Biblioteka - debiuty
- +   -

Biblioteka miejsko-powiatowa w Kwidzynie



BIERZEMY UDZIAŁ
W PROGRAMACH:
Klimek Agnieszka
Praca nadesłana na konkurs w 2013 roku.

To był dzień pełen wrażeń
Poniedziałek, 14 I 2013 r.

Otworzyłam podręcznik na stronie osiemdziesiątej siódmej. Kartka była zielona. Nie podoba mi się ten kolor. Od dzieciństwa go nie lubiłam, a akurat dzisiaj ta barwa musiała być tłem dla tekstu czytanego na lekcji języka polskiego.
- Ida, może przeczytasz nam pierwszy akapit? ? zapytała nauczycielka. Kiwnęłam głową i zaczęłam, nie znałam znaczenia większości wyrazów, które przeczytałam. Skąd miałam znać znaczenie słów takich jak: ondzie, rucho lub pofolgować?
- Archaizmy to wyrazy, które wyszły z użycia.
- To wyrazy umieją chodzić?
W klasie rozległ się chichot. Takie pytanie mogła zadać tylko jedna osoba, Darek. Jest klasowym błaznem, dzięki niemu mniej inteligentna część klasy ma okazję do kręcenia beki. Nauczyciele najczęściej nie reagują na jego pytania, które po prostu nie mają sensu.
Polski był moją ostatnią lekcją, więc podczas powrotu do domu towarzyszyła mi Weronika - zdaniem chłopców jest najładniejsza dziewczyną w klasie.
- Wiesz, że Kamila znowu chodzi z Maćkiem? ? zapytała po chwili.
- Cała szkoła o tym plotkuje, więc i ja się dowiedziałam. ? odburknęłam pod nosem.
Nienawidzę, gdy ktoś mnie pyta o takie farmazony. Takie ?związki? dziewczyn ze szkoły najczęściej trwają około dwóch tygodni, a po zerwaniu opowiadają, jaki wielki błąd popełniły. Prędzej czy później i tak znowu będą ze sobą chodzić około trzech razy i historia będzie się powtarzać.
- Mamy jutro sprawdzian z biologii? ? zmieniła dyplomatycznie temat, widząc moja minę.
- Tak,  z organów roślinnych.
Doszłyśmy do bloku, w którym mieszkam, pożegnałyśmy się i weszłam na klatkę schodową. W skrzynce pocztowej leżało kilka rachunków, reklamówek i jeden list. Był zaadresowany do mojej siostry, Celiny. Obydwie mamy nietypowe imiona. Nauczyciele najczęściej mówią na mnie Iga lub Iza. Nie lubię mojego imienia. Próbowałam znaleźć w internecie zdrobnienie od niego. Na jednej witrynie było napisane, że zdrobnieniem od imienia Ida jest Ida. Wyczytałam również, że:  ?Ida jest bardzo dynamiczna, niespokojna, niecierpliwa. Działa impulsywnie, szybko reaguje, nie znosi monotonii i rutyny?. Żaden wyraz w tym opisie nie pasuje do mojej osoby. Zazdroszczę tym dziewczynom, które mają normalne imiona, takie jak Ola, Ada, Agata albo Dominika.
Weszłam do mieszkania. W salonie siedziała mama i oglądała kolejną telenowelę. Gdy jadłam obiad, co chwilę słyszałam jak ktoś wyznawał komuś miłość. Odrobiłam wszystkie prace domowe, zajrzałam do podręcznika z biologii i włączyłam komputer. Sprawdziłam, czy dostałam jakiegoś maila. Asia, przewodnicząca klasy, wysłała mi zdjęcia z wycieczki klasowej.  No i czego mogłam się spodziewać. Moją twarz najczęściej widać było w tle, podczas czytania książki lub słuchania muzyki z odtwarzacza mp3, zaś na pierwszym planie uśmiechały się umalowane każdym istniejącym na świecie kosmetykiem dziewczyny z klasy. Jestem odmieńcem, nie jestem towarzyska, nie mam najlepszej przyjaciółki. No i co z tego! Wbrew pozorom nie czuję się opuszczona, choć czasami mam ochotę się komuś wyżalić. Za to mam dobry kontakt z mamą i siostrą, więc z nimi mogę porozmawiać o wszystkim, tak dosłownie, bo nigdy mnie nie wyśmiały i nie zawiodły. Celina jest ode mnie o trzy lata starsza. Chodzi do liceum. Rzadko się kłócimy, ale jeśli już dojdzie do sprzeczki, to meble zaczynają latać po całym domu i nie odzywamy się do siebie przez kilka dni. Tak jak w normalnym domu.
Było około północy, kiedy poszłam do łazienki. Umyłam się, ubrałam w piżamy, spakowałam książki do plecaka, zapisałam w pamiętniku kilka zdań na temat dzisiejszego dnia, wyłączyłam światło i położyłam się do łóżka.

Agnieszka
Krzemińska Roksana
Praca zgłoszona na konkurs w 2014 roku

Przebłysk nadziei


    Żyję w świecie, w którym nie ma miłości. Ludzie uznali ją za chorobę, za coś, co zabija nas samych. Jest jak trucizna, która swoimi korzeniami zadusza nasze serca, wpuszcza w nie jad, który wykańcza. Zabija wtedy, gdy kochasz i jesteś kochany. To cierpienie jest długie, powolne. Zabija od środka, kompletnie wypłukując umysł. Jesteś jak marionetka. Zrobisz wszystko, by pokochał lub nadal kochał. Jesteś w stanie pozbawić się życia, swojego jedynego daru, dla miłości do drugiej osoby. Tak mówiły nam legendy, księgi zakazane, a my nie chcieliśmy takiego życia. Nie mieliśmy na nie czasu. Dla nas najważniejsze jest przetrwanie. Nasze dalsze życie zależy od tego, czy będziemy wystarczająco dobrze wyszkoleni, aby obronić się i zabijać podczas wojny. Wojny o życie. To tradycja, która istnieje w naszej kulturze od 20 lat. Po przegranej wojnie z sąsiednimi plemionami nowy władca zarządził, aby dwoje dzieci z każdego plemienia do 18 roku życia, wybranych przez losowanie, musiało uczestniczyć w wojnie o życie. Każde dziecko od narodzin było szkolone do walki. Uczono  przetrwania w mrozie, gorączce, głodzie i pragnieniu. Po to, aby przeżyć. By móc po swoich 18 urodzinach, zacząć ,,normalne?  życie. Nie każdemu jednak się to udawało... Na wojnie mógł być tylko jeden zwycięzca. Dzieci, które zostały wybrane, jechały na walkę . Musiały zabijać się nawzajem, wykańczać jeden drugiego. Nie było litości, od pierwszego dnia życia zabijało się w nich takie uczucia jak współczucie, litość czy wybaczenie. Wyznawali zasadę: ,,Oko za oko, ząb za ząb?. Jeżeli ty zabiłeś kogoś z mojego plemienia, ja zabiję ciebie w hołdzie dla niego. Nie była to kwestia przywiązania, ponieważ te więzy zostały nam zabierane w dniu, kiedy odbywał się zabieg. Zabieg zabicia miłości. W dniu naszych osiemnastych urodzin każdy z nas musiał się mu poddać. Pozbawiał on nas zupełnie poczucia przywiązania, samotności. Po prostu miłości. Po osiągnięciu pełnoletności już nic nie mogło nas zabić. Ani miłość, ani walka. Byliśmy wolni.
   
    Nazywam sie Bell. Pochodzę z plemienia ósmego. Mam szesnaście lat. Żyję w obozie. Każdy z nas tu żyje. Są tu dzieci mające kilka miesięcy, młode kobiety i młodzieńcy w wieku siedemnastu lat. Z dniem swoich osiemnastych urodzin każdy z nas stąd wychodzi. Nie wiemy, co dzieje sie dalej. Świat po drugiej stronie obozu jest nam obcy. Nasz obóz nazywamy Głuszą. Tu czujemy sie bezpieczni. Osoby, które przez cały swój pobyt tutaj oddawały się walce, sumiennie pracowały, przetrwały i mogą zostać tutaj  Jednak jest ich bardzo mało. Ten zaszczyt spotykał tylko najlepszych.  Jest nas tu około dwóch tysięcy. Codziennie na treningu ginie około trojga dzieci. W czasie intensywnych ćwiczeń gdy nie jemy dwa tygodnie, czy nie dostajemy nawet naparstka wody, przez cztery dni kilkoro z nas umiera. Oszczędzamy dzieci do siódmego roku życia i okres tych głodówek zostaje im skrócony o połowę. Nie znamy swoich rodziców. Nie mamy potrzeby ich znać. Nie wiem, jaką rolę odegraliby w moim życiu. Czy wyglądałoby inaczej ? Byłabym szczęśliwsza , spokojniejsza? Właśnie, szczęście. Nie wiem, jak wygląda to uczucie. Tak samo jak miłość. Kiedyś gdy miałam dwanaście lat, jeden z chłopców starszy ode mnie o pięć lat, opowiedział mi, że przeczytał jedną z ksiąg zakazanych. Mówiła ona o mężczyźnie i kobiecie, którzy bardzo się kochali. Jednak ich rodziny pochodziły jakby z dwóch różnych plemion. Oni chcieli się pobrać, być razem, jednak on pobił jednego z członków jej rodziny i został wygnany. Ona była pogrążona w wielkiej rozpaczy, postanowiła upozorować swoją śmierć . Wysłała do niego list przez księdza, który pomógł jej wymyślić ten plan. Jednak list nie doszedł do jej ukochanego. On przybył, bo dowiedział się, że umarła . Zabił się przy jej grobie, a kiedy ona się wybudziła, zobaczyła go nieżyjącego i popełniła samobójstwo. To było bez sensu. Ciągle tu giniemy, a jeszcze z powodu jakiejś miłości? Gdyby każdy z nas kochał, nie byłoby nikogo do walki. Poza tym, z dniem naszych narodzin zostajemy przynoszeni Głuszy z tego ,,drugiego świata?. Tu wychowują nas do walki. Nie możemy się przywiązywać.  Codziennie powtarzają nam, że większość z nas zginie, że nie zobaczymy ,,drugiego świata?, jeżeli nie będziemy codziennie ćwiczyli, doskonalili swojej walki. Dlatego każde z nas walczy jak lew. Nie wiemy, co czeka nas po drugiej stronie, dlatego też niektórzy starają sie ze wszystkich sił, żeby tutaj zostać, jak już wcześniej wspomniałam. Zawsze wieczorem kiedy już prawie zasypiam, myślę o tym, jak tam jest. Może wszyscy są tam szczęśliwi. Nie ma wojen, krzyków. Może nie walczą codziennie. Dostają jedzenie i wodę. Mogą wychodzić na spacery, kiedy chcą . Może nie jest im zimno. Ale co to za życie? Tak jakby go nie było. Przecież my mamy tak codziennie, jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Nie umiem sobie wyobrazić, jak to by było .
      Za dwa dni odbywają się wybory do Wojny o życie. Wszyscy ćwiczą jeszcze bardziej intensywnie, jednak podczas walki oszczędzamy się nawzajem, żeby się nie pozabijać. Wszyscy są bardzo podekscytowani, a z drugiej strony boimy się. Wiemy, że może wrócić tylko jeden. Jest czternaście plemion, z każdego idzie dwóch zawodników, razem wychodzi dwudziestu ośmiu uczestników i dwudziestu siedmiu wrogów.  Nie jesteśmy najlepiej przygotowanym plemieniem. Wygraliśmy tylko raz w historii, podczas gdy inne plemiona mają na swoim koncie już dwa, trzy zwycięstwa. Nie mamy takich nowoczesnych broni i sprzętów. Skupiamy się bardziej na obronie bez broni. Nie umiem powiedzieć, czy to jest właśnie błędem czy nie, ale tutaj nie można wyrażać swojego zdania i się sprzeciwiać. Możesz dostać za to karę śmierci albo odbywać głodówkę przez trzy tygodnie. Kiedyś jeden z chłopaków powiedział trenerowi, że gdybyśmy dostawali więcej jedzenia, na pewno bylibyśmy silniejsi i mocniejsi w walce. Jeszcze tego samego wieczoru został powieszony w lesie... Od tamtej pory nikt nie odważył się nic powiedzieć na treningu, boimy się. Zawsze panuje cisza, nikt nic nie mówi, słychać tylko nasz oddech i szybki rytm bicia naszych serc. Większość z nas myśli, że chłopak miał rację. Dziennie dostajemy tylko dwie kromki suchego chleba i każdy z nas może wypić pół butli wody. Noworodki dostają jedną butlę mleka dziennie. Często płaczą, ale jeżeli jedno z nich płacze już bardzo długo, przychodzi do nich opiekunka i chwile później płacz cichnie, nikt z nas nie wie, jak ona to robi, jak jakaś czarodziejka. I później już nie słychać żadnego krzyku i hałasu.

    Jutro odbędą sie wybory, boję się . Dzisiaj każde z nas nie musiało ćwiczyć. Trener na dzisiejszym treningu mówił nam, co mamy robić, żeby przeżyć. Jakich chwytów używać. Nie mamy nikogo słuchać. Mamy żyć sami. Tylko my. Nie wolno mieć przyjaciół. Wszystkich trzeba zabić.
    Idziemy na wybory, bardzo się boję, ręce mi drżą. Wystawiono duży ekran, rozstawiono scenę. Wszyscy mieli się dzisiaj bardzo ładnie ubrać i uczesać. Przechodząc obok strażników, każdy musiał podać swoje imię i nazwisko, a następnie stawaliśmy w rzędach, wzrostowo, osobno chłopcy i dziewczynki. Wszyscy byli zdenerwowani, widziałam to. Wszystkim drżały ręce, zaciskali usta. Jednak każdy musiał przeżywać to w sobie sam, w samotności. Nie mogliśmy się wspierać. U nas każde okazanie wsparcia, przytulenie się, czy złapanie za dłonie było karane. Nie mogliśmy robić nic, co mogłoby budzić w kimś poczucie przywiązania czy miłość. Objawy zakochania były tutaj poddawane najgorszym karom. Kiedyś widziałam jak pewien chłopak z naszego plemienia przytulił się z dziewczyną i chciał ją pocałować w policzek. Ona się uśmiechnęła i wtuliła do niego jeszcze mocniej. Nagle zza drzew  wyłonili się strażnicy, złapali ich i wrzucili do wozu. Związali im ręce i nogi. Zamknęli drzwi, wsiedli i szybko ruszyli. Nie widziałam ich już nigdy więcej. Nie wspominano o nich. Może pojechali w jakieś inne miejsce, gdzie można było się przytulać i całować. W każdym razie mam taką nadzieję, bo bardzo miło się na nich patrzyło. Myślę , że oni byli ,,szczęśliwi?. Chyba miło jest być szczęśliwym. Mnie zawsze podobał się jeden z chłopców z naszego obozu, ale nigdy nie mogłam się dowiedzieć, jak się nazywa. Zresztą nic by mi to nie dało, bo w tym świecie miłość jest trucizną.
    "Bell Edverg" ? te słowa ciągle rozbrzemiewają mi w uszach. "Bell Edverg, proszę wyjdź na środek". Ruszyłam niepewnym krokiem, kręciło mi się w głowie. Poczułam, jak zbladłam na twarzy. Idę na śmierć. Wszyscy patrzyli na mnie, widziałam w ich oczach wdzięczność i ulgę, że to nie ich wybrali. Patrzyli na mnie i wiedzieli, że widzimy się ostatni raz. "Oto uczestniczka z 8 plemienia, Bell Edverg. A towarzyszyć jej będzie... ? wyciągnęli kartkę z losów ? Tomas Shell, brawa !". Spojrzeliśmy na siebie z Tomasem. Zobaczyłam w jego wzroku przerażenie.  Idziemy na śmierć, nic już nas nie uratuje.
    Wszystko minęło bardzo szybko. Zaprowadzili nas na dworzec, wsiedliśmy do pociągu. Nikt się z nami nie pożegnał, nikt nic nie powiedział. Pewnie jutro wszyscy wrócą do treningów, nic się nie zmieni. Pewnie nikt nas nie zapamięta. Nikt nas już nie wspomni. Przecież żyjemy po to, żeby zabijać . Dzisiaj jesteś, a jutro cię już nie ma.
    Tomas siedział naprzeciwko mnie w pociągu. Nie mieliśmy odwagi na siebie spojrzeć, kiedy jedno próbowało, drugie natychmiast odwracało głowę. Jednak w końcu zaczęło to się stawać męczące. Usłyszałam cichy szept:
- Musimy walczyć do końca. Spojrzałam na Tomasa, zobaczyłam, że on patrzy na mnie. - Masz rację - odpowiedziałam mu. - Musimy! Tyle godzin ćwiczeń, treningu. Nie przegramy, jesteśmy najlepsi, pamiętaj.
Widziałam tę determinację w jego oczach, ten ogień. Kiedy tak na niego patrzyłam, zaczęłam czuć, że damy radę, że wygramy... Wygram. Albo on, albo ja. I znowu ogarnęło mnie to dziwne uczucie, jakbyś zrobił coś głupiego i ktoś cię za to skarcił. - Ale zwycięzca może być tylko jeden - wyszeptałam.
Spojrzeliśmy na siebie i przez resztę drogi tylko się sobie przyglądaliśmy, żadne z nas nie miało odwagi się odezwać.
    Dojechaliśmy na miejsce. Weszliśmy do wysokiego, nowoczesnego budynku. Pierwszy raz widziałam taką ogromną budowlę. Wsiedliśmy do ,,windy?, tak to nazywali, i wjechaliśmy na ósme piętro. Tomas i ja dostaliśmy osobne pokoje. Każde z nas miało osobną łazienkę i sypialnię. Na środku mojej sypialni stało ogromne łóżko, a obok niego szafka nocna, na której stał zegarek. Naprzeciw stała ogromna szafa, a na podłodze wyłożony był czerwony dywan, który bardzo ładnie komponował się z kremowymi ścianami. Łazienka była wielkości sypialni. Na środku stała wanna, w rogu prysznic i toaleta. Wszystko było w kolorach brązu i złota. Jedną noc spędzę w królestwie, a później pójdę na bitwę o wygraną.
    Leżałam już w łóżku od ponad godziny, przewracałam sie z boku na bok. Zegarek pokazywał 1:02. Dokładnie za 7 godzin i 58 minut wejdę na arenę i zacznie się walka. Ta myśl przeraziła mnie jeszcze bardziej . Wstałam z łóżka, wyszłam z pokoju i poszłam na taras. Zobaczyłam cień na korytarzu, ktoś tam był. Zamarłam, serce zaczęło bić nierównomiernie, nie mogłam ruszyć się z miejsca. Cień się ruszył. To Tomas. Podeszłam bliżej: - Też nie możesz spać ? ? zapytałam. - Nie bardzo - odpowiedział. Spojrzałam na niego. - Dobrze walczysz, widziałam na treningach, masz bardzo szybki ata... - zobaczyłam , że jego dłoń leży na mojej dłoni. Zamarłam. Tak nie można, zabiją nas za to. Ale z drugiej strony nie mogłam zabrać dłoni, to było takie miłe uczucie, ciepło drugiej osoby. Tomas spojrzał mi w oczy. - Zawsze myślałem, że to głupie, ten cały zabieg. Dlaczego nie możemy kochać drugiej osoby? Czemu to uczucie musi być nam obce? - Nie wiem - odpowiedziałam drżącym głosem. - Żyjemy po to, aby walczyć. Nie ma czasu, na takie rzeczy. Obudził się we mnie gniew, zabrałam dłoń. Spojrzałam na niego chłodno, chciałam skarcić go za to zachowanie.
- Sądzę, że ty też powinieneś zacząć myśleć o rzeczach ważnych. Nie ma czasu  na rozmyślanie o tym, jak to by było, gdybyśmy mogli wiązać się z drugą osobą uczuciem. Walczysz teraz o życie, rozumiesz? Wstałam i wtedy właśnie ujrzałam ten cudowny krajobraz rozpościerający sie z tarasu. Była ciemna noc, wszędzie widać było światła lamp, latarni, świateł w oknach. Pełno wysokich budynków, które błyszczały w świetle jupiterów. Było cudownie. I wtedy właśnie po raz pierwszy obudziło się we mnie to dziwne uczucie. Jakby żal. Nie, to nie żal. Nie wiem, czym jest żal. My niczego nie żałujemy. Coś jakby rozświetlało mnie od środka, jak radość, przebłysk nadziei. Zmienię świat. Muszę. Dla dobra wszystkich.
Nie pamiętam, jak zasnęłam. Jak doszłam do swojej sypialni. Wiem tylko, że musiałam krótko spać. Byłam strasznie zmęczona, wykończona. W głowie miałam tylko ten cudowny widok i nadzieję. To wszystko zmieszane było ze strachem, przerażeniem. Dzisiaj wejdę na arenę . Dzisiaj będę walczyła o życie. ",Muszę nabrać sił !" ? pomyślałam . Zegar pokazywał 7:30. Wstałam , poszłam do łazienki, umyłam się. Tu woda była tak przyjemna, ciepła. W całej łazience było pełno kosmetyków, wszystko tak cudownie pachniało. Jednak ciągle myślałam o walce, nie mogłam delektować się tą chwilą. Wyszłam spod prysznica, szybko się ubrałam. Opuściłam sypialnię, zjechałam windą na dół. Na parterze było już bardzo dużo osób. Kiedy wyszłam z windy, poczułam tę napiętą atmosferę, wszyscy patrzyli na siebie z pogardą. Każdy, jakby noktowizorem, przeszukiwał całe twoje wnętrze i szukał twojego słabego punktu. Punktu, w którym może cię zabić.
Chwilę później pojawił się Tomas. Spojrzał na mnie, podszedł pewnym krokiem. Wbił we mnie wzrok. Był tak intensywny, jakby świdrował mi dziurę w głowie. Wyszeptał: - Jesteś pewna, że żyjemy po to, żeby walczyć i nie powinniśmy kochać? Spojrzałam na niego. Zdziwiło mnie to, że nawiązuje do rozmowy z dnia wczorajszego, wręcz mnie to oburzyło. Odpowiedziałam pewnie:
-Tak, jestem pewna! - Dobrze - odpowiedział. - Żegnaj Bell. I wtedy rozległ się huk.
Wszystko działo się bardzo szybko. Cały parter zapłonął, wszystkie ściany runęły, niektóre przygniotły stojących ludzi. Wszędzie był popiół, który nie pozwałam nam oddychać. Dusiłam się, czułam, jak robi się gorąco. Kilka metrów ode mnie rozpościerała się fala ognia. Ludzie wpadali do niej, widziałam, jak płoną ich ciała, słyszałam krzyki cierpienia. Poczułam odór palonych ciał. Zaczęłam głośno kaszleć, czułam jak siarka, popiór i dym rozrywają moje płuca, wiedziałam, że to koniec. Upadłam na ziemię. Zmrużyłam oczy. Zobaczyłam niewyraźny tłum ludzi, ubranych w maski tlenowe. Mieli noże w rękach, pochylali się nad osobami leżącymi w popiole, odłamkach szkła i tynku ścian. Widziałam, jak próbowali się wyrywać, bardzo niezdarnie, byli słabi. Jedna osoba w masce pochyliła się nad młodą dziewczyną, złapała ją za szyję, ta otworzyła szeroko oczy, poczerwieniała, dusiła się. Próbowała coś powiedzieć, ale postać w masce szybko i sprawnie przejechała nożem po jej tchawicy. Ocknęłam się! Wiedziałam, że muszę wstać, że muszę uciekać! Postanowiłam nie dać za wygraną , zaczęłam niezdarnie podnosić się na słabych rękach. Ale ciągle nie mogłam wzięć oddechu, czułam, że nie starczy mi sił, że zaraz sie uduszę. Ale nie poddawałam się. Powoli zaczęłam się podnosić, widziałam, że już prawie jestem na kolanach, podciągnęłam jedną nogę, teraz została tylko druga . Wokół mnie rozbrzmiewały krzyki , zobaczyłam plamę krwi, która spływała w stronę mojej dłoni. Poczułam jej zapach. Nie mogę się poddać! ? mówiłam sobie w myślach. Podciągnęłam nogę, wiedziałam, że już pójdzie gładko. Podniosłam się tak, aby siąść na kolana i wtedy poczułam to. Ktoś szarpnął mnie za nogę, wylądowałam z hukiem na twarzy. Krew zaczęła lać mi się z nosa, poczułam ostry ból, wiedziałam, że jest złamany. Próbowałam brać oddech buzią, ale spływająca krew mi to utrudniała. Nie miałam pojęcia co  zrobić, poczułam mocny uścisk na moim ramieniu, postać przewróciła mnie na plecy, usiadła na mnie mocno, dociskając mnie do podłogi. Poczułam, jak odłamki szkła wbijają mi się w plecy. Nagle usłyszałam: - Mogłaś być po mojej stronie. Wiedziałam, że to Tomas, to jego głos. Poczułam, jak odpływam.
- Oszczędzę ci cierpienia - usłyszałam tylko przelotnie, poczułam ostrze noża na swojej szyi. Mocne ukłucie i już nic. To koniec. Wiedziałam. W jednej chwili odpłynęłam.
Teraz wiem, że popełniłam wielki błąd. Powtarzałam to, czego uczyli mnie od dziecka. Tworzyli stereotypy. Mówili, że miłość nie może uczestniczyć w naszym życiu, że to choroba. Nie wiedziałam, że gdzieś tam są ludzie, którzy się temu sprzeciwiali. Mieli rację. I to dużą. Mamy prawo do szczęścia, do miłości i troski o drugą osobę. Nigdy tego nie zaznałam i już nie zaznam. Proszę was, zburzcie mury, które są pomiędzy wami. Nie możemy walczyć. Musimy stworzyć jeden świat. Oddajcie dzieciństwo dzieciom. Pozwólcie nam na zabawę, na beztroskę. Nie możemy zabijać! Znieście igrzyska! Nie możemy ginąć! Dajcie nadzieję na lepsze jutro! Zburzcie mury!
ROKSANA