolona Jerozolima

Nie miał co ze sobą zrobić. Koledzy go mają za zdrajcę, Grecy mu nie dadzą żyć i jeszcze obława niewiernych. No trudno. Sam zdobędzie klejnot. A potem zamieszka daleko, daleko stąd. Ułożył się pod palmą. ?Stare dobre czasy? pomyślał z przekąsem. Jutro będzie nowy lepszy dzień

Rozdział 12


8 maja Roku Pańskiego 1100
Pustynia Negev
Tajemnicza krypta

Kopanie nie zajęło mu dużo czasu. Wykorzystał jeden z dołów wykonanych przez jego ludzi.
Na myśli miał ostatnie zdarzenia. Walkę, śmierć, Franka? I tego przeklętego Araba. O co mu chodziło? Jego rozważania przerwało głuche stukanie łopaty o kamień. Jeszcze chwila i klejnot będzie jego.
*
  8 Dżumada al-ula roku Hidżry 460

Oczom Alego ukazała się kopiąca postać. Wyciągnął miecz. Nikt nie stanie mu na przeszkodzie do bogactwa. Nie po tylu latach biedy??
*
Wiele lat temu
Dwie zupełnie inne postacie stały przed sobą. Obie mają ten sam cel. Dwie przeciwności. Woda i ogień, czerń i biel, dzień i noc?.. Rzuciły się na siebie. Pojedynek był zażarty, lecz wtem..
-Mateusz!
13 kwietnia 2013
Kwidzyn Polska
Mój pokój
-Wstawaj, wstawaj- krzyknęła mama- Masz jeszcze napisać opowiadanie na ?Debiuty? a ty znowu śpisz!
Miała racje. Zostało mi mało czasu a ja nawet nie zacząłem?. Lubię sobie czasami odpłynąć i pomarzyć ale opowiadanie samo się nie napisze. Miejmy nadzieje że mi się uda zdążyć?..
BIEŻUN

Białek Magdalena
Praca nadesłana na konkurs w 2013 roku



Kwidzyn, 11.04.2013r.

Kochana Paulino!
         Oczywiście  na początku listu chciałabym Cię serdecznie pozdrowić. Nie będę Ci mówić, jak bardzo za Tobą tęsknię, odkąd wyjechałaś do tej Holandii.  
       No dobrze, więc nie będę wypisywać przecież przez cały list, jak mi Cię brakuję. Piszę go, aby opowiedzieć Ci o niesamowitej książce, którą ostatnio przeczytałam. Sama bardzo dobrze wiesz, że okropnie nie lubię czytać, więc nie będę kłamać. Czytałam ją tylko dlatego, gdyż była to moja lektura. Jej tytuł to Ten obcy, napisana została przez Irenę Jurgielewiczową. Oczywiście początki, jak to początki, były trudne i dość nudne, jak w każdej książce. Za to w tej, akcja szybko zaczęła się rozwijać. Czytając jedną stronę, już miałam ochotę zaczynać drugą. Po prostu nie mogłam się oderwać od czytania, jak nigdy w życiu. Opowiadała ona o grupce przyjaciół, mających wyspę.  To znaczy, że była ona opuszczona, a oni mieli tam swoje miejsce do zabawy, gdzie nikt im nie przeszkadzał. Na pewno wiesz, o co mi chodzi. Dobrze, mniejsza o to. Gdy pewnego dnia na wyspie pojawił się ktoś obcy, wszyscy byli ciekawi kto to. Okazało się, że był to chłopiec niewiele starszy od nich. Nasz tytułowy bohater, Zenek. Ula szybko ??złapała?? z nim kontakt. Dziewczynka w sumie jako jedyna z grupy rozmawiała z chłopcem, jak i on z nią. Jednakże, dzieci były ciekawe, dlaczego chłopiec nie jest w domu i odmawia pomocy lekarza, gdyż był zraniony w nogę. Wkrótce wszystko się wydało. Okazało się, że Zenek uciekł z domu w poszukiwaniu wuja. Jego ojciec był alkoholikiem, a matka nie żyła.
           Dobrze, jeżeli jesteś ciekawa, jak dokładnie potoczyły się losy przyjaciół. Czy Zenek odnalazł wuja? Przeczytaj sobie tę książkę, bo naprawdę warto. Jeszcze raz pozdrawiam i z utęsknieniem czekam, aż przyjedziesz do Polski. Miejmy nadzieję, że stanie się to niedługo.   
Całuję,

    Twoja Madlen.

Borowska Dominika
Praca nadesłamna na konkurs w 2013 roku



PRZYJAŹŃ ZA TRZY ZADANIA

Mam na imię Kasia. Od niedawna mieszkam z rodzicami nad jeziorem w małej miejscowości. Tam też chodzę do szkoły podstawowej. Niestety nie posiadam rodzeństwa, ale za to wiele zwierząt. Wokół mojego domu roztacza się wspaniały ogród usiany kolorowymi kwiatami i różnorodnymi trawami. Jest tu również niezliczona ilość drzew, zarówno liściastych jak i iglastych. Są to m.in. buki, dęby, świerki czy jodły.
 Lubię się uczyć i zdobywać nowe umiejętności. Nauczyciele są sympatyczni, a lekcje ciekawe. Nowe wiadomości łatwo wchodzą mi do głowy. Jestem najlepszą uczennicą wśród piątoklasistów i myślę, że przez to nie mam przyjaciółek. Jakiś czas temu paczka dziewczyn zaproponowała mi członkostwo pod warunkiem, że wykonam trzy zadania. Pierwsze z nich jest najłatwiejsze. Polega na tym, aby przepłynąć starą łodzią przez jezioro i zebrać flagi już wcześniej tam ustawione. W drugim należy poddać się obłożeniu maseczką z glonów. Wspiąć się na dach stodoły i przejść po nim to zadanie numer trzy. Długo rozmyślałam, czy kiedy wykonam warunek, one na pewno przyjmą mnie do swojego klubu. Pytania tłoczyły się w mojej głowie. Nie mogłam przez to spać. Cały czas się zastanawiałam. Bałam się, że nie dam rady. W końcu podjęłam decyzję, która później okazała się zła. Jeszcze tego samego dnia, na długiej przerwie, podeszłam do nich i powiedziałam:
- Zastanowiłam się.
- To jaka jest twoja decyzja?- spytała Ala, liderka grupy.
- Zgadzam się. Wypełnię te zadania- rzekłam tonem bardzo zdecydowanym.
Miałam wrażenie, że dziewczyny uśmiechały się z niedowierzaniem, złośliwie, więc odparłam:
- Spotkajmy się w najbliższą sobotę koło mojego domu. Rodziców nie będzie. Zostaniemy same.
- Możemy wziąć tę nową? ? zapytała Gośka.
- No pewnie! Podobno jest sympatyczna- odrzekłam.
- Taka sama jak ty! Siedzi tylko z nosem w książce - prychnęła Sara.
- O ty niedobra!- krzyknęłam pod wpływem emocji, bo nie spodobał mi się ten komentarz.
- Nie kłóćcie się! Zaczekajcie do weekendu ? powiedziała Maja z szóstej klasy, która nas obserwowała
- Do zobaczenia!- rzekłam i odeszłam w stronę sali od przyrody, ponieważ właśnie kończyła się przerwa.
Wróciłam do domu. Z jednej strony byłam uśmiechnięta, bo dostałam dobrą ocenę, a z drugiej zła na Sarę z powodu jej odpowiedzi. Czekał już na mnie obiad. Przywitałam się z mamą i tatą. Zjadłam posłusznie posiłek, choć wcale nie miałam na niego ochoty. Następnie poszłam do swojego pokoju na górze i zaczęłam odrabiać lekcje. Później uczyłam się do testu z przyrody, który miał się odbyć jutro. Dziś był czwartek. Jeszcze tylko dwa dni do sprawdzenia moich umiejętności i do tego, czy nadaję się na członkinię klubu.. Długo  się męczyłam, zanim zasnęłam. Błądziłam wzrokiem po niebieskich ścianach, na których wisiały obrazy namalowane przeze mnie i Julię. Rano wstałam, ubrałam się, zabrałam kanapki z ogórkiem i pojechałam rowerem do szkoły. Weszłam do klasy i usłyszałam złośliwe komentarze ze strony dziewczyn z paczki, do której miałam dołączyć. Jedna z nich krzyknęła:
- Hej! Patrzcie, mądrala idzie!
- Jaka odważna! Podjęła nasze zadania!- powiedziała druga.
Postanowiłam to zignorować i szybko znalazłam się w klasie na sprawdzianie. Uczniowie wiedzieli, że zawsze uczę się na testy, więc kiedy tylko pani rozdała kartki, rozległ się szmer. Dało się słyszeć pytania takie jak:
- Co trzeba wpisać w pierwszej luce?
- Podasz mi odpowiedź do zadania szóstego?
Nie zwracając uwagi na te zaczepki, omiotłam wzrokiem całą stronę i zaczęłam rozwiązywać ćwiczenia. Po lekcjach udałam się do domu i wszystko było tak jak wczoraj. Rankiem wzięłam orzeźwiający prysznic i zjadłam śniadanie. Przygotowałam ubrania do wykonania zadań. W południe wybrałam się nad jezioro, gdzie czekało na mnie pierwsze i drugie zadanie. Stały tam już wszystkie dziewczyny z klubu i ta nowa, która miała na imię Joanna. Obok wody stał stolik z obślizgłymi glonami i stara łódź. Na wodzie znajdowało się pięć flag. Najpierw bez problemu przepłynęłam czółnem przez jezioro, zbierając co do jednej chorągiewki. Potem założyłam strój kąpielowy i poddałam się maseczce, którą miały mi rozłożyć na całym ciele. To nie sprawiło mi większego problemu, lecz było coraz gorzej. Oczywiście wdrapałam się na dach. Gdy byłam już w połowie drogi, nagle poczułam, że tracę równowagę. Spadłam. Podczas upadku nie czułam nic więcej oprócz bólu. Panienki, które stały na początku przed budynkiem, uciekły do domów. Została tylko Asia. Bardzo się ucieszyłam, że chociaż ona nie zostawiła mnie na pastwę losu. Zadzwoniła do moich rodziców i ułożyła mnie w wygodnej pozycji. Usztywniła mi także nogę i rękę, które
najprawdopodobniej zwichnęłam. Mama i tata natychmiast przybiegli. Zawieźli mnie do szpitala. Zanim zemdlałam, wyszeptałam jeszcze:
- Zabierzcie tę dziewczynkę. To ona mi pomogła.
Tak też się stało. Obudziłam się w łóżku w sali i zobaczyłam ją koło siebie. Trzymała mnie za rękę i płakała. Mówiła:
- To maja wina. Jak mogłam do tego dopuścić? Dlaczego dołączyłam do nich?
- Asia?- spytałam z chrypą w głosie.
- Tak, to ja. Obudziłaś się?- odpowiedziała niepewnie.
- Owszem. Dziękuję ci moja kochana!- rzekłam i rzuciłam się mojej koleżance na szyję.
- Nie ma za co! Cieszę się, że mogłam coś dla ciebie zrobić.
- Uratowałaś mi dwie kończyny! Będę mogła normalnie pisać i chodzić. Jak nauczyłaś się usztywniać np. rękę?
- Rok temu uczęszczałam na kurs ratownictwa medycznego. Wiem co nieco.
- Zostańmy najlepszymi przyjaciółkami!- krzyknęłam.
- Och! Od dłuższego czasu chciałam ci to zaproponować, ale nie miałam odwagi. Oczywiście zgadzam się!- oznajmiła z entuzjazmem moja koleżanka.
Po paru dniach wyszłam ze szpitala. W szkole cały czas pomagała mi Asia. Dziewczynom, które uciekły, robiło się głupio na mój widok. Nasza wychowawczyni rozmawiała już z nimi. Od tej pory nie ufam im. Razem z moją kompanką zapraszamy się nawzajem do domów. Pomagamy sobie w lekcjach i wspólnie się bawimy.
Od tego zdarzenia kieruję się mottem: ?Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie?. Jest to najszczersza prawda i zawsze się sprawdza. Jutro czeka mnie wizyta u lekarza. Zdejmie mi gipsy. Idzie ze mną Asia. Doda mi otuchy i wesprze, kiedy będzie boleć. Pamiętam o jej wyczynie i nigdy go nie zapomnę.

Borówa