Biblioteka - debiuty
- +   -

Biblioteka miejsko-powiatowa w Kwidzynie



BIERZEMY UDZIAŁ
W PROGRAMACH:
Glebko Adrianna
I część tekstu "Zbrodnia (nie)doskonała". Praca zgłoszona do konkursu w 2013 roku.

          Od zawsze byłem zepsutym gnojem. Zakałą rodziny. Wybrykiem natury. Nic dziwnego, że wyniosłem się z rodzinnego miasta już po gimnazjum. Rodzice od dziecka wpajali mi, że kiedyś zostanę lekarzem i przejmę po nich interesy. Zabawne, bo od zawsze nienawidziłem chemii, biologii, nie wspominając już o matematyce, czy fizyce. Uwolniłem się od tej zarazy dopiero z pierwszym dniem studiów, choć i tak dręczą mnie na każdym kroku.
          Wybrałem filozofię, bardzo przyszłościowy kierunek, nie ma co. Myślenie to jedyne co mi w życiu wychodzi. Biorąc pod uwagę moje preferencje, musiałem pójść na studia humanistyczne. A kim miałbym zostać?
          W pierwszej chwili wpadło mi do głowy dziennikarstwo, ale szybko odrzuciłem ten pomysł. Potrzebny jest kontakt z ludźmi, którego ja za grosz nie potrafię nawiązać. Z natury jestem wredny. Jedyną osobą, która znosi moje sarkastyczne uwagi i niestosowne odzywki jest Luke. Może toleruje je dlatego, że jest psem, a może po prostu z dobroci swego psiego serca. Jest też możliwość, że boi się przerwy w karmieniu. Trzecia opcja jest zdecydowanie najbardziej prawdopodobna. Tak czy inaczej, sugestią ze strony moich nauczycieli z liceum było prawo. Ale znowu moje kontrowersyjne zachowanie wyklucza ten kierunek. Nie potrafiłbym powstrzymać się od niestosownych komentarzy, nie mówiąc już o zachowaniu kamiennej twarzy, kiedy na usta ciska mi się kpiący uśmiech. To zdecydowanie nie jest branża dla mnie. Co dopiero mówić o jakiejś psychologii, czy innych społecznych badziewiach. Aż mnie coś bierze jak pomyślę o tak bliskim kontakcie z ludźmi.
          Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się nad służbami mundurowymi. Policja lub wojsko, takie klimaty. Jednak mój zapał zgasiła wymagana sprawność fizyczna. Nie wspominałem jeszcze, że jestem cholernym leniem? To kolejna cecha pomiędzy ?inteligentny?, a ?sarkastyczny? i tuż obok ?przystojny?. Wysoki brunet, ciemnoniebieskie oczy. Dokładnie, podobno jestem przystojny. Zaakceptowałem to już jakiś czas temu, ponieważ mnóstwo ludzi próbowało mnie do tego przekonać. Zgodziłem się, żeby dali mi spokój. Nienawidzę ludzi. W każdym widzą wady i potrafią je wywlec na światło dzienne. W każdym poza sobą. Żywią się nienawiścią i zniszczeniem. Zatem nauczyłem się żyć obok nich, aby nie musieć żyć z nimi.
          Od niepamiętnych czasów nie miałem znajomych. Poczynając od podstawówki, a kończąc na studiach. Pewnie dlatego, że nie miałem ochoty się z nikim bratać. Byłem stuprocentowym indywidualistą i było mi z tym dobrze. W sumie nadal jest.
          Na filozofii jest tak, że każdy tu ma swoje dziwactwa. Każdy jest inny i to nas łączy. Nikt nie nalega na kontakt. Żyjemy swoim życiem, rozmawiamy tylko, kiedy trzeba, pracujemy razem, bo tak się złożyło. Tyle. Nie wiemy gdzie się rozlezą nasze ścieżki, bo jak już wspominałem filozofia to taki przyszłościowy kierunek, więc nie wiem co się z nimi stanie. Jedno wiem, ja Sokratesem nie będę. Chodzenie po mieście i zadawanie ludziom pytań równe jest dla mnie torturom. I to tym najgorszym, rodem ze średniowiecza. Matka powiedziała mi ostatnio, że jeśli dobrze zaliczę studia to z takim wyglądem może dostanę pracę w jakiejś lepszej firmie. Żywiąca się utopijną nadzieją wątła istotka, nie ma pojęcia o życiu. Jak będę musiał gdzieś wyjechać za pracą to wyjadę. Nic mnie tu nie trzyma, mam mieszkanie w bloku na zapadłym osiedlu, które z łatwością sprzedam za dogodną cenę, a z przeniesieniem się do nowego nie będzie problemu. Byle skończyć studia.
          Swoją drogą osiedle, na którym mieszkam jest stosunkowo dość przerażające. Ostatnimi czasy dzieją się tu dziwne rzeczy. Mieszkania są okradane z kosztowności, w dużej mierze z biżuterii. Zacząłem się tym prężniej interesować, kiedy ograbiona została starsza kobiecina z mojej klatki schodowej. Jako typowy egoista uzmysłowiłem sobie, że mogę być kolejną ofiarą. Inna sprawa, że ja kosztowności nie posiadałem, jednak tak czy inaczej, zmartwiła mnie wizja obcego, plądrującego moje terytorium. Wpadłem na pomysł dość absurdalny jak na mnie, mianowicie postanowiłem zbadać tą sprawę osobiście.
          Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem było kupienie kilku lokalnych gazet. Nie było tam wiele na ten temat. Jedynie jakieś ogólne informacje dotyczące poszkodowanych i tego, co konkretnie zostało im skradzione. Przynajmniej zyskałem spis nazwisk ofiar kradzieży. Ale co miałem zrobić dalej?  Czy sensowne było bawienie się w glinę, detektywa, kogoś takiego jak Sherlock Holmes, kogoś kto mi autentycznie imponował, kiedy nie miałem najmniejszej ochoty nawiązać kontaktu z ludźmi? Właściwie, czego się nie robi dla sprawy.
          Walcząc ze sobą wkroczyłem do pierwszego bloku. Były zbyt niskobudżetowe, aby posiadać coś takiego jak domofon. Biłem się z myślami, czy zapukać do pierwszego mieszkania. Nie wiedziałem, kto może je zamieszkiwać, tym bardziej nie miałem najmniejszej ochoty zetknąć się z tym kimś. Zapukałem, modląc się w duchu, żeby mieszkańca nie było w domu. Niestety, już po chwili drzwi otworzyła mi wysoka, zgrabna brunetka wpatrująca się we mnie jak w ostatni cud świata. Wiedziałem już, o zgrozo, co to zwiastuje. Liceum obfitowało w stada piszczących nastolatek wzdychających za mną na każdym kroku. Pierwszy rok był najgorszy pod tym względem. Nie wiedziały jeszcze, że jestem dla nich kompletnie niedostępny. Z czasem odpuściły, choć było kilka takich, które pozostały mi wierne do ukończenia przeze mnie liceum. Ta tutaj przypomniała mi te mroczne czasy, kiedy musiałem dawać dziewczynom jasno do zrozumienia, że nie jestem nimi zainteresowany. Szukałem dziewczyny z klasą. Takiej, która rozłoży mnie na czynniki pierwsze jednym spojrzeniem i sprawi, że zabraknie mi ciętej riposty. Byłem pewny, że z tą pseudo studentką tak nie będzie. Widziałem, że nie stanowi dla mnie żadnej wartości. Co nie zmieniło faktu, że nie miałem pojęcia jak zacząć, co jej powiedzieć i o co zapytać. Postanowiła mnie uprzedzić:
-    Czym mogę ci służyć? - zapytała, uśmiechając się zachęcająco. Obleśne.
-    Chciałbym... Zadać ci kilka pytań ? odpowiedziałem siląc się na uprzejmy ton. Dziwne uczucie.
-    Może wejdziesz? - zasugerowała. Wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł, mimo
to wszedłem za nią do mieszkania. Poprowadziła mnie do malutkiego saloniku, bardzo podobnego do mojego. Kiedy odwróciłem się, by zadać jej pierwsze z przygotowanych wcześniej pytań, stała tuż przy mnie, tak blisko, że czułem jej oddech na szyi. Cała wymuszona uprzejmość ze mnie diametralnie wyparowała. Rzuciłem jej chłodne spojrzenie, które nieco zgasiło jej zapał, po czym wycedziłem:
-    Stań trzy metry ode mnie...
Zaskoczyłem ją monstrualnie. Widziałem w jej oczach, że nie jest przyzwyczajona do takiej reakcji. Życie widocznie nie nauczyło jej jeszcze wielu rzeczy, a ja byłem rad, że mogę jej dać akurat tą konkretną lekcję. Odsunęła się ode mnie speszona i poleciła mi usiąść na sofie, tymczasem ona zajęła fotel obok. Taka odległość zdecydowanie mi odpowiadała. Rozluźniłem się nieco sądząc, że zagrożenie minęło.
-    Więc, chciałeś mnie o coś zapytać... - przypomniała siląc się na obojętny ton. Nie wyszło jej.
-    Owszem, chciałem się dowiedzieć nieco więcej o kradzieży, jaka miała miejsce w twoim mieszkaniu ? zacząłem najdelikatniej jak potrafiłem.
-    Co konkretnie chcesz wiedzieć? - zapytała już nieco znudzona tą rozmową.
-    Wszystko ? trochę pośpieszyłem się z odpowiedzią. Wydawała się nieco przestraszona moją natarczywością. Śmiałem się w duchu, że była taka beznadziejna w ukrywaniu swoich emocji. Czułem się jakby podała mi siebie na tacy, a jednocześnie uzmysłowiłem sobie, że źle to rozegrałem. Z taką osobą należy postępować zupełnie inaczej. Całą siłą woli przywołałem urok tkwiący gdzieś głęboko, który misternie ukrywałem przez tyle lat i pozwoliłem mu wypełznąć na wierzch. Zgrywanie przyjemniaczka nie było tym, czego w tym momencie pragnąłem, ale dla sprawy trzeba było się poświęcić.
-    Wiesz, siedzę trochę w tych klimatach, więc uważam, że moim obowiązkiem jest chronić piękne kobiety z naszego osiedla, szczególnie, że jest ich tak niewiele... - uśmiech uwodziciela miałem opanowany do perfekcji, ponieważ robiłem to często nieświadomie, chcąc osiągnąć jakiś własny cel. Cóż, w tym wypadku było tak samo. Dziewczyna musiała być autentycznie ograniczona, skoro kupiła moją bajeczkę. Odwzajemniła uśmiech, po czym przysiadła się obok mnie. Moja przestrzeń została naruszona, ale wiedziałem, że jeśli nie pozwolę jej na choć małe zbliżenie, niczego się nie dowiem. Zatem pozwoliłem jej wpatrywać się we mnie jak w obrazek, a sam przypomniałem o swoim pytaniu.
-    Więc to dość nieprzyjemna sprawa. Tych zbrodni jest coraz więcej. U mnie to miało miejsce w środę, wiesz, akurat wracałam z imprezy. W mieszkaniu wszystko było nienaruszone, nie mam pojęcia jak ten ktoś tu wszedł. Nawet kosmetyczka, w której miałam moją biżuterię stała dokładnie w tym samym miejscu, gdzie ją zostawiłam. Byłam przerażona, potrzebuję mężczyzny, który mnie obroni... - spojrzała na mnie wymownie, po czym wsunęła mi rękę pod koszulę. Poczułem dotyk jej chłodnych rąk na klatce piersiowej. Obrzydził mnie jej perfidny brak szacunku do siebie.
-    To tyle? - zapytałem hamując rosnącą irytację.
-    Chyba tak. Nie wiem co mogłabym jeszcze dodać ? wyszeptała mi to centralnie w szyję, prawie czułem dotyk jej warg. Wzdrygnąłem się mimowolnie. Miałem już dość tej niekomfortowej sytuacji.
-    Skoro nie masz nic więcej do dodania, myślę, że czas na mnie ? oznajmiłem, wstając i zbliżając się do wyjścia.
-    Nie chciałbyś zostać na kolacji? - zapytała ściągając sweterek. Miałem ochotę wyskoczyć przez okno, na szczęście nie postradałem jeszcze rozumu doszczętnie. Żwawo ruszyłem w kierunku wyjścia, modląc się w duchu, aby to nieszczęsne stworzenie nie podążyło za mną. Dzięki Bogu, pozostała na sofie, wołając:
-    Wpadnij jeszcze, gwarantuję mocniejsze doznania!
          Kiedy opuściłem jej mieszkanie miałem pewność, że już nigdy tam nie wrócę. Pogratulowałem sobie, że odciąłem się totalnie od ludzi. Ta dziewczyna była żywym przykładem na to, że dzisiejszy świat nie jest dla mnie. Jednak wizyta przyniosła efekty. Kradzieże na osiedlu zaczęły mnie interesować tysiąc razy bardziej po tej krótkiej, aczkolwiek treściwej rozmowie. Ale to było za mało, potrzebowałem potwierdzenia teorii, która zrodziła się w mojej głowie po wyjściu z mieszkania studentki.
          W ciągu jednego dnia odwiedziłem czterech innych lokatorów. Zdałem sobie sprawę jak ciężko jest przeprowadzić normalną rozmowę. Do każdej osoby musiałem podchodzić indywidualnie, w inny sposób zadawać pytania, inaczej formułować odpowiedzi. Było to dla mnie nie lada wyzwaniem, biorąc pod uwagę, że dawno z nikim nie rozmawiałem tak po prostu.
          Starszą kobiecinę z mojej klatki schodowej musiałem przekonywać bodajże piętnaście minut, zanim wpuściła mnie do mieszkania, że nie jestem psychicznym pedofilem, który chce zabić jej kota. Niekoniecznie w tej kolejności. Na szczęście ta staruszka prowokowała mnie dużo mniej niż nieokiełznana studentka, zatem dałem radę utrzymać język za zębami i do końca pogawędki nie polała się ani kropla krwi. Kłamię jak z nut, tak naprawdę jeden z jej futrzaków rozpłatał mi nadgarstek podczas swojego dziewiczego skoku ze stołu na wersalkę. Milusio.     
          Lądując w domu miałem głowę pełną wymyślnych teorii, a jednocześnie wszystko składało się na spójną całość. Ktoś okradał mieszkania ze srebra i złota, jednak robił to w taki sposób, jakby nigdy nie było go w mieszkaniu. Zero śladów obecności. Zero czegokolwiek. To było prawie niemożliwe. Jednak życie nauczyło mnie  kwestionowania prawdziwości wszelkiej doskonałości. Zatem i w tym wypadku nie wierzyłem w zbrodnię doskonałą. Musiała zawierać jakiś słaby punkt, a ja za wszelką cenę, chciałem go odkryć.
          Z gorliwością godną Sherlocka wypełzłem na dwór by zbadać blok od zewnątrz. Byłem zły na siebie, że tak mnie to pochłonęło, jednak coś kazało mi brnąć dalej w tą cholerną zagadkę. Obszedłem każdy blok trzy razy, a było ich pięć. Szukałem śladów i sposobów dostania się do mieszkań, na próżno. Poirytowany ruszyłem w stronę swojego bloku, wpychając ręce głęboko w kieszenie i przeklinając na swoją nagłą ciekawość całą sprawą. I wtedy ją ujrzałem. Smukłą zakapturzoną postać stojącą jakieś osiem metrów ode mnie. Z jej mowy ciała odczytałem, że jest tak samo zaskoczona tym spotkaniem jak i ja. Nie wiedziałem kim jest i co tu robi, ale byłem pewien, że nie był to przypadek. Postać wydawała się jednak spokojna i opanowana, jakby zjawisko takie było dla niej rutyną. Machinalnie zrobiłem krok do przodu, chcąc zbliżyć się do tajemniczego przybysza, jednak ten diametralnie czmychnął w stronę lasu zarzucając połami czarnej peleryny.
-    Zaczekaj! - zawołałem i od razu ugryzłem się w język. Zachowujesz się jak skończony idiota, pomyślałem. Zakapturzona postać zatrzymała się dosłownie na sekundę i choć ciemność pochłaniała wszystko byłem pewny, że spojrzała prosto na mnie. Nie mogłem jednak czerpać satysfakcji z tego momentu długo, ponieważ chwilę później zniknęła pochłonięta przez noc.
          Po powrocie do mieszkania rugałem się bezustannie za swoje denne zachowanie. Jednak ilekroć chciałem zająć się czymkolwiek innym, moje myśli stale powracały do tajemniczej osoby w czarnej szacie.
          Przez kilka najbliższych dni starałem się dociec kim mogła być owa postać oraz po co i skąd przybyła. A nocami przechadzałem się wokół bloków wypatrując łopoczących połów peleryny, na próżno. Przybysz nie wrócił, a ja stałem się jego niewolnikiem i choć usilnie starałem się zaprzedać duszę nauce, czy nawet przyziemnym rozrywkom, ona za każdym razem ciągnęła w stronę pamiętnego wieczoru. Idiota, tak się do siebie zwracałem. A mówiłem do siebie zdecydowanie za często. Jednakże jakaś cząstka mnie podpowiadała mi, że to wszystko ma jakiś głębszy sens. Spotkanie tajemniczej postaci było mi pisane. Kiedy po tygodniu nic się nie wydarzyło, uznałem, że popadam w paranoję. Nawet  kradzieże od jakiegoś czasu się uspokoiły. Wróciłem do normalnego, bezkonkurencyjnie nudnego trybu życia z filozofią w tle. A przez moją fascynację mieszkaniowym złodziejem do nadrobienia było dużo, więc zagwarantowałem sobie kilka zarwanych nocy, które musiałem poświęcić na ogrom prac pisemnych.
          Po oddaniu wypocin na temat stoicyzmu i cynizmu oraz skończeniu wypracowania o fenomenie Demokryta z Abdery, zabrałem się za nieszczęsnego Epikura. To była noc wyróżniająca się szczególnie wśród pozostałych. Była najgorsza. Byłem zmęczony, znudzony i niezmiernie zły na siebie, że przez zabawę w Sherlocka narobiłem sobie zaległości. Nic więc dziwnego, że zasnąłem z głową na klawiaturze, wypisując bez końca literę ?g?, która zaczęła dumnie figurować w moim wypracowaniu. Mniejsza o to, spałem sobie smacznie, kiedy nagle zostałem perfidnie obudzony. Jeśli kiedykolwiek psioczyłeś na budzik, bądź mamę wrzeszczącą, że spóźnisz się do szkoły, to wiedz, że nie masz pojęcia o drastycznych metodach pobudki. Najpierw poczułem przejmujący chłód wędrujący po mojej szyi, a następnie, kiedy już byłem bliski otworzenia oczu, ból towarzyszący wpijaniu mi czegoś metalowego w podbródek. Podniosłem głowę z prędkością światła i rozejrzałem się prędko. Obok mnie stała znajoma zakapturzona postać, celując we mnie nożem. Swoją drogą był cudownie zdobiony, pragnę również przypomnieć, że cholernie ostry. Nie widziałem twarzy przybysza, jednak on miał podaną jak na tacy moją. A musiałem wyglądać katastrofalnie, o dziwo, przejąłem się tym niezmiernie. Zerknąłem na klawiaturę, czy czasem przez spoczynek w dziwacznej pozycji nie zaśliniłem aby laptopa, ale na szczęście do tego nie doszło. Kiedy już przestałem zaprzątać sobie głowę moim wizerunkiem spojrzałem na tajemniczą postać. A patrzyłem na nią tak intensywnie, żeby zapamiętać każdy szczegół jej wyglądu. Jednak tym razem nie zamierzała uciekać. Wręcz przeciwnie, wciąż celując we mnie nożem, drugą ręką chwyciła za kaptur i zamaszystym gestem ściągnęła go z głowy. Oczom moim ukazała się szatynka, o subtelnych rysach twarzy i jasnym spojrzeniu, miażdżąca mnie nim maksymalnie. Nie była specjalnie piękna, ale patrzyła na mnie tak, jakbym był tylko maluśkim stworzonkiem, które z łatwością zgnieść może tupnięciem drobną stópką. Zabrakło mi słów. Chyba pierwszy raz w życiu zaniemówiłem.

Gajko Zuzanna
Praca zgłoszona na konkurs w 2014 roku

Choćby zabrakło sił


Zmiłuj się nad nami, Panie, bo zgrzeszyliśmy przeciw Tobie.

Mam imię, a więc jestem kimś. Zidentyfikowaną jednostką, kolejnym życiem, następnym elementem rejestrów i baz danych.

Mam na imię Beatrycze. A Ciebie, Ojcze, proszę o pokutę i rozgrzeszenie.

Pycha.

Widzę swoje odbicie w lustrze i wiem, że jest piękne. Wszyscy mi to powtarzają i ja też nauczyłam się w to wierzyć. Mam pociągłą, bladą twarz, zadarty nos, na nim kilka jasnych piegów. Wyżej oczy, duże, jasnozielone, w kształcie migdałów, otoczone długimi rzęsami. Brwi cienkie, delikatnie uniesione, wysokie kości policzkowe. Włosy długie, kasztanowe, miękko falowane. Ktoś inny pewnie by się nim zachwycił, ja jestem tylko zadowolona. Wiem, że mogłabym wyglądać ładniej. Mogłabym być wyższa, szczuplejsza, mogłabym mieć subtelniejszy uśmiech i bardziej gęste rzęsy, albo piegi złociste, zamiast jasnobrązowych. Nie olśniewam.

-Jestem piękna - mówię do siebie mimo to. Odbicie w lustrze porusza ustami, a potem uśmiecha się. Jest zadowolone i ja też jestem. Muszę to sobie powtarzać od czasu do czasu, żeby uwierzyć. Kiedyś wierzyłam w to bezwarunkowo. Sprawiałam, że ludzie oglądali się za mną na ulicy, że chcieli mnie poznać albo nawet pokochać. Ale byłam głupia, wtedy jeszcze tak. Istniała tylko jedna osoba, której nie odrzuciłam.

Miał na imię Maks, od Maksymiliana. Był wysoki, dobrze zbudowany, miał krzywy, zawadiacki uśmiech, ciemne włosy w wiecznym nieładzie i szczere, błękitne oczy. Nazywał mnie ,,małą księżniczką'' i był mój, tylko mój, od stóp do głowy. Kochałam w nim wszystko; począwszy od cichego śmiechu i silnych dłoni, przez delikatny zapach czystej bawełny i wody kolońskiej, aż po to, jak mnie traktował. Jakbym była jedyna na całym świecie, jakbym to tylko ja się liczyła. I dla niego może tak było.

Jednak odkąd tu jestem, nie przyszedł ani razu.

Odwracam się od lustra, bo nie chcę oglądać, jak twarz w odbiciu płacze. Otacza mnie nieskazitelna biel ścian i łagodny karmel podłogi. Oprócz tych dwóch kolorów nie ma tu niczego, co przyciągałoby wzrok. Wiem, że gdzieś za oknem istnieje piękny świat, którym teraz rządzi jesień w złotej koronie, jak przez mgłę pamiętam kolor kasztanów i zapach mokrych od deszczu liści. Tysiąc lat temu sama mogłam tam być. Tysiąc lat temu w moim świecie istniały kolory, ale teraz jestem tu sama z moim pięknym, pustym, egocentrycznym odbiciem w tafli zwierciadła.

Chciwość.

Siadam na skraju łóżka, przeciągam palcami po prześcieradle. Kiedy docieram do góry, mimowolnie zabieram rękę, natrafiając na ślady pozostawione przez moje łzy.

-Jestem słaba - warczę, szarpiąc się z nierówno poskładaną kołdrą, by po chwili przykryć nią całe łóżko. Oni wszyscy chcieli, żebym była silna. Przecież taka jesteś, powtarzali jak mantrę, nie zdejmując z twarzy uśmiechów, nieszczerych grymasów, które nie obejmowały ich pełnych obojętności oczu. Jesteś silna, Beatrycze, masz dobre oceny, nauczyciele cię lubią. Powinnaś być dobra. Powinnaś być lepsza. Powinnaś być idealna. Więc dlaczego taka nie jesteś?

A ja chciałam spełnić ich oczekiwania. Chciałam być idealna, najlepsza, chciałam stać na samym szczycie. Dbałam o siebie, zdobywałam rzesze przyjaciół czarującym uśmiechem, w którym nie było ani krzty szczerości, ale przecież żadne z nich o tym nie wiedziało. Uczyłam się najlepiej w klasie, triumfowałam w olimpiadach sportowych. Byłam niezwyciężona. Przez jakiś czas. Potem to wszystko zaczęło mnie przerastać, piętrzyło się nad moją głową i groziło rychłym zawaleniem. Kolejny oblany sprawdzian, kolejne odwrócone ode mnie plecy, kiedy jeden z przyjaciół, tych, którzy tak mnie kochali, postanawiał odejść. Wreszcie został mi tylko Maks, błękitnooki, roześmiany Maks, który był dla mnie wszystkim. Dasz radę, Beatrycze, powtarzał cierpliwie, ocierając moje łzy. Chciałam mu uwierzyć, że mogę mieć wszystko, a cel uświęca środki.

Tamten chłopak wiecznie kręcił się przed naszą szkołą. Tak było również wtedy, kiedy do niego podeszłam. Niby nic specjalnego, sprany płaszcz i krzywy uśmiech zadowolenia na twarzy, puste spojrzenie i pusta głowa, ale kieszenie miał pełne strzykawek.

Zazdrość.

Wstaję z łóżka, nie mogąc znieść natłoku myśli. Chodzę z kąta w kąt, zamknięta w czterech ścianach jednolicie białego pokoju jak dzikie zwierzę w klatce.

-Jestem dzika - mówię cicho, a echo tych słów obija się po ścianach. Oni wszyscy próbowali mnie oswoić. -Każdy ma chwile słabości, Beatrycze - powtarzała przymilnym tonem jasnowłosa psycholog z ustami ściągniętymi w ciup. Nie musisz się nas bać. Ale ja wiedziałam swoje. Musiałam się ich bać. Strach był jedyną rozsądną rzeczą w tym miejscu. - Porozmawiaj z nami, Beatrycze - prosił mnie ich ciemnowłosy psychiatra o uśmiechu budzącym zaufanie. Takie uśmiechy były dla mnie znakiem ostrzegawczym. Nikt, kto je nosił, nie miał dobrych intencji. -Jesteśmy twoimi przyjaciółmi. Nie byli moimi przyjaciółmi. Nie miałam przyjaciół. Odeszli szybciej, niż się pojawili.

Maks pozostał do końca. On jedyny był dla mnie w każdej sekundzie mojego życia, jego ramiona były zawsze otwarte, a na szyi nosił klucz do mojego serca. Ale byłam wobec niego okrutna, teraz myślę, że oboje zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Tak często odchodziłam bez pożegnania, bez słowa wyjaśnienia, zostawiając za sobą tylko krótkie: ,,Kocham Cię'', bezwartościowe jak cała ja. Potem wracałam, często na tyle nieprzytomna, że padałam tuż u drzwi jego domu, a on i tak otwierał je szeroko jak swoje ramiona i zabierał do środka, cierpliwie czekając, aż się obudzę. - Beatrycze, to zaszło za daleko. Spójrz na siebie. Ile wczoraj wzięłaś? - mówił łagodnym głosem, ale ja i tak nie rozumiałam. Wrzeszczałam, że mnie nie rozumie, że nie wie, co czuję, że go nienawidzę, a wychodząc, trzaskałam drzwiami. Ale on i tak był tam dla mnie. Zawsze.

Dopiero, kiedy to on odszedł bez pożegnania do innej, do normalnej dziewczyny o uśmiechu spowodowanym dobrym nastrojem, a nie dobrymi psychotropami, zrozumiałam, ile straciłam. Za każdym razem, kiedy widziałam ich idących pod rękę, płakałam z bólu. Nienawidziłam jej z całego serca, jej jasnych włosów i przymilnego uśmiechu, dobrych stopni i zgrabnych nóg. Każda komórka mojego ciała wyła z rozpaczy i wyrywała się ku Maksowi. Zazdrościłam jej wszystkiego, co miała, bo to właśnie dzięki temu odebrała mi jedyną osobę, jaką w życiu kochałam.

Nieczystość.

Przysiadam na chwilę na krawędzi stołu o zaokrąglonych rogach. O wszystko tu zadbali. Żadnych ostrych krawędzi. Żadnej krzywizny, która mogłaby mnie zranić. Nie przewidzieli jednak tego, że to właśnie ja sama ranię się najbardziej.

-Jestem zniszczona - szepczę cicho, bo wiem, że nie ma tu nikogo, kto mnie usłyszy i użyje słabości, by mnie skrzywdzić. Ale to ja skrzywdziłam się najbardziej już dawno, dawno temu. Zaczęło mi brakować pieniędzy. Rodzice nie byli biedni, o nie. Mieli swoją firmę, swoje przeklęte ambicje, które sprawiały, że musieli być w każdym calu perfekcyjni. Perfekcyjnie czyste wieżowce z siedzibą firmy. Perfekcyjne uśmiechy na licznych przyjęciach. Perfekcyjnie błyszczące marmurowe posadzki miejsca, które nauczyli się nazywać domem. Perfekcyjna córka.

Nie spełniłam obietnic, ale trzeba przyznać, że próbowali nie przyznawać się do porażki. Traktowali mnie wzorcowo: kupowali ubrania, dbali o książki, dawali mi kieszonkowe. Dość duże kieszonkowe. Takie, które wystarczało na zakupy w szkolnym sklepiku albo butiku z ubraniami, ale zbyt małe, żeby opłacić heroinę. Kiedy nie chcieli mi pożyczyć już ani złotówki więcej, zaczęłam wpadać w panikę. Każdy dzień bez igły trwał miliard lat, miliard lat cierpień, bólu i samotności, której nikt na świecie nie potrafił ukoić. Potrzebowałam pieniędzy, potrzebowałam ratunku. A wtedy znalazł się Pan X. Niezbyt wysoki, lat czterdzieści, siwiejące włosy i przenikliwie szare oczy. Podczas dnia idealny biznesman i pan domu, w nocy potrafił wydać fortunę, żeby znaleźć kolejną głupią dziewczynkę na jeden wieczór. Żyliśmy w pewnego rodzaju kontrakcie. Zero telefonów, zero czułości, jeden sms raz na dwa tygodnie, a zapłata w kopercie od razu po. Żadnych niedomówień. Żadnych uczuć. Czasem mówił, że mnie kocha, ale oboje wiedzieliśmy, że kłamie. Ja przychodziłam dla pieniędzy, on z nudy. Byliśmy siebie warci.

Skończyłam to dopiero tydzień przed ośrodkiem, oboje płakaliśmy, chociaż z różnych powodów. Wtedy wydawało mi się to normalne, ale teraz wiedziałam, jak nisko upadłam. Czułam się zbrukana, każdy fragment ciała, każda jego komórka była brudna, a żadna woda nie potrafiła zmyć ze mnie wstydu i upokorzenia, na jakie sama się naraziłam.

Zaczęłam go nienawidzić, ale jeszcze bardziej nienawidziłam samej siebie.

Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu.

Podchodzę do małego zlewu w kącie pokoju i odkręcam kurek kranu. Lodowaty wodospad z hukiem uderza o pozbawioną wyrazu białą porcelanę. Zanurzam w wodzie dłonie, rozkoszuję się jej orzeźwiającym zimnem. Potem szybkim ruchem podnoszę dłonie i przyciskam je do twarzy, mocno. Po policzkach spływają mi krople wody jak łzy, których nie byłam w stanie z siebie wycisnąć.

-Jestem bezradna - mówię na wydechu, a potem szybkim ruchem ręki zakręcam kran. Odkąd spotkałam pana X, zaczęłam się wpędzać w paranoję i potrafiłam to dostrzec bez niczyjej pomocy. Czułam się wykorzystana, czułam się brzydka, a to mogło prowadzić tylko do jednego. Za każdym razem, kiedy patrzyłam w lustro, wyłam z rozpaczy. Nienawidziłam swoich nóg, brzucha, figury, byłam pewna, że on też się nimi brzydził, że od dawna wiedział, jak jestem gruba, że go to odrzucało, że pewnego dnia zostawi mnie dla szczuplejszej i ładniejszej tak, jak to zrobił Maks. Mimo tego wciąż jadłam. Zresztą to mało powiedziane; wpadłam w stan, w którym potrafiłam się opychać wszystkim, co tylko wpadło mi w ręce, a następne godziny spędzałam w łazience. Na języku miałam gorzki smak żółci, a po twarzy płynęły mi łzy upokorzenia i obrzydzenia. Diagnoza? Bulimia. Już wtedy rodzice zaczęli podejrzewać, że ze mną, ich idealną Beatrycze, coś jest nie tak. Wizyta u psychologa, dietetyka, lekarza. Uciekłam z gabinetu tego ostatniego, zanim zdołał pobrać mi krew. Wcześniej nieźle odpłynęłam, byłam ledwo przytomna, a stężenie tego we krwi wysłałoby mnie do poprawczaka albo psychiatryka. Próbowali więc domowymi sposobami, uczyli mnie jedzenia jak kota sztuczek; masz, zjedz jabłko. Trochę makaronu. Zupa, patrz, jaka pyszna, otwórz usta, Beatrycze, zobacz, jakie dobre rzeczy dziś mamy na obiad.

Jadłam, zmuszałam się do tego i do produkowania nieszczerego uśmiechu, a potem wsadzałam sobie do gardła szczoteczkę i spłuczką od toalety zagłuszałam swój płacz.

Gniew.

Podchodzę do ściany, opieram o nią czoło i zamykam oczy. Kojący chłód rozchodzi się po moim ciele wraz z krwią, tłumiąc nieco hałas w mojej głowie.

-Jestem spokojna - decyduję stanowczo, chociaż te słowa to tylko kolejne kłamstwo i dobrze o tym wiem. Kiedyś nawet samo wypowiedzenie tych słów stanowiło dla mnie zbyt wielką trudność. Nawet nocą nie byłam spokojna; trzęsłam się pod cienką kołdrą, szczękały mi zęby i nie mogłam zasnąć do czasu, kiedy ulegałam i sięgałam po strzykawkę, kolejną tego dnia. Narkotyki pomagały mi to tłumić. Tę całą złość, smutek, żal, poczucie straty i rozdarcie, kiedy widziałam ją i Maksa razem, roześmianych i szczęśliwych. Oni górowali, byli w tej szkole kimś, podczas gdy ja stałam się cieniem człowieka zalegającym w tym rogu korytarza, który akurat był wolny. Któregoś dnia nie wytrzymałam. Kolejna jedynka, kolejna kłótnia w domu, kolejna tyrada o mojej beznadziejności, kolejny raz oni spacerujący za rękę przez zatłoczone ulice. Wyszłam z domu. Nie zapamiętałam tego wieczoru zbyt wyraźnie, tylko rozpacz, chłodny wiatr i mdłe światło księżyca. Wciskałam dłonie do kieszeni, gdzieś głęboko drzemały ukryte strzykawki. Biegłam, to zapamiętałam wyraźnie; głośny stukot moich butów na brudnym, szarym chodniku. Czułam, że ślepa furia, skierowana głównie przeciwko sobie samej, zaraz rozsadzi mnie na kawałki pośrodku tego smutnego, szarego miasta, a nikt nawet nie zauważy moich zwłok, bezwartościowych jak ja za życia. Opadłam na ławkę, była mokra, musiał padać deszcz. Wbijałam igły bezmyślnie, ledwo widząc przez łzy, wrzeszczałam z wściekłości. Dopiero, kiedy nie miałam już niczego, co mogłabym wziąć, zrozumiałam, jak głupią rzecz zrobiłam. Umierałam, czułam to tak wyraźnie, tak jaskrawo, że tego uczucia nawet nie da się opisać. Drapałam się po rękach, krzyczałam, wołałam imię matki, a potem też ojca, ale wiedziałam, że było dla mnie za późno, za późno. Dostałam drgawek, obraz przed moimi oczami był zamazany i czarno- biały, i było jak w jednym z tych filmów w latach sześćdziesiątych, niemych filmów, gdzie nikt nie mógł usłyszeć mojego krzyku. Ale sekundę przed tym, jak zamknęłam oczy, ktoś położył sobie moją głowę na kolanach i widziałam tylko błękit, porażający błękit czyichś oczu, a potem już długo, długo nic.

Lenistwo.

Odrywam się od ściany i z cichym jękiem klękam na podłodze. Wplatam ręce we włosy i usiłuję odciągnąć swoją uwagę bólem.

-Jestem stracona - szepczę i tym razem mówię prawdę.

Kiedy obudziłam się następnego dnia po tym wieczorze, leżałam w szpitalu, a aparatura wokół mnie pikała miarowo. Ktoś trzymał mnie za rękę, ktoś inny gładził delikatnie po włosach. Jedną z tych osób był ojciec, jako drugą rozpoznałam matkę, idealną jak zawsze, jedynym szkopułem był rozmazany od płaczu tusz do rzęs. Ale był też ktoś jeszcze, podświadomie czułam jego obecność, słyszałam urywany oddech i głośne bicie serca.

-Trysiu... - wyszeptał Maks, wiedziałam, że to był on, wiedziałam już od początku. Potem powiedzieli mi, że był na spacerze z psem i znalazł mnie przypadkiem, kiedy już ledwo żyłam. Zadzwonił po karetkę, potem po moich rodziców i siedział przy mnie do czasu, aż się obudziłam. Długo patrzyłam mu w oczy, ich błękit przypominał mi tamtą chwilę, kiedy leżałam w objęciach Śmierci, a on patrzył się na mnie z taką rozpaczą na twarzy, że nam obojgu zabrakło słów, żeby cokolwiek wyjaśnić. Nie mówiłam niczego do nikogo. Do niego, rodziców, pielęgniarek. To wymagało zbyt wiele wysiłku, tak samo, jak jakakolwiek poprawa mojego zachowania. Nie chciałam niczego zmieniać, nie chciałam starać się być lepsza, bo zdawałam sobie sprawę, jak nisko upadłam i jak wiele będzie mnie kosztować podniesienie się. Sama świadomość była przytłaczająca, sam pomysł zbyt trudny do zrealizowania. Znacznie łatwiej było poddać się bez walki i to właśnie zrobiłam. Więc wysłali mnie tutaj. Nie wiedziałam, czy zrobili to, żeby mi pomóc, czy dlatego, że nie chcieli na mnie dłużej patrzeć. Jednak skończyłam tutaj, w prywatnym białym piekle o czterech ścianach, a najgorsza była świadomość, że skończyłam tu słusznie.


POKUTA.

Ktoś otwiera drzwi. Podrywam się na nogi, z przestrachem patrząc w stronę wizytatora. Moja pani psycholog. Uśmiecha się ze sztucznym entuzjazmem i wyciąga do mnie rękę, trochę jak do nieoswojonego jeszcze zwierzątka.

-Beatrycze. Chodź, chcę ci coś pokazać. - Nie potrafię zdecydować, czy chcę, żeby pokazywała mi cokolwiek, ale robię w jej stronę kilka ostrożnych kroków. Wciąż się uśmiecha, jej spojrzenie jest cierpliwe i wyrozumiałe. Nienawidzę tego spojrzenia, ale podaję jej rękę i pozwalam, żeby pociągnęła mnie po schodach w dół, coraz dalej od mojej izolatki. Korytarze pachną pastą do podłóg i gorzką kawą.

-Co... - pytam nieświadomie, przyglądając się korytarzom, pustym i nudnym, ale dla mnie najcudowniejszym i najpiękniejszym na świecie. Nie odpowiada, a na jej ustach błąka się uśmiech. Doprowadza mnie do drzwi, podaje płaszcz. Patrzę na nią z niedowierzaniem, ale ubieram go, potem szalik i rękawiczki, na końcu buty. Wciąż się uśmiecha tym swoim nienagannym uśmieszkiem, a kiedy jestem już gotowa, otwiera na oścież drzwi. Uderza mnie powiew świeżego powietrza, pachnie liśćmi, wilgocią i deszczem. Podnoszę dłonie do ust i szlocham głucho, mimo tego, że ani jedna łza nie spływa mi po policzku.

-Dlaczego pani mi to robi? - pytam zduszonym głosem, który z trudnością przebija się przez zasłonę palców. Psycholog wciąż nie zmienia wyrazu twarzy, jedynie wskazuje głową na drzwi.

-Wyjdź na zewnątrz, Beatrycze. Spójrz, jak jest pięknie. Już najwyższy czas, żebyś wróciła do świata.

Trzęsą mi się nogi, szczękają zęby, wzruszenie odbiera głos. Robię krok i czekam, aż ktoś zatrzaśnie mi drzwi przed nosem i zacznie się śmiać. Jednak tak się nie dzieje. Po raz pierwszy od sześciu miesięcy wychodzę na zewnątrz.

Otacza mnie chłód, ale to najcudowniejsze uczucie w całym moim życiu. Świat jest kolorowy, lśni brązem i złotem, czerwienią i brązem, szarością i błękitem. Kolejny krok. Noga zapada mi się w stertę mokrych liści, a wtedy zaczynam płakać i upadam na kolana, całuję ziemię tak, jak dawno, dawno temu zrobił to papież, i powtarzam słowa modlitwy tak długo, aż tracą jakikolwiek sens, a psycholog stoi za mną i śmieje się cicho, ale wyjątkowo pozwalam jej na to.

Odzyskałam świat, najpiękniejsze miejsce na całej ziemi, i teraz wiem, że nigdy nie sięgnę już po nic, co może mi go odebrać.

Pan wybaczył mi grzechy i teraz mogę iść w pokoju.

Amen.

ZUZANNA


"Każdy chce kochać". Opowieść Lilusi z tragiczną historią Szoah w tle. Praca zgłoszona na konkurs w 2013 roku.

Każdy chce kochać!

Chłodno, zimno, ból brzucha z głodu, łzy płynące po twarzy, poplątane włosy, otarte do krwi ręce... Słowa, że nie masz prawa żyć, bo jesteś inna. Kiedyś właśnie tak wyglądało moje życie. Ale ja wciąż jestem, wciąż mam imię i wciąż potrafię kochać. Nie mogli mi tego zabrać.

***
Mamusia i Tatulo nigdy nie mieli dużo, ale mimo tego nasz dom był pełen radości i ciepła. Zawsze znajdowali dla trójki swoich dzieci ciepłe słowo i miły gest, nawet wtedy, gdy tracili nadzieję. Zarabiali tyle, co nic na samym początku wojny, a potem to nic stało się już rzeczywistością. Mamusia straciła posadę krawcowej za ciemne oczy i twarz, a Tatula zabrali z firmy za czarne włosy i gwiazdę Dawida w kieszeni. Mamusia potem bardzo płakała, a Tatula już więcej zobaczyć nie mieliśmy.
W wieku szesnastu lat mój starszy brat, Antoś, dołączył do Podziemia. Rzadko bywał w domu, ale za to czasami przynosił nam trochę chleba, czy też nawet koce i ubrania. Mamusia była z niego dumna, że jest taki dzielny i dobry i szczodry, ale za każdym razem gdy się żegnaliśmy, błagała go, by został. To samo powtórzyła i rok później, przed akcją desantową. Antoś nie został. Tego samego dnia do domu przyszedł jego przyjaciel z akcji, miał czarną przepaskę na ramieniu, a krew zalewała mu czoło. Chyba nawet płakał i bardzo mocno tulił Mamusię.
-Ci, ci, matuńcia nie płacz, jemu tam lepiej i nawet go nie bolało, bo odszedł od razu - tłumaczył urywanym głosem. Zrozumiałam, że Antoś umarł. Tylnymi drzwiami wybiegłam na ulicę, płakałam tak bardzo, że nie widziałam drogi przed sobą.
-Antosiu! - wrzeszczałam z pełnych płuc. - Antosiu!
Wtem ktoś złapał mnie w ramiona i podniósł, wtulając moją zapłakaną twarz w ramię. Biegł, a mi zęby trzaskały na każdej nierówności. Wyłam w mokry, miękki płaszcz, dopóki mnie nie postawił na ziemię u progu domu.
-Liluś, cii, już koniec, już wystarczy - przemówił łagodnie Bronek Tychmanowicz,  przyjaciel Antka, co tak tulił Mamusię, Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć, ale płakać przestałam.
-Dla Mamusi musisz być silna - wyszeptał do mnie, żydowskiej piętnastolatki. - Ja się Wami zaopiekuję, wiesz? Tylko już nie płacz, bo szkoda tych twoich oczu.
Wróciłam do domu, Mamusia tuliła mnie bez słowa, a ja przypadłam do niej i gładziłam jej długie włosy.

***
Dołączyłam do Podziemia dwa tygodnie po śmierci Antka, wciąż otumaniona bólem i żądna zemsty. Nadano mi pseudonim Marynia i zostałam sanitariuszką. Na łączniczkę wciąż byłam za mała, a na kurierkę za wysoka. Mamusia zabraniała mi tej działalności i próbowała stosować różne zakazy, ja jednak pozostałam nieugięta.
-Bronek się wami zaopiekuje - powtarzałam uparcie, kiedy dowiedziała się o mojej decyzji, podczas gdy szyłam młodszej ode mnie Sarze sweter z przydziałowej wełny. - A mi się do grobu nie spieszy. Mamusiu, cii, ja już zdecydowałam.
I stało się wkrótce, jak chciałam - trafiłam do Podziemia.

***
W kwaterach Podziemia było zimno i ciemno, ale bezpiecznie. Niemcy o tym miejscu nie mieli pojęcia. Czas mijał, gdy mijały kolejne akcje, a moje serce ponownie zapłonęło. Wysoki, jasnowłosy Bronek wkrótce stał się moim ,,kawalerem'', jak to ujęła Mamusia z lekkim rozbawieniem. Dobrze nam było razem, choć musiałam swoje przecierpieć w obawie o jego życie na każdej akcji. W maju zorganizowano pierwszą, w której czynnie uczestniczyłam. Napad na komendę policji niemieckiej był świetnie zorganizowany, my uzbrojeni, pełni nadziei i zapału. Czwartego maja wyruszyliśmy lasem, by zajść Niemców od tyłu. Bronek szedł przede mną, ja przedostatnia, a za mną Franeczka, drobna, czarnowłosa, o czarującym sposobie bycia. Gdy zaczęliśmy wychodzić zza linii drzew, usłyszałam strzał. Krzyknęłam, a drugi krzyk usłyszałam za sobą. Krzyk pełen rozpaczy i bólu, a potem ciężkie uderzenie i dalej nic. Odwróciłam się z niedowierzaniem i opadłam na kolana.
Trawa przygniotła się pod drobną, szczupłą dziewczyną, usta miała lekko rozchylone, a wzrok szklisty. Włosy powoli nasiąkały jej krwią, płynącą z rany z tyłu głowy.
-Nie! - wrzasnęłam, łapiąc ją za zimne, obce dłonie. - Frania nie, nie, obudź się, patrz na mnie, słyszysz, Frania, słyszysz?
Ktoś podźwignął mnie za ramiona.

***
Obudziłam się w miejscu tak ciasnym i wilgotnym, że aż nieludzkim. Ktoś podszedł do mnie z cichym szelestem.
-Obudziłaś się, maleńka - usłyszałam szept i ktoś pogładził mnie po włosach.
-Mamusia?- zapytałam półprzytomnie, gardło miałam spuchnięte i obolałe do granic.
-Nie, kochanie, mam na imię Nela, jestem twoją - tu ciepły, łagodny głos załamał się na chwilę, by w końcu dokończyć z goryczą ? współlokatorką.
To otworzyło mi oczy i przywróciło pamięć. Poderwałam się ze zduszonym okrzykiem.
-Gdzie ja jestem? - zakwiliłam, zataczając się oszołomiona po zimnej posadzce. Nie miałam butów.
-W więzieniu - wyszeptała boleśnie kobieta. - Przywieźli cię wczoraj i wyjmowali kulę z łydki. Ty pewnie jesteś z Podziemia, tak? Z tej akcji na posterunek? Trzy osoby z tobą przywieźli. Dziewczynę, wysoką, rudą, czarnowłosego mężczyznę i chłopaka, blondyna chyba, cały czas coś krzyczał o tobie, aż go pobili.
-Bronek!
-Może i tak się nazywał - zgodziła się Nela. Też była Żydówką, miała na sobie brudną, szarą sukienkę i długą szramę na policzku. Jej oczy były dziwnie puste. ? Wypoczywaj, póki możesz, niedługo pewnie przyjdą po ciebie.
-Nic im nie powiem - powiedziałam gniewnie, odtrącając jej wyciągniętą dłoń. Uśmiechnęła się smutno.
-Na pewno - przytaknęła cicho i odeszła w drugi kąt celi, taki ciemny, że widać było tylko jej oczy. Wkrótce zamknęła je i zasnęła. Poszłam za jej przykładem, cicho, boleśnie.

***
Obudziło mnie silne szarpnięcie.
-Wstawaj, szybko - warknął do mnie niemiecki oficer. Jego mundur pachniał śmiercią. Zwlókł mnie siłą z pryczy, oszołomioną i zdezorientowaną. Podczas krótkiej drogi rozpaczliwie szukałam sposobu ucieczki i oglądałam inne cele, wypatrując Bronka. Nigdzie go nie było.
Zaprowadzili mnie do gabinetu, prześladowca już tam był. Twarz miał ostrą, w oczach stal. Założył rękawice i zostawili mnie z nim.
-Pewnie Rachela - zapytał obłudnie. Zaprzeczyłam. - Nela? Sara? Róża? Maria? Lena?
Zaprzeczałam.
-Lila?
Skinęłam.
-Jesteś niema? - warknął. Nie odzywałam się, więc przeszedł do rzeczy. Dłonie miałam mokre, usta pełne krwi, gdyż przygryzłam język.
-Ilu was jest, tych z konspiracji? - Milczałam. - Zadałem ci pytanie?
Jego głos brzmiał jak tarcie szkłem o mur. Milczałam. Uderzył mnie w twarz z taką siłą, że upadłam. Rękoma zamortyzowałam upadek, ocierając je boleśnie do krwi.
-Gdzie się chowacie? - zapytał tym razem gniewnie. Milczałam, a z ust spływała mi krew zamiast słów .- Gdzie macie siedzibę? Pytam cię!
Tym razem kopnął, a jego buty były mocno okute. Nie dałam rady powstrzymać okrzyku bólu, gdy złamał mi żebra. Nie był to ostatni cios. Milczałam jednak, nawet już nie krzycząc, a wtedy złapał mnie za ramię i wywlókł na dwór. Majowe słońce przesłaniały chmury i wiał lekki wiatr. Dopiero wtedy przemówiłam.
-Bronek! - krzyczałam ile sił. Był odwrócony do mnie plecami, ręce miał splecione na karku. -Bronek!
Odwrócił się, twarz miał brudną, pełną rozpaczy. Wtedy strzelili. Upadł na ziemię, a ja rzuciłam się ku niemu.
-Nie strzelać! - wrzasnął mój oprawca, gdy tamci załadowali pistolety. Odwróciłam go i ułożyłam jego głowę na swoich kolanach.
-Nie! - krzyczałam, płacząc i potrząsając nim. - Nigdzie beze mnie nie idziesz!
Wydawało mi się, że ktoś grał na skrzypcach, a potem tylko ból i znów cicho.

***
Dwa dni później przewieźli mnie, wrak człowieka, do Oświęcimia. Nie miałam pojęcia, jak to było możliwe, że jeszcze żyję. Że nie rozstrzelali mnie jak Bronka. Jedynym wytłumaczeniem, jakie przyszło mi do głowy było to, że chcieli, abym mocniej cierpiała. Za akcję. Za Podziemie. Za bycie Żydem. Tak czy inaczej, skończyłam w Auschwitz. Tam przydzielono mi bieliznę, pasiak, zabrano poprzednie ubrania i ścięto włosy na krótko. Wysoki mężczyzna z siwymi włosami wytatuował mi na ramieniu numer i żółty trójkąt, znak mojej narodowości, nie bacząc na to, by być delikatnym. Następnie trzydniowa kwarantanna i w końcu barak numer cztery. Ostatnia prycza. Wszystko śmierdziało tam odorem zgnilizny, krwi i rozpaczy. Głośny płacz małych, żydowskich dzieci wyciskał mi z oczu łzy rozpaczy. Współwięźniowie przywitali mnie i zapoznali z zasadami, jedna kobieta, Rachela, oddała mi nawet kawałek nadgniłego chleba. Miała dwadzieścia dwa lata i straciła trzy palce u jednej dłoni.
Kiedy zapadł zmrok i wszyscy poszli spać, ja rozmawiałam z Rachelą. Podzieliłam się z nią opowieścią o stracie brata, ukochanego i akcji Podziemia, nie zważając na ostrożność, ona zaś opowiedziała mi o swojej małej córeczce, też Liliannie, którą wsadzili do komory. Szczególnie zainteresował ją fakt, że byłam sanitariuszką i długo mnie o to wypytywała. Zasnęłyśmy po jakiś dwóch godzinach, wyczerpane do granic.
Następne dni upływały mi wolno i boleśnie. Porcje żywieniowe były znikome, a praca przy grzebaniu zmarłych i noszeniu ciężarów wyniszczająca. Przeżyłam to chyba tylko ze względu na Rachelę, która niezwykle mnie wspierała.
Miesiąc po moim pobycie nadszedł straszny dzień. Ustawiono nas jak zwykle na placu w równych rzędach, niektóre kobiety płakały, a ja stałam jakby sparaliżowana. Nie wiedziałam dlaczego, ale nie mogłam nawet się zgiąć. Rachela stała obok mnie - była blada i słaniała się na nogach, jej oczy wydawały się nienaturalnie przerażone, jak oczy owcy gnanej na rzeź.
-Znowu wybierają tych, którzy trafią dzisiaj do komory - wyszeptała w końcu. Poczułam lodowaty dreszcz, a potem dziwnie spokojną świadomość pogodzenia się z losem. Nie potrafiłam uronić łzy. Oficer stanął przed nami, po czym zaczął wskazywać. Niektórzy wybrańcy padali na kolana, inni niczym kukły podążali we wskazanym kierunku, jeszcze inni zachowywali się tak, jakby chcieli się ukryć. W końcu jego wzrok padł na mnie. Zadrżałam.
-Ty - wyrzekł bezlitośnie. Paznokcie Racheli wbiły się w moją dłoń, kilku mundurowych ruszyło w moją stronę.
-Nie! - usłyszałam krzyk Racheli. - Ona jest sanitariuszką, nie bierzcie jej, to sanitariuszka!
Obróciłam się w jej stronę, płakała. Oficer patrzył na mnie dłuższą chwilę i podniósł dłoń, zatrzymując mundurowych.
-Zatem ona nie. Zabierzcie ją do punktu sanitariuszy.
Zabrali mnie, a ostatnim, co widziałam, były łzy Racheli, która zamiast mnie została wytypowana do komory. I tak zapamiętałam moją wybawczynię.

***
Przydzielili mnie do zespołu dokonującego eksperymentów medycznych. Dostawałam trochę lepsze racje i przede wszystkim nadal żyłam. I choć nienawidziłam tego, co robiłam, nikt nie robił mi krzywdy. Nie bił, nie strzelał. Wytrzymywałam obelgi i szturchanie, byłam silniejsza od nich, musiałam być. Dla Mamusi i Sary, a przede wszystkim dla Bronka. Czasem musiałam uczestniczyć przy ich ohydnych eksperymentach. Rozcinali pacjentów bez znieczulenia, przeprowadzali okrutne zabiegi, a ja musiałam na to patrzeć. I patrzyłam, a kiedy pacjent umierał, i wynosiłam go na stertę ciał, szeptałam nic nieznaczące przeprosiny.

***
Gdy wojna dobiegła końca, miałam dziewiętnaście lat i byłam słaba, i chuda jak szkielet. Ktoś zawiózł mnie do Warszawy, Mamusia nadal tam była. Gdy ją spotkałam, była ubrana cała na czarno z radosnym, a jednocześnie jakby nieobecnym wzrokiem. Chwyciła mnie w ramiona.
-Lilusia, co oni ci zrobili, Lilusia... - łkała, a ja gładziłam ją moją wychudłą ręką po siwych włosach.
-Nie płacz Mamusiu, im jest tam dobrze - mamrotałam bezsensownie. To była tak wielka radość, a jednocześnie tak wielki ból, spotkanie i przerażające wspomnienia i ta okropna wiadomość - Sarę przygniótł wysadzony przez bombę dach.
I wyjechałyśmy z Warszawy, matka z córką, do Krakowa. Rok później zostałam już sama w małym domu przy Wawelu. Patrzyłam na nasze jedyne wspólne zdjęcie.
-Każdy chce kochać - mówiłam, a deszcz bębnił o szyby. Ja też płakałam.

Głuszko Larysa
Poezja zgłoszona do konkursu w 2013 roku.

Lara 123 Croft

 

Różowe wniebowstąpienie

 

Obsypała się ziemia różowymi płatkami

Idzie do Nieba Japonia ? tam różowo nad nami

Tam przy ulicy w parkach i na wzgórzach

Rosną wiśnie drzewa magiczne

W kraju ludzi którzy żyją elektronicznie

 

Gdzie ziemia pokryta jest grubą warstwą HI-TEChniczną

Która w świat wysyła codziennie ofertę IT bardzo liczną

Gdzie życie to pościg za najlepszym procesorem

Który przekaże najszybciej nowe dane wieczorem

Zapisze zbuforuje spakuje ale czy zdąży na rano do nieba

 

Bo rano wszyscy idą do nieba

Tak Japonio odpocznij ? tak trzeba

Ziemia Cię otula różowym obłokiem i prosi

Abyś poszła na spacer usiadła pod drzewem

Posłuchała rozmów w realu i ptaków

Których śpiew wysoko się wznosi

 

Nim wszystkie płatki opadną z wiśniowych kwiatów

Nim z ziemi zginie ostatni święta znak

Nim zawiązki powstaną jak wiosenne poematy

Japonia wróci z Nieba na Ziemię do pracy

 

?Lara 123 Croft

Turcja ? last minute

Kim jest goły jak święty turecki
I czym jest tureckie kazanie
Czy kawa po turecku to pomysł wenecki
Może odpowiem na to pytanie

Siadł sobie pewien Turek zawczasu
By posłuchać jak ? śpiewa ?? las
Siadł w kokardkę , to znaczy po turecku
Dlaczego ? nie wiem niech oświeci dziś nas

Co ja wiem o Tobie Turcjo kochana
Niewiele więcej niż nic
W mym pakiecie last minute w tym karawana
Jestem jak przypadkowy widz

Który zobaczy świat na dwóch światach rozłożony
Most poprzez dwa kontynenty przełożony
Po którym Orient Express pędzi jak szalony
- to taki pociąg, w którym zdarzają się kryminalne zagadki
Podobno, bo nie czytam tych książek ? to nie dla mnie
One podobają się mojej mamie?
Ja lubię historie te rzeczywiste
Gdzie ludzie i sprawy są oczywiste
Byłaś Turcjo kiedyś z nami w niezgodzie
Spotkaliśmy się pod Wiedniem?
Pani od historii resztę ci opowie

Po co pamiętać dziś tamte sprawy
Lepiej zamieńmy to na orientalne jedzenie
wonne przyprawy i wspólne zabawy
To co w pakiecie jest obiecane
Wspaniała pogoda i zabytki nieznane

Kiedy już poznam Cię Turcjo kochana
Wtedy odpowiem na te wszystkie pytania
I nie będziesz już więcej przypadkowo wybrana
Bo zaplanuje Cię za rok
Cały all inclusive ?

Greglewska Marta
Praca zgłoszona na konkurs w 2013 roku.



Przeznaczenie


Rok 2009

    Czerwcowe popołudnie. Wróciłam ze szkoły i delektowałam się ciszą w domu. Nikogo nie było. Tylko ja oraz moja magiczna moc, która chciała ze mnie wyjść. Pozwoliłam jej. Wokół mego ciała iskrzyły się kolorowe gwiazdki, przedmioty latały po salonie? Lubię takie chwile wytchnienia, bo nie muszę udawać kogoś kim nie jestem, czyli zwykłą dziewczyną.
   Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Zabawa się skończyła, było tak miło. Otworzyłam ciężkie wrota i ujrzałam mych przyjaciół-sąsiadów Paula oraz Grygo Screwdriver?s. Byli braćmi bliźniakami, choć bardzo się różnili. Paul był zawsze uśmiechnięty, wieczny optymista, a Gary ponury, jakby nic go nie satysfakcjonowało, czasem mnie tym denerwował, lecz i tak go lubiłam. Łączyła ich tylko pasja do pływania.
- Cześć Alice!- powiedzieli chórem.
- Cześć! Macie ochotę na herbatę?
- Nie, dzięki. Przyszliśmy ci się tylko pochwalić, gdyż na ostatnich zawodach zajęliśmy bardzo dobre miejsca, a Gary nawet wygrał jedną konkurencję.- opowiadał z przejęciem Paul.
- Oo, to świetnie! Wiedziałam, że jesteście najlepsi.
- Och, bez przesady.- mruknął speszony Gary.
   Wtem nadjechał wóz policyjny. Nie wiedziałam, po co przyjechali. Do drzwi podeszło dwóch funkcjonariuszy ubranych w ciemne mundury.
- Pani Alice Pilers?
- Tak, to ja. O co chodzi? Coś się stało?
- Przykro mi, ale mamy dla pani złe wieści. Rodzice panienki zginęli w wypadku samochodowym dziś około południa.
   Coś mnie ukuło w sercu. Moi rodzice nie żyją?
- Ale jesteście pewni, że to oni?- pytałam ze łzami w oczach.
- Tak. Diana i Harold Pilers.
   Nie mogłam w to uwierzyć. Co teraz ze mną będzie? Przecież nie mam żadnej rodziny. Pełna złych emocji smutku i żalu biegłam przed siebie. Nie kontrolowałam tego, co robię. Na oczach wszystkich zniknęłam w powietrzu.

Dwa tygodnie później
   Było już po pogrzebie rodziców. Wściekła na los opuściłam cmentarz. Na chodniku spotkałam Paula. Podszedł do mnie, a następnie czule przytulił. Czułam się odrobinę lepiej, pomijając fakt, że podkochiwałam się w nim.
- I co teraz z tobą będzie?- spytał zatroskanym głosem.
- Nie wiem. Pewnie pójdę do domu dziecka. Spotkałam dziś panią Richardson. Powiedziała, że jest jedno wyjście z tej sytuacji. Mianowicie uczęszczanie do szkoły z internatem od nowego roku. Tylko jest ona umieszczona w Glasgow. Musiałabym wyjechać na cztery lata.
- Będzie mi ciebie brakować. Czy mogę ci zadać pytanie, odnośnie tego pamiętnego popołudnia?
- Tak.
- Jak to zrobiłaś, że zniknęłaś w powietrzu?
- Chciałabym ci to powiedzieć, lecz nie mogę. Może kiedyś?
- Ok.
   Po tej rozmowie w błogiej ciszy odprowadził mnie do domu.

Rok 2013
   Ach, nareszcie wyzwolona. Wreszcie skończył się mój czas pobytu w tej szkole. Była to szkoła dla magicznych stworzeń takich jak ja. Wiele się tu nauczyłam, poznałam nowych ludzi m.in. czarodziejkę Bellę, Toma czarnoksiężnika, a także Victora wilkołaka. Zaprzyjaźniliśmy się i stanowimy zgraną paczkę. Moja dawna nauczycielka pani Rchardson powiedziała mi, że wraz z nimi muszę odszukać demona, który czyha na nasze życie. Nie jest to łatwe zadanie, ale po to byłam w tej szkole, żeby się nauczyć, jak go powstrzymać.
   Taksówka podjechała pod dom. Chłód przeniknął mnie aż do kości. Budynek nic się nie zmienił dzięki zaklęciu, które rzuciłam na niego przed wyjazdem do Glasgow. Byłam ciekawa co słychać u Paula i Garyego. Postanowiłam, że zostawię walizki, a później pójdę ich odwiedzić.
   Nie musiałam długo iść, bo przecież mieszkają obok. Zapukałam do drzwi natychmiast otworzyła mi pani Rebecca- ich mama. Przywitałyśmy się, chwilę porozmawiałyśmy, gdy nagle po schodach zbiegli moi serdeczni przyjaciele. Bardzo się cieszyłam, że mogę znów ich zobaczyć, ale oni chyba jeszcze bardziej niż ja.
   Poszliśmy do pokoju Garyego. Nic się tu nie zmieniło. Ten sam ponury wystrój pokoju, aczkolwiek na swój sposób interesujący.
- To opowiadaj, jak było. Mamy dużo do nadrobienia.- zaproponował Paul.
   Z wielką chęcią im opowiadałam o tym, co działo się ze mną przez te wszystkie lata (pomijając szczegóły o magii). Nim się spostrzegłam, była już noc. Pani Rebecca nalegała bym zjadła z nimi kolację, więc się zgodziłam. Po posiłku stwierdziłam, że czas iść do domu. Byłam zmęczona podróżą i chciało mi się spać.
- Dobranoc!- grzecznie się pożegnałam i zmierzałam ku wyjściu, ale poczułam rękę na moim ramieniu.
- Zaczekaj. Zapomniałem ci powiedzieć, że jutro są mistrzostwa Anglii i może zechciałabyś przyjść?
- Pewnie.
- To super. Podjedziemy po ciebie o 12:00.
- Ok, będę czekać.
   Poszłam do domu, choć nie chciałam. Naraz zaczęły wracać wszystkie wspomnienia. ?Mamo, tato, gdzie jesteście? Tęsknię za wami?, takie myśli krążyły mi cały czas po głowie. Przekroczyłam próg. Zaklęcie podziałało, wszystko było czyste i na swoim miejscu. Szłam po pokojach, jakbym była tu pierwszy raz. Dom był duży, wręcz ogromny, więc trochę czasu mi to zajęło. Samotna łza spłynęła mi po policzku, gdy weszłam do sypialni rodziców. Zamknęłam ją na klucz, by już nikt nie mógł tam zajrzeć, by odpoczywali w spokoju. Po oględzinach poszłam wziąć zimny prysznic, a później spać, ponieważ czeka nie jutro dzień pełen wrażeń.
   Obudziłam się o 10:00. To niepodobne do mnie, by spać tak długo, ale byłam wykończona. Szybko zjadłam śniadanie i poszłam się ubrać. Założyłam sukienkę w kolorze miętowym, który podkreślał moje blond włosy. Do tego czarne szpilki zakupione w Glasgow. Usłyszałam dźwięk pukania do drzwi i natychmiast zbiegłam, chwytając po drodze mój płaszcz koloru żurawinowego.
- Cześć wszystkim!- przywitałam się wsiadając do auta.
- Hej, gotowa?- spytał Paul.
- Jasne możemy jechać.
- Mam dla ciebie niespodziankę.
- Jaką?
- Dowiesz się na miejscu.
   Dotarliśmy. Było pełno samochodów, lecz Gary jako wytrawny kierowca szybko znalazł wolne miejsce obok pływalni.
- Zaczekaj.- oznajmił Paul.
  Po chwili przyszedł z jakąś dziewczyną.
- Alice, to jest Agnes moja nowa dziewczyna.
   Jego dziewczyna?! No nie! Przecież to ja miałam być jego dziewczyną.
- Cześć, miło mi cię poznać. Paul dużo mi o tobie opowiadał.- powiedziała Agnes.
- Mnie również miło. Mam nadzieję, że same dobre rzeczy mówił.- uśmiechnęłam się fałszywo.
   Nie lubiłam jej. Wszyscy weszliśmy do środka, chłopcy poszli do szatni, a ja wraz z Agnes na trybuny. Minęła godzina i przyszedł czas na finały. Paul i Gary startowali w innych konkurencjach, dlatego Gary do finału przystąpił jako pierwszy. Zanurzyli się w wodzie i zaczęli płynąć. Chciałam mu pomóc, więc dyskretnie użyłam magii, by mógł szybciej to zrobić. Coś dziwnego się stało, jakby odpychał moje moce. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś takiego. Ostatecznie zajął drugie miejsce. Minimalnie przegrał, ale to i tak był wielki sukces. Czas na Paula. Agnes, która stała obok mnie, zaczęła głośno go dopingować, co nie pozwalało w pełni skoncentrować się na magii. Wystartowali. Rzuciłam czar, który tym razem zadziałał. Paul wygrał, został mistrzem Anglii!
   Po zawodach udałam się do miasta, bo nie mogłam wytrzymać widoku Paula i Agnes całujących się. Umówiłam się z Bellą, Tomem i Victorem, by opowiedzieć im o wydarzeniach dzisiejszego dnia. Wszyscy czekali na mnie w kawiarni.
- Cześć wszystkim!
- Cześć Alice, opowiadaj, co się stało.- ponaglił mnie Tom.
   Streściłam im całą historię z czarami i Garym. Byli pod wrażeniem tego co się stało.
- A może on jest demonem? W Glasgow uczyli nas, że jest on odporny na nasze czary.- przypuszczała Bella.
- Nie wiem, postaram się to wyjaśnić.
   Długo prowadziliśmy jeszcze ożywioną rozmowę. Była godzina 18:00 kiedy wróciłam do domu. Na schodach spotkałam Paula.
- Alice możemy porozmawiać?
- Nie mamy o czym.
- Wiem, że jesteś zła za tą sprawę z Agnes, ale myślałem, że się ucieszysz.
- Tak bardzo się cieszę, że chłopak, do którego od lat żywiłam to najpiękniejsze uczucie ma dziewczynę!
- Ty we mnie?
- Tak.
   Nareszcie mu to powiedziałam. Byłam wściekła, a zarazem ulżyło mi, bo wyjawiłam mu prawdę. Pobiegłam do swojego pokoju chwyciłam nóż i przecięłam sobie nadgarstek. Gdy się ocknęłam, Paul stał nade mną i mówił coś pod nosem.
- Alice? Ty żyjesz? Jak to możliwe, że ta rana?, że już jej nie ma?- mówił zmieszany.
- Czasami miłość jest silniejsza niż jakiekolwiek zaklęcie.
- Jakie zaklęcie?
- Pamiętasz ten dzień, kiedy pytałeś się jak zniknęłam w powietrzu? Teraz chyba mogę, a nawet muszę ci o tym powiedzieć. Ja jestem czarownicą.
- Ty czarownicą?
- Tak.
   Opowiedziałam mu o tym, co się działo w Glasgow, o moim dzieciństwie, wszystkie mroczne sekrety. Był zdziwiony, ale rozumiałam go.
- To fajnie mieć przyjaciółkę czarownicę.- mówił wychodząc z domu.
- A i jeszcze zapomniałam ci powiedzieć, że to mistrzostwo Anglii pomogłam ci zdobyć?
- To trochę nieuczciwe, więc niech to będzie nasza słodka tajemnica.
   Nagle niebo ogarnęła ciemność. W naszym kierunku zmierzał Gary. Jego ciało unosił wiatr, w rękach trzymał iskry, jakby błyskawice.
- Ty!- krzyknął ze wściekłością.- Ty jesteś czarownicą. Nie ma miejsca dla ciebie na tym świecie. Zgiń i przepadnij potworze!- w tym momencie w moim kierunku posłał jedną z błyskawic, ale na szczęście odepchnęłam jego atak.- Mam już twoich przyjaciół, teraz czas na ciebie.
   W wielkim tornadzie uwięzieni byli Bella, Tom oraz Victor. Gary jest demonem. Wszystko sobie uknuł, a ja głupia przyjaźniłam się z nim przez całe moje życie. Rozpętała się wojna, która była celem mojego życia. Przyszłam na świat, żeby go pokonać i ocalić ludzkość przed jego zagładą. Na Ziemi roiło się od piorunów, tornad i innych magicznych zjawisk. Istna apokalipsa. Nagle usłyszałam głos Paula.
- Alice to ciebie kocham, nie Agnes. Proszę, wybacz mi, że byłem tak ślepy. Słyszysz, kocham cię!
   Te słowa zadziałały jak dodatkowa moc. Uniosłam się w powietrzu, już nic dla mnie nie miało znaczenia. Całą swoją mocą zaatakowałam Garygo zadając mu ostateczny cios. Rozpłynął się w powietrzu, a ja gwałtownie upadłam na ziemię, obijając sobie plecy. Poczułam dotyk Paula na moim ciele, który znów podziałał jak najlepsze lekarstwo. Powoli otworzyłam oczy i zobaczyłam mych przyjaciół i jego mojego wybawcę.
- Alice pokonałaś demona!- krzyknął uradowany Victor
- Paul przykro mi, że zabiłam twego brata, ale tak musiało się stać. Czy wiedziałeś o tym, że jest on demonem?
- Nie wiedziałem o tym, ale skoro tak musiało się stać, to może i lepiej, choć będzie mi go brakować.
- A to co mówiłeś to prawda? Kochasz mnie?
- Tak, to prawda, kocham cię i dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę.
   Na Ziemi nastała jasność. Ja i Paul jesteśmy razem i teraz możemy pokonać wszelkie zło, jakie zostało jeszcze na tej planecie.

Mona Lisa