- +   -

Biblioteka miejsko-powiatowa w Kwidzynie



BIERZEMY UDZIAŁ
W PROGRAMACH:
Lipiński Mariusz
Proza zgłoszona do konkursu w 2013 roku.    
GLOBUS
    Nazywam się John Gloves. To, co dzisiaj się wydarzyło, przekracza wszelkie granice.
    Obudziłem się w szpitalu, przypięty do jakiejś aparatury. Spojrzałem na zegarek, wskazówki nawet nie drgnęły. Chyba wyczerpały się baterie.
    W pewnym momencie poczułem silny ból w piersi, próbowałem zawołać pielęgniarkę, jednak nikt nie przychodził. Postanowiłem wstać i sprawdzić, co się stało. Nie było to łatwe zadanie, gdyż ból cały czas mi doskwierał. Idąc przy ścianie wydostałem się z pomieszczenia. Na korytarzu było zupełnie pusto i ciemno. Nie wiedziałem co się dzieje. W oddali dostrzegłem zaryglowane drzwi z napisem ?Nie otwierać, trupy?. Podszedłem do nich. Nagle wyłoniły się stamtąd czyjeś ręce, zupełnie sine, jakby martwe. Wystraszyłem się, więc pobiegłem do wyjścia ze szpitala. Po drodze, w jednej z sal zobaczyłem rozkładające się zwłoki ludzkie, którymi pożywiała się bestia, bo człowiekiem tego stworzenia nazwać nie można. Jej oczy były szare, zupełnie bez życia. Twarz miała zakrwawioną z wieloma ranami, z których sączyła się krew. Beztrosko wgryzała się w kolejne części ciała.
    Niespodziewanie potwór odwrócił się w moją stronę i zaczął iść. Pobiegłem ile sił w nogach do drzwi wyjściowych, w oddali słyszałem tylko dziwne odgłosy wydawane przez tę poczwarę. W pośpiechu zamknąłem drzwi i zabarykadowałem je deską, która leżała nieopodal.
    Rozejrzałem się dookoła. Znalazłem się na parkingu szpitalnym, gdzie zwłoki ludzkie ułożone były w rzędach. Przez chwilę zamarłem w bezruchu. Bałem się, że jest to jedna z tych bestii, które spotkałem w środku. Postanowiłem jednak działać. Z wielkim przerażeniem zacząłem powoli przedzierać się przez sterty ciał. Cały czas myślałem o stworzeniu, które widziałem w budynku.
    Nagle coś złapało mnie za ramię. Sądziłem, że to już mój koniec, jednak usłyszałem słowa:
- Co ty tu robisz? Chcesz zginąć? To naprawdę nie jest miejsce dla kogoś takiego jak ty.
Odwróciłem się i ujrzałem człowieka z bronią zaczepioną na plecach.
- Chodź ze mną, zaprowadzę cię do reszty.
Cóż miałem zrobić. Poszedłem za nim.
Podczas drogi do kryjówki nie działo się nic nadzwyczajnego. Dowiedziałem się, że poza ową osobą są jeszcze trzej inni ocalali. Powiedziała mi, że to, co widziałem w szpitalu nie jest człowiekiem, przynajmniej nie żywym, gdyż tylko jego mózg pracuje, reszta natomiast nie. Bestie te żywią się świeżym, ludzkim mięsem, więc są one dla nas bardzo niebiezpieczne. Jedyną skuteczną metodą na pozbycie się ich jest cios w głowę.
Kiedy już doszliśmy do schronu zaznajomiłem się z resztą grupy. Byli oni dla mnie bardzo przyjaźnie nastawieni. W prezencie dostałem od nich siekierę do obrony przed potworami żywiącymi się ludźmi, zwanymi przez nich pobłażliwie ?sztywnymi?. Gdy zapytałem ich o to, jak doszło do tego, że po ziemi chodzą takie stworzenia odpowiedzieli:
- Od około dwóch lat wojsko prowadziło tajny projekt, który miał na celu wyhodowanie wirusa kierującego zachowaniem ludzi. Chcieli wykorzystać go jako broń biologiczną. 3 miesiące temu cudem wydostał się on z bazy wojskowej i zaraził nasze miasteczko. Rząd szybko załagodził sytuację odgradzając ten teren od świata. Teraz czeka, aby wszyscy ludzie w środku zostali zabici, a wirus zniknął, gdyż pozornie nieśmiertelni sztywni po kilku miesiącach bez jedzenia umierają.
Słuchałem z niedowierzaniem, jednak jak inaczej można wytłumaczyć cały ten bałagan?
    Całą sielankę przerwało nagłe dobijanie się do drzwi i okien naszego schronienia.
- To one! Chyba widziały nas, gdy tu wchodziliśmy! ? krzyknął jeden z moich towarzyszy.
- Przygotować bronie! Nie mamy gdzie uciekać, musimy walczyć do upadłego! ? dodał drugi.
Wszyscy wyposażyli się w jakiś oręż, ja zdecydowałem się wypróbować moją siekierę. Tak czekaliśmy na najgorsze. Sekundy dłużyły się jakby były godzinami. Stan zabarykadowanych okien i drzwi był coraz gorszy. Było jasne, że nie unikniemy przeznaczenia.
    Nadszedł ten moment. Do środka wdarła się horda sztywnych. Najlepsza okazała się broń palna, jednak moja również nie była najgorsza. Nie było to dla mnie łatwe, jednak zlikwidowałem kilka z tych bestii. Nagle usłyszałem przeraźliwy krzyk. Dopadły jednego z naszych ludzi! Próbowałem go ratować, machałem toporem jak oszalały, jednak na próżno. Został ugryziony, co oznacza, że też zarażony. Wiadome było, że zostało mu już niewiele życia, najwyżej kilka godzin. Chwycił jednak swoją broń i walczył dalej, gdyż wiedział, że bez niego na pewno nie przetrwamy tej fali. Sztywni mieli jednak przewagę liczebną. Cofaliśmy się coraz bardziej, moja sytuacja była o tyle komfortowa, że mogłem wejść na piętro, jednak moi towarzysze nie mieli tyle szczęścia, gdyż bestie odcięły im drogę ucieczki. Postanowiłem się ratować i wejść po schodach. Słyszałem tylko wrzaski osób pożeranych przez te potwory. W szafce na korytarzu znalazłem pistolet kalibru 9 mm. Nie jest to broń, która zagroziłaby tej hordzie, jednak lepsze to, niż siekiera. Sztywni wchodzili po schodach, a ja kolejno ich eliminowałem, jednak wydawało się, że są ich tam setki, nie myliłem się. Naboje w pistolecie szybko się skończyły, a ja złapałem swój stary oręż i postanowiłem wbiec do sypialni. Zabarykadowałem drzwi, bo cóż więcej mogłem zrobić? Myślałem, że są to moje ostatnie chwile.
    Po około 2 godzinach, gdy nie słyszałem już żadnych odgłosów dochodzących z reszty budynku, postanowiłem wyjść z pokoju. Otworzyłem drzwi i zszedłem na dół. Moim oczom ukazał się obraz na wpół pożartych ludzi, moich towarzyszy. Niestety byli oni już martwi. Przeszukałem dokładnie cały dom. Do plecaka, który znalazłem przy jednym z towarzyszy zapakowałem wszelką broń i żywność. Wiedziałem, że muszę stąd jak najszybciej uciekać. Wyszedłem z mojego byłego schronienia i wyruszyłem w pieszą wędrówkę mając nadzieję, że nie spotkam zbyt wiele tych bestii. Postanowiłem pójść drogą przez las, gdyż prawdopodobnie byłoby ich tam najmniej. Cały czas trzymałem jednak w ręku pistolet, aby w razie problemów móc szybko zareagować. Próbowałem nie myśleć o tej sytuacji, w której się teraz znajduję, jednak w głowie cały czas słyszałem krzyki moich kompanów kąsanych przez te krwiożercze monstra.
    Po pewnym czasie zauważyłem w oddali grupkę sztywnych. Wyczuły mnie i zaczęły biec w moim kierunku. Byłem przerażony, jednak oddałem kilka strzałów w ich głowy. One biegły dalej! Nie wiedziałem co robić. Wyjąłem siekierę i czekałem, aż mnie dopadną. Gdy już były tuż tuż po prostu zniknęły. Wyparowały! Nie wiem jak to było możliwe, ale już ich nie było. Prawdopodobnie tak się ich lękałem, że po czasie zaczęły się halucynacje z nimi związane. Musiałem sobie z nimi poradzić i jakoś ruszyłem w dalszą drogę.
Wreszcie, po wielu godzinach marszu, ukazał mi się wielki kamienny mur, na którym stacjonowali żołnierze z bronią. Bałem się, że pomylą mnie z jednym z tych bezmózgich stworzeń, dlatego podchodząc coraz bliżej cały czas machałem ręką. Na szczęście mnie zrozumieli.
    Po całym dniu mogłem odpocząć. Mundurowi po dokładnym zbadaniu, przetransportowali mnie do mojej rodziny, gdzie spisałem wszystko co się działo.
    Właśnie przed chwilą usłyszałem straszliwe krzyki z ulicy. Czyżby świeżo zakończony koszmar znowu się zaczął?