- +   -

Biblioteka miejsko-powiatowa w Kwidzynie



BIERZEMY UDZIAŁ
W PROGRAMACH:
Mirosław Dominika
Poezja zgłoszona do konkursu w 2013 roku.

DMOR

 

DROGA

 

Każdego ranka wyruszam w drogę
Ulicami życiowych prawd i kłamstw.
Kompasem serce uczynić mogę,
Bez niego dojść do celu nie mam szans.
 

Pójdę tam, gdzie zaznam spokój duszy,
Tajemniczymi ścieżkami moich snów.
W stronę światła, które smutek skruszy,
Ukoi ból zapachem słodkich bzów.
 

Poranna rosa
Obudzę wszystko wokół.
Ówczesnych czasów uchylę rąbek ,
Daleka czeka mnie droga ,
Wiatr niecierpliwie woła ,
Śnieżno jakby  dokoła .
Wolno idę szczęścia szukając ,
I nagle staję ,
A przede mną  tyle dróg .
Tak trudno jest mi wybrać by nie skręcić źle znów .
Marcinkowska Karolina
"Pewnego, jesiennego dnia..." Proza nadesłana na konkurs w 2013 roku.

        ?PEWNEGO, JESIENNEGO DNIA??

 

            Nigdy nie zapomnę tego, co chcę wam opowiedzieć. Pewnego jesiennego dnia tata zrobił nam pobudkę wcześnie rano, wołając:
- Dziewczyny! Wstajemy, pobudka, wyjeżdżamy!
- Dokąd wyjeżdżamy?- zapytała moja starsza siostra Klaudia.
- Jedziemy do lasu moje kochane- odpowiedział tatuś.
- Po co? Kiedy?- zapytałam.
- Dzisiaj, za chwilkę. Jest tak piękna pogoda, że szkoda siedzieć w domu.
Wspólnie z mamą zastanawiałyśmy się nad propozycją taty, ale w końcu zapadła ostateczna decyzja i po śniadaniu ruszyliśmy.
            Las, do którego pojechaliśmy, znajduje się około piętnastu kilometrów od naszego miasta, we wsi Okrągła Łąka.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, było jeszcze dość wcześnie rano. Nad polami unosiła się mleczna mgła, a srebrne babie lato fruwało w powietrzu.
Złota polska jesień jest niezwykle urocza, zwłaszcza na wsi. To pora zbiorów wszystkich plonów. W sadach czerwienią się jabłka, dojrzewają gruszki i śliwki, na polach mienią się wielkie, pomarańczowe dynie.
Gdy wyszło jesienne słoneczko, które niestety nie grzało już tak mocno jak latem, podziwialiśmy wspólnie drzewa liściaste, które wyglądały prześlicznie, przybierając barwy jesieni. Liście były jeszcze trochę zielone, ale w większości już żółte, czerwone, rude i brązowe. Dużo już spadło z drzew i kiedy chodziliśmy po lesie, wesoło szeleściły nam pod nogami. Zbieraliśmy też błyszczące kasztany i żołędzie na ludziki oraz rudą jarzębinę na cudne korale, które robię co roku, a mama mówi wtedy, że jestem ?pani jesień?.
Na leśnych polanach podziwialiśmy ogromne ilości różnokolorowych wrzosów, które wyglądały jak jeden duży dywan. Wśród mchów znaleźliśmy sporo grzybów. Najwięcej było złocistych kurek i brązowych podgrzybków, ale najbardziej podobały mi się trujące, czerwone muchomory w białe kropki. Las pachniał cudnie?
Kiedy tak sobie spacerowaliśmy zbierając owoce jesieni i układając bukiety z suchych, kolorowych liści, usłyszeliśmy niedaleko nas dziwny szelest?
- Słyszysz?- zapytała tatę mama.
- Co?- spytał tata.
- Słyszałeś jakiś szelest? Ktoś tam musi być- stwierdziła mama.
- Coś tam słyszałem- rzekł tata.
- Uciekamy czy czekamy?- zapytałyśmy z Klaudią jednocześnie.
- Nigdzie nie uciekamy, bo nie ma takiej potrzeby- usłyszałyśmy od taty.
- Ale tato, ja się boję, że to dzik!- powiedziała mocno wystraszona moja siostra.
- Ja też się bardzo boję!- dodałam.
Mama się nie odzywała, choć moim zdaniem też się bała,. nie chciała jednak potęgować naszego strachu. Tata za to okazywał duży spokój i odwagę. Dla niego las to drugi dom, gdyż jest myśliwym. Wytłumaczył, że nic nam nie grozi nawet wtedy, gdy miałby być to dzik czy  locha z małymi, ale pod warunkiem, że zachowamy ciszę i spokój. Jak się okazało za chwilę, nasz strach był niepotrzebny. Zza drzew wyłoniła się sześcioosobowa borsucza rodzinka. Byliśmy zachwyceni. Maluszki buszowały wśród suchych liści, wesoło chrząkając. Tata powiedział cichutko, że w ten sposób szukają sobie pożywienia- robaków i drobnych gryzoni. Dowiedziałyśmy się również, że borsuki nie okazują dużego lęku przed ludźmi. Nasze obserwacje trwały kilkanaście minut, po czym zwierzęta pobiegły w głąb lasu.
            Wraz z upływem czasu wesołe barwy jesieni zaczęły zanikać. Zrobiło się chłodno i zaczął padać deszcz, a słonko skryło się między chmurami. Las zrobił się w jednej chwili ciemny i smutny. Takiej pogody nie lubię, ale mimo wszystko tamten dzień zaliczam do bardzo udanych.
Nie pamiętam, by coś kiedyś wywarło na mnie takie wrażenie, jak widok uroczych borsuków! Dla nas to żywa lekcja przyrody. Niezbyt często trafia się taka okazja.
Tak zakończyła się nasza rodzinna wyprawa na wieś. Dla niektórych osób ta przygoda może być niewiarygodna, dla innych szokująca, a dla mnie jest najprawdziwszą z prawdziwych.
Mizera Sergiusz
Wiersze: List do Przyjaciela, Wystawa, Pociąg, Koniec, ***W niebycie ciche. teksty zgłoszone do konkursu w 2013 roku.

List do Przyjaciela

Siedzę tu już od pewnego czasu.
Bywa różnie. Sam wiesz.
Przecież jesteś tu ze mną już od dawna.
Choć, mówiąc szczerze,
nie zawsze o tym pamiętałem.

Dzisiaj byłem na dworze.
Wiem, wiem. To nic takiego.
Byłem w kościele.
Nie miałem odwagi.. Wiesz.
No więc byłem w kościele.

A potem, wiesz, kiedy już było ciemno,
Chodziłem długo po mieście.
Lubię to. Zwłaszcza, kiedy pada.
Mam wtedy względną pewność,
że nikt nie będzie mi przeszkadzał.

Dopiero wtedy, gdy pada,
Kiedy wszyscy chowają się
W swoich domach, mam szansę
Być sobą, wiesz?
Chociaż w kurtce przeciwdeszczowej.

Właśnie wtedy myślę o Tobie.
Co by było, gdybyśmy się w końcu spotkali?
Wierzę, że wkrótce odpiszesz.



Czekam już tak długo.

Ale sam wiesz.



Wystawa

Senne twarze przywitały mnie tego ranka
To zabawne kiedy ospali ludzie
Nadal śpią idąc po swoje
Codzienne Złote runo

Położyłem dłoń na szybie
Po zewnętrznej stronie? Sanktuarium
Spokój Przynajmniej na jakiś czas
A przede mną Wystawa

Są tam lalki różne
Te ładne, z kompletem  ubranek
Te mądre umiejące płakać
Te gumowe używane

Są tory wyścigowe
Nigdy ich nie lubiłem
Zawsze jest napisane
Samochody do kupienia oddzielnie

Są płyty i książki
A w każdej z nich
Cząstka czyjejś duszy
Nawet nie zawsze

Coraz krótszy
Płytszy
W końcu ostatni
Oddech

Kilka mrugnięć za dużo
I to na ciebie patrzą
Jak na gumową lalkę
Albo zepsuty samochodzik



Pociąg

Mijam to co nieważne
I to co ważne ?
Zapominam o robieniu zdjęć

Kolejny przystanek Ostatnie
spojrzenie na osobę której nigdy więcej
nie zobaczę Ja przecież jadę dalej

Obok pociągu snują się nieskończone drogi ?
Jak niespełnione marzenia o których pamięć zaklęta
W niedopałkach

Krople wolno spełzają po szybie
Tylko martwym spojrzeniem natchnięte do życia
Boją się że zbyt szybko zostaną zapomniane

Przed śmiercią jeszcze nieśmiało podnosząc palec
Mały człowiek zgadza się na ostatnie zdjęcie
W jego oczach pozostał już tylko gasnący
Cichy błysk mojego flesza?



Koniec

Wahanie. Ostatnie ?Zostań..!?
Kilka słów, a potem ukłucie
smutku. Poczucie, że zginęła
jakaś część ciebie.

Za jakiś czas.. To zależy.
Inne będzie ?Za jakiś czas?
Wtedy, kiedy zdechł Ci pies,
A inne, gdy umarł Twój Ojciec.

Przestań gapić się w okno
I rozmyślać co dalej.
Nie ty jeden jesteś..
Nie myśl, że cię nie rozumiem.

Mimo tego, nie wierzysz,
W końcu zrozumiesz.
?Coś znikło. Przyrzekam,
że jeszcze wczoraj tu było!
Nie kłamię!??

A potem się uśmiechasz.
I patrzysz na to, co było wszystkim,
Jak na coś, co jest już niczym.



*** (W niebycie ciche)

W niebycie ciche znalazło sobie miejsce
Pośród pamięci i niepamięci przypadkowych zdarzeń
Prawdziwie nieprawdziwe
na granicy istnienia dzielonego przez zero
Niezdecydowane ? być szeptem czy krzykiem
Snem lunatyka czy miarą zegara
Nie do końca niechciane nie całkiem potrzebne
Niewyczekiwane i problematyczne
Przykurzone wiecznością obdarte z koloru
Dojrzewało i rosło
Aż w końcu kiedy już nie mieściło się w środku
wypadło  przypadkiem  spotkało drugie
Od tego czasu są zawsze razem
Choć nigdy nie widziałem
By trzymali się za ręce?

List do Przyjaciela

Siedzę tu już od pewnego czasu.
Bywa różnie. Sam wiesz.
Przecież jesteś tu ze mną już od dawna.
Choć, mówiąc szczerze,
nie zawsze o tym pamiętałem.

Dzisiaj byłem na dworze.
Wiem, wiem. To nic takiego.
Byłem w kościele.
Nie miałem odwagi.. Wiesz.
No więc byłem w kościele.

A potem, wiesz, kiedy już było ciemno,
Chodziłem długo po mieście.
Lubię to. Zwłaszcza, kiedy pada.
Mam wtedy względną pewność,
że nikt nie będzie mi przeszkadzał.

Dopiero wtedy, gdy pada,
Kiedy wszyscy chowają się
W swoich domach, mam szansę
Być sobą, wiesz?
Chociaż w kurtce przeciwdeszczowej.

Właśnie wtedy myślę o Tobie.
Co by było, gdybyśmy się w końcu spotkali?
Wierzę, że wkrótce odpiszesz.



Czekam już tak długo.

Ale sam wiesz.



Wystawa

Senne twarze przywitały mnie tego ranka
To zabawne kiedy ospali ludzie
Nadal śpią idąc po swoje
Codzienne Złote runo

Położyłem dłoń na szybie
Po zewnętrznej stronie? Sanktuarium
Spokój Przynajmniej na jakiś czas
A przede mną Wystawa

Są tam lalki różne
Te ładne, z kompletem  ubranek
Te mądre umiejące płakać
Te gumowe używane

Są tory wyścigowe
Nigdy ich nie lubiłem
Zawsze jest napisane
Samochody do kupienia oddzielnie

Są płyty i książki
A w każdej z nich
Cząstka czyjejś duszy
Nawet nie zawsze

Coraz krótszy
Płytszy
W końcu ostatni
Oddech

Kilka mrugnięć za dużo
I to na ciebie patrzą
Jak na gumową lalkę
Albo zepsuty samochodzik



Pociąg

Mijam to co nieważne
I to co ważne ?
Zapominam o robieniu zdjęć

Kolejny przystanek Ostatnie
spojrzenie na osobę której nigdy więcej
nie zobaczę Ja przecież jadę dalej

Obok pociągu snują się nieskończone drogi ?
Jak niespełnione marzenia o których pamięć zaklęta
W niedopałkach

Krople wolno spełzają po szybie
Tylko martwym spojrzeniem natchnięte do życia
Boją się że zbyt szybko zostaną zapomniane

Przed śmiercią jeszcze nieśmiało podnosząc palec
Mały człowiek zgadza się na ostatnie zdjęcie
W jego oczach pozostał już tylko gasnący
Cichy błysk mojego flesza?



Koniec

Wahanie. Ostatnie Zostań..!
Kilka słów, a potem ukłucie
smutku. Poczucie, że zginęła
jakaś część ciebie.

Za jakiś czas.. To zależy.
Inne będzie Za jakiś czas
Wtedy, kiedy zdechł Ci pies,
A inne, gdy umarł Twój Ojciec.

Przestań gapić się w okno
I rozmyślać co dalej.
Nie ty jeden jesteś..
Nie myśl, że cię nie rozumiem.

Mimo tego, nie wierzysz,
W końcu zrozumiesz.
Coś znikło. Przyrzekam,
że jeszcze wczoraj tu było!
Nie kłamię!?

A potem się uśmiechasz.
I patrzysz na to, co było wszystkim,
Jak na coś, co jest już niczym.



*** (W niebycie ciche)

W niebycie ciche znalazło sobie miejsce
Pośród pamięci i niepamięci przypadkowych zdarzeń
Prawdziwie nieprawdziwe
na granicy istnienia dzielonego przez zero
Niezdecydowane ? być szeptem czy krzykiem
Snem lunatyka czy miarą zegara
Nie do końca niechciane nie całkiem potrzebne
Niewyczekiwane i problematyczne
Przykurzone wiecznością obdarte z koloru
Dojrzewało i rosło
Aż w końcu kiedy już nie mieściło się w środku
wypadło  przypadkiem  spotkało drugie
Od tego czasu są zawsze razem
Choć nigdy nie widziałem
By trzymali się za ręce?
Musiewicz Anna
Rozdział pierwszy


    Uliczka była pusta. Paliła się tylko jedna latarnia. W oddali słychać było przejeżdżające samochody. Szedł szybko, nerwowo oglądając się za siebie. Udało się, pomyślał z satysfakcją. Serce wciąż mu waliło, a policzki płonęły. Uśmiechnął się do siebie na wspomnienie minionych kilkunastu minut. Wszystko poszło według planu. Nie spodziewał się, że wykona zadanie tak szybko. To przerosło jego najśmielsze wyobrażenia. Matka miała rację. Nie doceniał siebie i swoich możliwości. Gdyby tylko wiedziała, jak wykorzystał te umiejętności... Kiedyś jej powie. Zrozumie go. Na pewno. Przecież zrobił to dla niej. Będzie z niego dumna. Wyjął spod koszulki srebrny medalik i pocałował go. To dla ciebie, mamo, pomyślał. Zaśmiał się pobłażliwie, lecz po chwili umilkł, usłyszawszy jakiś odgłos. Odwrócił się i odetchnął z ulgą. To tylko bezpański pies, pomyślał. Zawrócił się i podszedł do czworonoga. Kucnął i wyciągnął z kieszeni paczkę sezamków. Otworzył je i wysypał zawartość na ziemię.
-Wybacz, trochę mi się pokruszyły ? powiedział, po czym wstał i ruszył przed siebie.
    Chciał jak najszybciej wydostać się z tego miejsca. Zaczynało świtać i ktoś mógłby go zauważyć. Podszedł do samochodu i cicho otworzył drzwi. Nie mógł sobie pozwolić na choćby najmniejszy hałas. Zasiadł za kierownicą i sprawnie odpalił silnik. Powoli opuszczał tą okolicę ? miejsce grzechu, miejsce przestępstwa.
    Zaczynało do niego docierać, co zrobił. Zabił. Chyba powinien odczuwać wyrzuty sumienia, pomyślał i spojrzał w przednie lusterko. Ulice były niemal puste. Czasem minął go jakiś samochód. Za dwie godziny ulice wypełni tysiące aut. Ludzie będą odwozić dzieci do szkół, a potem sami udadzą się do pracy. Beztroscy, niczego nieświadomi, pomyślał. Żyją tylko swoim życiem i swoimi sprawami. Będą dzisiaj tędy przejeżdżać, nie zdając sobie sprawy, że kilka przecznic dalej leży człowiek. Martwy człowiek. Być może ich dzieci chodziły z jego do jednej klasy. Być może... Nie. Nie chodziły. Philip Clark nie miał dzieci. Już nigdy nie będzie ich miał, pomyślał i zaśmiał się tym razem bardzo głośno.
    Przypomniał sobie minioną noc. W dalszym ciągu miał przed oczami twarz tego człowieka. Nawet nie musiał zamykać oczu, by go zobaczyć. Doskonale pamiętał każdy, nawet najdrobniejszy grymas na jego twarzy. Kiedy zadał pierwszy cios, Philip zasyczał z bólu i osunął się na kolana. Wtedy wyłonił się z ukrycia i podszedł do niego. Teraz to on nad nim górował. Ustał nogą na miejsce, gdzie niedawno umieścił kulę. Philip zawył z bólu. O, tak. To było niesamowite. Patrzeć, jak ktoś, kto kiedyś upokorzył ciebie, choć błagałeś go o litość, teraz sam o nią prosi. Żałosne. Bez skrupułów przystawił lufę do jego skroni. Patrzył na niego z uśmiechem, a widząc przerażenie w oczach swojej ofiary, uśmiechnął się jeszcze szerzej. Tamten próbował coś mówić, chyba nawet krzyknął, lecz po chwili jego głos umilkł, a on sam padł nieżywy na ziemię.
    Stwierdziwszy, że jest już na tyle daleko od feralnego miejsca, zjechał na pobocze. Otworzył nieco szybę i z tylnej kieszeni wyjął papierosy. Włożył jednego do ust i zaciągnął się mocno. Tego mi było trzeba, pomyślał. Schylił się nieco i włączył radio. Muzyka działała na niego bardzo uspokajająco. Wysiadł z samochodu i otworzył tylne drzwi. Z kieszeni kurtki wyjął białą, pogniecioną karteczkę. Rozwinął ją i przyjrzał jej się uważnie. Wzrokiem przejechał po wszystkich nazwiskach. Pierwsze mogę skreślić, pomyślał. Zatrzymał się na ostatniej pozycji.
-Ciebie, złociutka zostawię na koniec ? powiedział szeptem.
    Będziesz cierpieć najbardziej ze wszystkich. Już się o to postaram, pomyślał. Tyle lat czekałem na zemstę. W końcu Pan mnie wysłuchał. Dał mi szansę, bym wymierzył sprawiedliwość. Nie zmarnuję tej możliwości. Nie zawiodę cię, Panie. Szkoda tylko, że tyle biednych, niewinnych owieczek będzie cierpiało. Wiem, że każde działanie, niesie ze sobą jakiś cel. Taka jest Twoja wola. W pełni się jej poddam. Od dziś los tych ludzi jest w moich rękach. Wciągnął głęboko powietrze i wypuścił je już nieco spokojniej. Ponownie spojrzał na ostatnie nazwisko. Zamienię twoje życie w piekło, pomyślał. Odpokutujesz winy. Zapłacisz za wszystko, co spotkało mnie w życiu. Jednak jeszcze nie teraz. To nie jest odpowiedni moment, by się ujawnić. Jeszcze nie. Nadejdzie taki dzień, kiedy się spotkamy. Wtedy zrobię z tobą, co tylko będę chciał. Póki co gramy na moich zasadach. Zaśmiał się cicho i spojrzał na drugą pozycję. Czas zadać kolejny cios, pomyślał. Zabawa dopiero się rozpoczyna. Wsiadł do samochodu i odjechał.


                    
    Budzik zadzwonił tak jak zwykle. Melinda niechętnie wstała, wyłączyła go, po czym nałożyła szlafrok i udała się do łazienki. Stanęła przed lustrem i lekko wzdrygnęła się na widok swojego odbicia. Twarz miała czerwoną, usta całe spękane, a oczy opuchnięte od płaczu. Niewiele myśląc, ściągnęła szlafrok i zdjęła koszulkę, którą natychmiast umieściła w koszu na brudną bieliznę. Miała nadzieję, że gorąca kąpiel dobrze jej zrobi.
    Do kuchni weszła w znacznie lepszym nastroju. Dochodziła ósma. Włączyła radio, by posłuchać porannych wiadomości. Właśnie puszczali jeden z przebojów Beatlesów. Nucąc pod nosem dobrze jej znaną melodię, wstawiła wodę na kawę i z przyzwyczajenia wyjęła dwa kubki. Z jednym krakersem w buzi sięgnęła po kalendarz, by przesunąć okienko na datę dzisiejszą i wtedy zauważyła gazetę, która leżała pod stolikiem. W tej samej chwili do jej oczu napłynęły łzy. Podeszła bliżej. Z gazetą w ręku osunęła się na podłogę. Czytała ten artykuł setki razy i wciąż nie mogła uwierzyć.
    Z czarno białej fotografii spoglądał na nią mężczyzna o szczerym uśmiechu i hipnotyzującym spojrzeniu. Przejechała palcem po jego twarzy i westchnęła głęboko. Philip nie żył. Jej mąż, chociaż właściwie powinna powiedzieć były mąż, pomyślała. Byli w trakcie rozwodu. Od pewnego czasu im się nie układało. Zaczęło się od krótkich sprzeczek, a skończyło na tym, że jej mąż wyprowadził się z domu. Jak się później okazało, jego sekretarka chętnie przyjęła go pod swój dach. Teraz Philip nie żyje. Wciąż nie mogła dojść do siebie. Cały czas miała przed oczami twarze policjantów, którzy w nocy zakłócili jej spokój, by poinformować ją, że jej mąż został zamordowany.
    Z trudem podniosła się z podłogi i wyłączyła czajnik, który gwizdał już dobrych kilka minut. Przez cały czas powtarzała w myślach słowa policjantów. Twierdzili, że śmierć Philipa nie była przypadkowa. Ktoś musiał go obserwować, znać jego rozkład dnia. Wiedział, że o tej porze będzie w tej części miasta. Wszystko skrupulatnie przygotował. Zaczaił się na niego, a potem tak po prostu go zamordował. W jej głowie kłębiło się jedno pytanie. Dlaczego? Co prawda od paru miesięcy nie czuła do męża nic, nawet cienia sympatii. Nie mogła mu wybaczyć, że od tak dawna ją okłamywał. Zdradzał ją. Jeszcze śmiał twierdzić, że rozpad ich małżeństwa to tylko i wyłącznie jej wina. Ale śmierć? Nawet w najczarniejszych myślach mu tego nie życzyła.
    Philip był odpowiedzialny, zawsze rzetelnie wykonywał swoje obowiązki. W pracy tworzyli duet nie do pokonania, czego nie można było powiedzieć o ich małżeństwie. Studiowali prawo. Poznali się w klubie studenckim. Oboje pochodzili z dobrych domów. Szybko przypadli sobie do gustu. Melinda była dumna, że Philip wybrał właśnie ją. Uwielbiała, kiedy chwalił się nią przed znajomymi. Jej mąż uwielbiał być w centrum uwagi. Kiedy poprosił ją o rękę, nie zastanawiała się. Kochała go. No właśnie, gdzie podziała się ta miłość, wzajemna fascynacja, pomyślała. Ich uczucie gasło, a oni nie robili nic, by temu zapobiec. Nic dziwnego, że znalazł sobie inną. Przecież kiedyś było im tak dobrze. Z zamyślenia wyrwał Melindę dzwonek telefonu. Niespiesznie przeszła do salonu i sięgnęła po telefon, który leżał na komodzie. Zobaczywszy numer matki Philipa, powstrzymała się od wciśnięcia czerwonej słuchawki.
-Słucham? - rzuciła obojętnie.
-Już nawet nie raczysz poinformować nas o śmierci naszego Philipa! Z wiadomości dowiedzieliśmy się, że nasz jedyny syn nie żyje! - rzekła Diana oskarżycielskim tonem.
-Przepraszam, Diano. Do mnie wciąż nie dociera, że Philipa już nie ma. Miałam zamiar was poinformować.
-Ha! Chyba w dniu pogrzebu! Zresztą, nie obchodzi mnie, co ty czujesz. Chciałam tylko uprzedzić, że wraz z ojcem Philipa przylecimy jutro wieczorem. Masz przygotować dla nas pokój gościnny, bo naturalnie nie zamierzamy spać w hotelu.
-Jak to jutro? Jeszcze nawet nie wiem, kiedy odbędzie się uroczystość pogrzebowa. - próbowała bronić się Melinda. Niestety nieudolnie.
-Jesteś śmieszna, dziewczyno. Chyba nie myślisz, że będziemy tu siedzieć bezczynnie. Nasz syn został zamordowany! Rozumiesz? Zamordowany! Będziemy jutro, czy ci się to podoba czy nie. Aha i jeszcze jedno. Zostaniemy, dopóki cała sprawa się nie wyjaśni. - zastrzegła Diana.
-Ale to nie jest dobry pomysł.
-Żadnego ale, porozmawiamy jutro. Do widzenia, Melindo. Pamiętaj o naszym pokoju. - rzekła matka Philipa i rozłączyła się.
    Melinda usiadła na fotelu. Nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy może płakać. Cała Diana. Lubiła wszystkimi i wszystkim rządzić. To ona dyktowała warunki zarówno na sali sądowej jak i we własnym domu. Philip wyzwolił się spod jej kieratu. Niestety całą swoją dyktaturę Diana przelała na jego ojca, Paola. Biedy człowiek. I pomyśleć, że sam wybrał sobie Dianę na żonę.
    Diana Clark była chłodną kobietą o lodowatym spojrzeniu. Wszystkich ludzi traktowała z góry. Była wyniosła i wyrachowana. Dbała tylko o własną wygodę. Ciekawe, dlaczego poślubiła Paola, zastanawiała się Melinda. Przecież taka kobieta nie jest zdolna do jakichkolwiek uczuć. Nawet nie miała czasu wychować swojego jedynego syna. Powierzyła go opiekunce, a sama zajęła się karierą. Chociaż to jej się udało, przyznała Melinda. Diana Clark była jednym z najlepszych sędziów w Nowym Jorku. Oczywiście to ona wybrała kierunek studiów Philipa. Jej syn miał zostać sędzią tak jak ona. Philip ostatecznie wybrał zawód adwokata. Diana nie była zadowolona, lecz w końcu zaakceptowała wybór syna. Wolała to, niż miałby zostać księgowym jak jego ojciec.
    Słysząc ciche pukanie do drzwi, Melinda podniosła się z fotela i poszła otworzyć. Przez wejściem stał jej ojciec. Kobieta niewiele myśląc, rzuciła mu się na szyję. Ten przytulił ją z całej siły i kołysał, jak gdyby była małym dzieckiem. Melinda podniosła nieco głowę i uśmiechnęła się słabo.
-Dobrze, że jesteś ? powiedziała i wtuliła się w ojca ponownie.

     Uroczystość była skromna. Melinda zaprosiła tylko najbliższych. Nie chciała robić wokół pogrzebu Phila wielkiego medialnego szumu. Mimo jej starań pod kościołem i tak kłębił się tłum dziennikarzy. Nic dziwnego. Philip był cenionym adwokatem. Jego śmierć była szokiem. Zwłaszcza, że nie zmarł z przyczyn naturalnych. Na pogrzeb przyszła cała kancelaria, którą prowadził wraz z żoną. Pośród zgromadzonych można było dostrzec kilku jego stałych klientów oraz tych, którym pomógł jednorazowo. Phil budził powszechny szacunek. Każdy chciał się z nim pożegnać na swój sposób.
    Melinda siedziała nieruchomo obok ojca. Przez całą ceremonię Lucas trzymał córkę za rękę. Zdawał sobie sprawę, jak musi być jej ciężko. Sam przecież kilka lat temu stracił żonę. Wiedział, że nie może zostawić córki samej. Dobrze pamiętał, jak w takich chwilach potrzebna jest obecność kogoś bliskiego.
    Odchylił głowę nieco w lewo i dostrzegł rodziców Phila. Paola widział w zeszłe święta. Śmierć syna go przybiła. Siedział zgarbiony. Myślami był daleko. Lucas stwierdził, że przez to wydarzenie, Paolo postarzał się o dobrych kilka lat. Obok niego siedziała Diana. Mimo to zauważyć można było, że w ogóle nie przeżywają tego razem. Każde zamknęło się w sobie. Wyraźnie malował się między nimi pewien dystans. Lucas stwierdził, że ci ludzie są dla siebie niemal obcy. Łączył ich chyba tylko syn.
    Diana miała spokojny, chłodny wyraz twarzy. Patrzyła wprost na trumnę, gdzie spoczywał Philip. Z jej oczu nie można było nic odgadnąć. Nie wiadomo, o czym teraz myślała. Siedziała prosto. Przez całą uroczystość nie ruszyła się nawet na chwilę, nie spojrzała na męża. Być może Diana przezywała śmierć Phila bardziej, niż wszystkim się wydawało. Jednak z jakiegoś powodu nie potrafiła do siebie nikogo dopuścić. Nie chciała się przez nikim otworzyć. Cóż, trzeba było uszanować jej wolę.
    Po całej ceremonii Melinda podziękowała wszystkim za przybycie. Próbowała przybrać obojętny wyraz twarzy. W końcu nie łączyło ją z mężem praktycznie nic. Tylko praca. Mimo to odczuwała pewien rodzaj straty. Tęskniła za nim. Przeżyli razem siedem lat. Najpierw straciła matkę, teraz męża.
    Sala powoli pustoszała. Została tylko ona i ojciec oraz rodzice Philipa. Przez dłuższą chwilę przyglądała im się ukradkiem. W pewnym momencie poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciła głowę i w pierwszej chwili dostrzegła niebieskie oczy, które intensywnie się w nią wpatrywały. Patrzyła na nie jak zaczarowana. Po chwili zorientowała się, że trwa to zdecydowanie zbyt długo. Mężczyzna przysunął się bliżej i wyciągnął ku niej dłoń.
-Panno Clark, proszę przyjąć moje kondolencje ? powiedział niskim, lekko zachrypniętym głosem.
-Dziękuję. Znał pan mojego męża? ? spytała Melinda i zerknęła na ojca. Całe szczęście nie zostawił jej. Właśnie rozmawiał o czymś z Paolem.
-Nie. Jestem detektyw Jim Spencer z Wydziału zabójstw, a to jest moja partnerka Lucy Milano - oznajmił i jako dowód pokazał Melindzie odznakę. Prowadzimy sprawę morderstwa pani męża.
    Melinda dopiero teraz dostrzegła kobietę obok. Lucy była średniego wzrostu. Miała czarne włosy, które upięła w mały kok na czubku głowy. Nie miała makijażu, przez co jej twarz wyglądała młodo i naturalnie. Melinda oceniła, że nowo poznana kobieta jest o wiele za ładna na to, by chodzić w mundurze. Przeniosła wzrok z powrotem na detektywa Spencera.
-Rozumiem. Czy już coś wiadomo? - spytała.
-Śledztwo dopiero się rozpoczęło. Mamy kilka tropów, które musimy sprawdzić. Chciałbym zadać pani kilka pytań ? powiedział i z kieszeni wyjął mały notesik oraz ołówek.
-Panie Spencer,  właśnie pochowałam męża. Czy moglibyśmy odłożyć tę rozmowę na kiedy indziej? - zapytała Melinda i spojrzała na detektywa.
-Naturalnie ? odezwała się Lucy. - Zostawimy pani naszą wizytówkę. Proszę przyjść do biura, kiedy poczuje się pani trochę lepiej. Teraz nie będziemy już zakłócać pani spokoju. Do widzenia.
    Kobieta ruszyła do wyjścia, lecz po chwili zatrzymała się, gdyż jej towarzysz w dalszym ciągu przyglądał się Melindzie. Lucy pokiwała głową.
-Jim?
-Idę. Już idę! - odpowiedział.
    Podał Melindzie wizytówkę i uścisnął jej dłoń. Zrobił to delikatnie, ale jednocześnie zdecydowanie.
-Do zobaczenia niedługo, pani Clark ? rzekł i uśmiechnął się nieśmiało, po czym ruszył do wyjścia.
    Melinda odprowadziła ich wzrokiem. Odwróciła się i napotkała wzrok ojca. Zastanawiała się, jak długo tu stał. Być może słyszał jej rozmowę z detektywami. Podeszła bliżej i położyła głowę na jego ramieniu.
-Czas wracać do domu. To był długi dzień ? rzekł Lucas.
    Chciał objąć córkę ramieniem, lecz ta zaprotestowała gwałtownie. Odsunęła się od ojca i spojrzała prosto przed siebie.
-Powinnam powiedzieć rodzicom Phila, że czas się zbierać ? wyjaśniła.
-Rozmawiałem z Paolem. Są już spakowani. Stwierdzili, że nie zamierzają dłużej nadużywać twojej gościnności. I tak zabawili u ciebie prawie tydzień.
-Razem tak uzgodnili? - zapytała Melinda, a w jej głosie dało się wyczuć nutkę ironii.
    Lucas uśmiechnął się ze zrozumieniem. Wiedział, że stosunki jego córki z matką jego zięcia nie wyglądały najlepiej. Nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego tak się działo. Melinda była wspaniałą kobietą. Bardzo kochała Philipa. Wcale nie myśli tak dlatego, że jest akurat jego córką. Taka była prawda. Melinda zawsze chętnie pomagała innym. Już jako dziecko wszędzie jej było pełno. Prawdę mówiąc, zdziwił się, gdy oznajmiła, że wybiera się na prawo. Jednak zawsze z żoną akceptowali każdą decyzję córki i wspierali ją w jej marzeniach.
-Tato? - ponagliła go córka.
-Powiem tylko tyle, że Diana nie miała nic przeciwko. Właściwie wszystko jej obojętne. Paolo wytłumaczył jej, że i tak nic nie pomoże policji.
-Chyba pierwszy raz Diana Clark się z kimś zgodziła.
-Melindo, ona bardzo przeżywa śmierć syna ? Lucas położył dłoń na ramieniu córki, jak wcześniej zrobił to detektyw Spencer.
-Wiem, tato. Jednak zdajesz sobie sprawę, jaka jest Diana. Woli wszystko tłumić w sobie. Mam nadzieję, że chociaż Paolo do niej dotrze ? odpowiedziała Melinda. - Pójdę się z nimi pożegnać.
    

Rozdział drugi



    W pomieszczeniu panowała nerwowa atmosfera. Słychać było stukot maszyn do pisania. Ludzie pracowali jak automaty. W powietrzu unosił się zapach kawy. Widać było, że wszystkim udzieliła się nerwowa atmosfera. Zbliżał się weekend i każdy miał nadzieję, że urwie się z pracy troszkę wcześniej. Patrząc jednak na to całe zamieszanie, jakie panowało w biurze, trudno było w o uwierzyć.
    Weszła do budynku pewnym siebie krokiem. Specjalnie na tę okazję założyła granatowy kostium i buty w ciut jaśniejszym odcieniu. Jeśli chodzi o makijaż, zdecydowała się na tusz do rzęs i lekkie muśnięcie ust bladoróżową szminką. Pomimo opanowania na twarzy drżała cała w środku. Wiedziała, że kiedyś będzie musiała tu przyjść. Nie mogła odkładać tej rozmowy w nieskończoność. Chciała mieć już to za sobą.
    Kiedy znalazła się w pomieszczeniu głównym, miała wrażenie, że rozmowy jakby ucichły, a oczy wszystkich wpatrują się teraz w nią. W oddali słychać było automat do kawy. Spojrzała na dwie kobiety, które miały biurka obok siebie i ze złością stwierdziła, że szeptały sobie coś na ucho, przy okazji zerkając na nią bezwstydnie. Przyspieszyła kroku i nie zwracając uwagi na resztę, szła prosto do gabinetu detektywa Spencera.
    W tym samym momencie jej drogę zagrodziła starsza kobieta. Miała niemodne okulary i paskudny makijaż. Zdecydowanie zbyt wyzywający. Kobieta najeżyła się. Wiedziała, kim był gość jej szefa. Dobrze znała tą laleczkę. Jeszcze miała czelność tu przychodzić, pomyślała. Po tym, co zrobiła, nie powinna się ludziom pokazywać na oczy, dodała w myślach. Za grosz wstydu.
-Była umówiona? - zapytała niezbyt grzecznie.
-Nie do końca. Jednak jestem pewna, że detektyw mnie przyjmie ? odrzekła spokojnie Melinda.
-Nie była umówiona, to nie wejdzie. To nie zoo. Byle kogo nie wpuszczamy. Niech już idzie. Nie ma tu czego szukać! - krzyknęła kobieta.
    Melinda spiorunowała ją wzrokiem. Jednak na kobiecie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Cały czas stała z rękoma skrzyżowanymi na piersi.
    Właśnie rozpakował drugie śniadanie, kiedy usłyszał podniesione głosy dochodzące spod jego pokoju. Zaciekawiony odstawił pojemnik z kanapką na szafkę obok, po czym wstał i ruszył do drzwi. Otworzył je zamaszyście.
-Czy ktoś mi wyjaśni, co tu się dzieje?! - zawołał głośno i niebezpiecznie. - Co do jasnej...
    W tej samej chwili ją dostrzegł i zapomniał już, co miał powiedzieć. Dzisiaj wyglądała jeszcze piękniej niż wtedy, kiedy widział ją po raz pierwszy. Miała na sobie kostium, który idealnie podkreślał jej figurę. Granatowy odcień doskonale współgrał z jej oliwkową cerą. Ciemne włosy rozpuściła i teraz jej loki swobodnie opadały na ramiona. Usta miała zaciśnięte w podkówkę, co oznaczało, że była bardzo zła i powstrzymywała się, by nie powiedzieć czegoś, czego później mogłaby żałować.  
    Spojrzała na niego groźnie. Wiedział, że nie będzie łatwo. Znał ją zaledwie od tygodnia, a już zdążył zauważyć, że była zawziętą kobietą. Sprawiała wrażenie takiej, która wie, czego chce i wszelkimi sposobami dąży do tego, by to osiągnąć. Imponowało mu to. On również lubił wyzwania. Dlatego został gliną.
-Mandy, uspokój się ? rzekł znacznie spokojniej. - Od tej chwili nie ma mnie dla nikogo. Pani Clark, zapraszam do siebie.
-Ale nie była umówiona ? próbowała protestować kobieta.
-Mandy, powiedziałem coś. Wracaj do pracy. Pani Clark nie musi się umawiać.
-Oczywiście, szefie ? powiedziała słodko Mady. Odwróciła się i zmierzyła Melindę.
-Zapraszam do środka.
    Pokój był niewielki. Większość miejsca zajmowało mosiężne biurko, które stało tuż przy oknie. Widok nie był zbyt imponujący. Ot, stary plac zbaw dla dzieci i nieczynny już hipermarket. Mimo to Jim lubił to miejsce. Dziękował Bogu za to, że się tu znalazł. Za nic nie zamieniłby tej pracy, ludzi, których tu poznał na jakąś inną, ciepłą posadkę. Kochał ryzyko i adrenalinę.
    Podszedł do biurka i odsunął Melindzie krzesło. Sam zajął miejsce po drugiej stronie. Z szuflady wyjął dyktafon oraz cienki notes.
-Rozmowa będzie nagrywana. Takie są procedury. Zresztą, chyba nie muszę tego pani wyjaśniać.
-Rozumiem, detektywie.
    Spojrzał na nią ponownie i z zadowoleniem stwierdził, że jest bardziej zdenerwowana, niż wydawało mu się na początku. Jednak pod maską opanowanej i nieco chłodnej pani adwokat kryła się prawdziwa Melinda, kobieta krucha i zagubiona, pomyślał.
-Napije się pani czegoś? - spytał na początek Jim.
-Nie, dziękuję. Wolałabym mieć to już za sobą ? odparła.
    Jim włączył dyktafon i postawił go bliżej Melindy.
-Jak mi wiadomo, byliście państwo w trakcie rozwodu, prawda? - zadał pierwsze pytanie.
-Tak, panie Spencer. Nie robiliśmy z tego tajemnicy. Czasem tak bywa.
-To pani wniosła pozew. Dlaczego?
-Nie sądzi pan, że jest to zbyt osobiste pytanie? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
-Być może. Jednak to jest przesłuchanie, pani Clark i musi pani odpowiadać na moje pytania. Dlaczego to pani wniosła pozew o rozwód?
    Kobieta westchnęła głęboko.
-Od dawna nam się nie układało. Rozwód był tylko kwestią czasu ? wyjaśniła Melinda i zacisnęła pięść pod biurkiem tak mocno, aż zbielały jej kłykcie. - Philip zdradzał mnie od dłuższego czasu.
-Pomimo jego obietnic i zapewnień, że to był jednorazowy skok w bok, nie dała mu pani szansy.
    W momencie, kiedy zadał to pytanie, zastanowił się, dlaczego to zrobił. Czyżby kierowała nim jego własna ciekawość, pomyślał. Nie, to niemożliwe. Melinda Clark jest piękną kobietą. To zrozumiałe, że mężczyźni przy niej wariują, tracą głowę. Ale zdradzić taką kobietę? Nie mógł zrozumieć, dlaczego Philip zostawił taką osobę jak ona. Niczego jej nie brakowało, mimo to tamten nie oparł się pokusie.
-Nie daje drugiej szansy, detektywie Spencer ? rzekła ostro i spojrzała wprost w niebieskie oczy Jima.
-Zapamiętam. Od jak dawna nie mieszkaliście państwo razem? - Jim postanowił zmienić temat.
-Prawie pół roku. Wyprowadził się zaraz po świętach Bożego Narodzenia.
-Wie pani, gdzie w tym czasie przebywał pani mąż?
-Czy wiem?! - zapytała Melinda i sprawnym ruchem podniosła się z krzesła. - Oczywiście, że wiem. Jednak sądzę, że nasza sekretarka będzie wiedziała coś więcej na ten temat ? rzekła nieco spokojniej.
-Ma pani na myśli panią Page Morgan?
-Oczywiście! Traktowałam tą kobietę niemal jak siostrę. Wiedziałam, że nie miała w życiu lekko. Tak mi się odwdzięczyła. Po tym wszystkim, co dla niej zrobiłam!
-Co ma pani na myśli? - zapytał Jim z ciekawością i lekko zmarszczył brwi. - Proszę powiedzieć.
    Melinda spojrzała na niego niepewnie. Z jakiegoś powodu czuła, że przy tym mężczyźnie może się w końcu otworzyć. Było w nim coś, co przyciągało kobiety. Ciekawe dlaczego, zastanawiała się. Pociągła twarz i mocno zarysowana szczęka oraz dwudniowy zarost tylko dodawały mu męskości. Może to przez te oczy, pomyślała Melinda. Nie, nie. To na pewno tak burza niesfornych czarnych włosów. Widać było, że każdy kosmyk żył swoim życiem. Pomimo tego był bardzo atrakcyjnym mężczyzną. Wystarczyło jedno spojrzenie. Melinda wiedziała, że ich znajomość nie skończy się tak szybko.
    Z zamyślenia wyrwał ją głos detektywa. Odwróciła głowę w stronę okna.
-Page miała sparaliżowanego ojca. Leczenie było bardzo drogie. To ja pokrywałam wszelkie koszta ? wyjaśniła.
-Jaki był cel tej pani pomocy? Nie robiła chyba tego pani bezinteresownie ? rzekł i natychmiast pożałował tych słów, bowiem zobaczył wyraz twarzy Melindy.
    Patrzyła na niego kilkanaście sekund. W jej oczach można było dostrzec wszystko. Wściekłość. Upokorzenie. Złość. Zniewagę. Mimo to odezwała się spokojnym i rzeczowym tonem.
-Mili się pan, detektywie. Czy mam pan do mnie jeszcze jakieś pytania? - zapytała nieco zniecierpliwiona.
-Owszem. Kiedy widziała pani męża po raz ostatni?
-W piątek. Wyszliśmy z biura razem, potem każde z nas udało się do swoich aut. Od tamtego czasu nie kontaktowaliśmy się ze sobą.
-Czyli widziała pani ofiarę dwa dni przed śmiercią. Czy wiedziała pani o tym, że mąż miał zaplanowane spotkanie na niedzielę i na dodatek o tak nietypowej porze? Jego ciało zostało znalezione na końcu miasta, tuż przy starych magazynach. Mówi to coś pani? Czy pani mąż prowadził ostatnio jakieś sprawy? Oczywiście chodzi mi o coś niebezpiecznego, coś co musiał ukrywać.
-Nie miałam o tym pojęcia ? odparła Melinda. Nie wiem, co Philip robił tej porze w tym miejscu. Przecież mieszkał po drugiej stronie miasta. To dziwne ? zastanowiła się. - Pracowaliśmy razem, jednak każde z nas miało oddzielnych klientów. Nie ingerowałam w sprawy Philipa i tego samego oczekiwałam od niego. Czasem tylko się konsultowaliśmy. To wszystko.
-Czy pani mąż miał jakiś wrogów? Może niezadowoleni klienci, przegrane sprawy ? dopytywał Jim.
-Nic mi o tym nie wiadomo. Mój mąż był szanowanym adwokatem. Zawsze starał się uzyskać korzystny wyrok, nawet jeśli przegrał sprawę.
-Dziękuję. Na tym etapie to wszystko, o co chciałem panią zapytać. Naturalnie będzie pani informowana o wszelkich posunięciach w tej sprawie ? powiedział Jim i podniósł się z krzesła. - Nie mieliście państwo oficjalnego rozwodu, więc to z panią będziemy się kontaktować w związku z tą sprawą ? kontynuował.
-Dziękuje, detektywie Spencer. Gdyby miał pan jeszcze jakieś pytania, wie pan, gdzie mnie znaleźć ? odrzekła Melinda i z małej torebeczki wyjęła wizytówkę, którą położyła na biurku.
-Odprowadzę panią ? rzekł Jim i natychmiast podniósł się z miejsca.
-Znam drogę, detektywie ? powiedziała z uśmiechem Melinda. - Do widzenia.
-Do zobaczenia, pani Clark ? odparł. - Mam nadzieję ? dodał, lecz i tak go nie usłyszała.
    Minął już prawie miesiąc od śmierci Philipa Clarka, a policja nadal nie wydała oficjalnego oświadczenia. Media co rusz podawały do wiadomości nowe fakty, które po czasie i tak okazywały się być błędne i wyssane z palca. Informacje dotyczące morderstwa znanego adwokata ukazywane na pierwszych stronach, z czasem zaczęły pojawiać się na dalszych kartkach. Ludzie wciąż byli wstrząśnięci, jednak szybko znudzili się całym tym zamieszaniem i wrócili do swoich spraw, zwłaszcza że policja jak na razie nie dostarczyła żadnych nowych wieści.
    Atmosfera w biurze była napięta. Jim chodził poddenerwowany. Była to bowiem jego pierwsza sprawa, która ciągnęła się tak długo. Wszystkie tropy, na które naprowadzali go przesłuchiwani ludzie, były fałszywe. Nie mieli kompletnie nic. Nic. Nawet malutkiego początku nici, po której mogliby pomału dojść do kłębka i rozwiązać całą tą zagadkę. Pytań było wiele, lecz nikogo, kto mógłby na nie odpowiedzieć.
    Jim po raz kolejny przeglądał zeznania. Żaden z przesłuchiwanych nie miał do powiedzenia nic godnego uwagi. Została tylko jedna osoba, która mogłaby coś wnieść do tej sprawy. Niestety, od kilku tygodni daremnie próbował się z nią skontaktować. Bez skutku. Przepadła jak kamień w wodę. Już sam ten fakt wydawał się podejrzany.
    Odszedł od okna i zajął miejsce naprzeciwko biurka. W wyszukiwarkę wpisał Page Morgan. Przez kilka minut uważnie studiował jej dane. Kobieta miała dwadzieścia siedem lat, niezamężna, mieszkała w Filadelfii od pięciu lat, od trzech pracowała jako sekretarka w kancelarii państwa Clark. Nie była nigdy karana, żadnego mandatu, udzielała się charytatywnie. Istny wzór do naśladowania, pomyślał Jim. A jednak było coś, co go niepokoiło w Page Morgan. Musiał jak najszybciej dowiedzieć się, co to takiego.
    Lucy zajrzała do pokoju z dwoma kubkami kawy. Pod pachą trzymała małą paczuszkę. Spojrzała na Jima, a kiedy ten machnął ręką, weszła do środka.
-Kawy, detektywie? - zapytała i uśmiechnęła się przyjaźnie.
-Ratujesz mi życie, Lucy! - odparł Jim i odwzajemnił uśmiech. - Przyda mi się przerwa. Jak idzie tobie?
-Bez zmian. Nie natrafiłam na nic nowego. Pojechaliśmy jeszcze raz z Billem pod te magazyny, lecz od tamtej pory nikt się tam nie kręcił. Miejsce nadal jest zabezpieczone, a taśmy są nienaruszone. Utknęliśmy, Jim ? podsumowała i pociągnęła potężny łyk kawy.
-Zdaję sobie z tego sprawę, Lucy ? zaczął. - Rozwiążemy tą sprawę, zobaczysz.
-Oczywiście, detektywie. Nie ma innej opcji ? powiedziała wesoło.
    Podniosła się z krzesła i zaczęła przemierzać pokój. Zawsze tak robiła, kiedy się nad czymś zastanawiała. Popatrzyła na Jima niepewnie.
-Wygrałaś ? rzekł i podniósł ręce w obronnym geście. - Mów, co ci chodzi po głowie.
-Wiedziałeś o tym, że Philip Clark zostawił testament? - zapytała.
-Jasne. Prawnicy zawsze są ubezpieczeni na wszelki wypadek. Mają to we krwi ? odparł Jim i nadal zastanawiał się, do czego zmierza jego partnerka.
-Był w trakcie rozwodu z żoną. Wiesz, że pomimo tego nie zmienił treści testamentu?
-Sprawa rozwodowa dopiero się rozpoczęła. Może nie zdążył ? Jim próbował go tłumaczyć i sam zastanawiał się, po co właściwie to robi.
-Otóż nie! - oznajmiła i usiadła naprzeciwko Jima, po czym nachyliła się lekko w jego stronę. - Udało mi się porozmawiać z adwokatem pana Philipa Clarka ? rzekła triumfalnie Lucy, a zobaczywszy, że jej partner tylko lekko uniósł brew, kontynuowała. - Pan Halliwell powiedział, że Philip postanowił nie zmieniać treści testamentu, nawet po rozwodzie z żoną ? dokończyła i klasnęła w dłonie. - Teraz rozumiesz, co mam na myśli?
-Chcesz powiedzieć, że Melinda Clark może mieć coś wspólnego ze śmiercią męża?! - krzyknął. - To niedorzeczne. Po co miałaby to robić? - powiedział.
    Lucy zauważyła nagłą zmianę w jego zachowaniu. Wystarczyło, że wspomniał imię tej kobiety, a już robił się nerwowy. Mężczyźni, pomyślała. Są tacy łatwowierni. Zupełnie jak dzieci. Wystarczyło, że któryś miał z atrakcyjną kobietą, natychmiast głupiał. Wszyscy są tacy sami, podsumowała.
-Jim, posłuchaj mnie. Melinda Clark była współwłaścicielem kancelarii. W razie rezygnacji lub jak w tym wypadku śmierci swojego partnera udziały przypadały jej. Tak ustalili na początku i zapisali to w umowie ? wyjaśniła. - Jeśli chcesz, mam kopię na swoim biurku. W każdej chwili mogę ci podrzucić.
-Nie trzeba, Lucy. Jednak nadal nie rozumiem, po co Melinda Clark miałaby zabijać męża.
-W testamencie pana Clarka tylko Melinda jest wymieniona jako spadkobierczyni całego majątku. Rozumiesz? Nie uwzględnił nikogo innego. Wszystko zapisał żonie. Cały dorobek życia. Uwierz mi, to całkiem pokaźna sumka. Jeśli dodamy to tego polisę ubezpieczeniową, pani Clark będzie ustawiona do końca życia ? rzekła Lucy. - To chyba wystarczający motyw, by zabić własnego męża, nie sądzisz? ? spytała z ciekawością.
-Nie chce mi się w o wierzyć. Ta kobieta nie byłaby zdolna do takiego czynu ? odparł Jim i napił się kawy. Z przykrością stwierdził, że już dawno wystygła. Mimo to pociągnął kolejny łyk.
-Mówisz tak, ponieważ tak kobieta ci się podoba. Nie patrzysz obiektywnie.
-Lucy, posuwasz się za daleko i z żalem informuję cię, że wysuwasz błędne wnioski ? powiedział Spencer. - Rozmawiałem z tą kobietą trzy razy.
-Od czegoś trzeba zacząć, detektywie ? rzekła Lucy. - Jednak spróbuj spojrzeć na tą sprawę z innej perspektywy ? zaczęła. - Samotna kobieta. Została porzucona przez męża, który od pewnego czasu ją zdradzał. Jak się później okazało z ich sekretarką. Kobietą, której ufała oraz z tego, co wiem, przyjaźniła się z nią. Działała w akcie desperacji, Jim. W niedzielę w nocy zadzwoniła do naszej ofiary twierdząc, że popsuł jej się samochód i jest on jedyną osobą, która może jej pomóc. Być może żywił do niej jeszcze jakieś uczucia i przez wzgląd na nie postanowił jej pomóc. Nie zdawał sobie sprawy, że była to pułapka.
    Jim wetknął sobie ołówek za ucho i wyjął z paczuszki jagodziankę, którą wcześniej przyniosła Lucy.
-Zaczaiła się na niego w opuszczonych magazynach, bo wiedziała, że w tej okolicy nikt nie mieszka. Budynki mieszkalne zaczynały się dwie przecznice dalej ? kontynuowała w tym momencie jego koleżanka.  - Zajechał tam niczego nieświadomy, zostawił samochód przy pierwszym magazynie, gdzie później znalazła go policja i wyruszył na poszukiwania żony. Było ciemno, latarnie nie zadziałały. Być może błądził. Wtedy do akcji wkroczyła pani Clark. Postrzeliła go najpierw w kolano. Spryciara. Wiedziała, jak go unieruchomić ? przyznała Lucy.
    Jim w tym czasie w najlepsze zajadał się drożdżówką. Niestety, kiedy jego partnerka dodawała nowe wątki, zaczął stwierdzać, że mówi całkiem logicznie i to wszystko może okazać się prawdą. To ostatnia rzecz, której bym chciał, pomyślał. Melinda nie posunęłaby się do tego stopnia, zapewnił sam siebie.
-Potem musiała podejść bliżej, ponieważ jak wynika ze wstępnego raportu, druga kula została umieszczona w ciele ofiary z niewielkiej odległości. Wykonała zadanie i wróciła do domu. Kilka godzin później zjawili się policjanci i poinformowali ją, że Philip Clark został zamordowany. Oczywiście biedna wpadła w rozpacz. Jednak była to tylko gra pozorów ? dokończyła Lucy. - Teraz rozumiesz, Jim? Ta cała Melinda Clark cały czas gra. Przyznam, jest w tym bardzo dobra.
-Lucy, to co powiedziałaś, ma sens. Jednak, jeśli chcemy postawić jej zarzut zamordowania męża, musimy mieć jakieś dowody ? wyjaśnił Jim.
-Detektywie! Udziały w kancelarii, polisa ubezpieczeniowa, pokaźny spadek po zmarłym mężu ? wymieniała. - Czy to nie wystarczy? - zapytała.
-Nie, Lucy. Wybacz, ale jestem gliną i muszę mieć twarde dowody, nie jakieś tam mrzonki ? odparł Jim i wstał z krzesła. - Jadę porozmawiać z panią adwokat. Zobaczę, co ona ma do powiedzenia na ten temat. Ty w tym czasie jeszcze raz sprawdź mieszkanie Page Morgan. Może już wróciła.
    Lucy z ociąganiem podniosła się z miejsca i chwyciła swój kubek z kawą.
-Ty mi nie wierzysz, prawda? - zapytała smutno.
    Jim schował do kurtki telefon, po czym spojrzał na swoją koleżankę.
-Od prawie miesiąca nie mamy nic. Właśnie podjęłaś nowy trop, Lucy. To ty na niego wpadłaś. Nikt inny nie pomyślał, że wzorowa pani adwokat może mieć coś z tym wspólnego. Nikt, prócz ciebie. Teraz pojadę to sprawdzić. Wrócimy do tej rozmowy ? powiedział Jim i pogłaskał Lucy pogłowie, jakby była małym dzieckiem.
-Dzięki, detektywie.
    Jim stanął w drzwiach i odwrócił się.
-To ja dziękuję za kawę i drożdżówkę. Mam nadzieję, że to nie był jednorazowy przypływ czułości do szefa ? odpowiedział i opuścił swój pokój, zostawiając Lucy samą.



    Właśnie kończyła porządkować papiery, kiedy zadzwonił telefon. Pospiesznie podbiegła do biurka z nadzieją, że dzwoni osoba z ogłoszenia. Spojrzała na wyświetlacz i zobaczyła tylko, że jest to numer prywatny. Niezniechęcona nacisnęła zieloną słuchawkę.
-Kancelaria adwokacka państwa Clark, słucham ? powiedziała i czekała dłuższą chwilę, lecz po drugiej stronie zapanowała cisza. - Halo, jest tam kto? - zapytała, jednak i tym razem odpowiedziało jej milczenie. - Nie mam ochoty na żarty ? rzuciła i w tym samym momencie usłyszała głośne sapanie.
    Osoba po drugiej stronie wyraźnie się wygłupiała, lecz Melinda nie zamierzała dłużej ciągnąć tej rozmowy. Rozłączyła się i z rezygnacją usiadła na skórzanym fotelu męża. Był to pierwszy mebel, który kupił do swojego gabinetu. Philip musiał mieć wszystko z najwyższej półki, począwszy od zegarków, ubrań, a skończywszy na meblach czy samochodzie. Lubił otaczać się luksusem.
    Melinda położyła łokcie na biurku i z westchnieniem oparła głowę na rękach. Była załamana. Najpierw z kancelarii odeszła Page, kiedy okazało się, że sypia z jej mężem. Cóż, osobiście wręczyła jej wypowiedzenie. Do tej pory jakoś radzili sobie bez sekretarki, lecz teraz, kiedy Melinda została sama, nie dawała już rady. Potrzebowała rąk do pracy. Bez Philipa kancelaria upadała. Nic już nie było takie same jak za jego życia. Tydzień po jego śmierci wypowiedzenie złożyły cztery osoby. Melinda zrozumiała wtedy, że w ich firmie tak naprawdę rządził Philip. To on wydawał wszelkie rozporządzenia, a później rozliczał każdego z osobna. To do niego przychodzili pracownicy, kiedy chcieli wziąć wolne lub mieli jakiś problem. Melinda zastanawiała się, dlaczego tak się działo. Nigdy się temu nie sprzeciwiała. Była wdzięczna mężowi, że wziął te obowiązki na siebie. Dzięki temu mogła skupić się tylko i wyłącznie na swoich klientach i ich problemach. Może dlatego miała więcej wygranych spraw od męża. Nie miała tyle na głowie. Jednak musiała przyznać, że pomimo tylu obowiązków Philip radził sobie znakomicie. Zawsze był świetnie przygotowany, nigdy nie odmówił pomocy. Dla każdego miał miłe słowo. Wiecznie był uśmiechnięty, wspominała. Tylko dlaczego zamykał się przy niej, zastanawiała się Melinda.
    Dwa tygodnie po pogrzebie męża dostała list od jego adwokata. Nawet nie wiedziała, że Phil zostawił testament. Nigdy jej o tym nie wspominał. W ogóle w ostatnim czasie rzadko ze sobą rozmawiali, co najwyżej krzyczeli. O, tak. W tym byli znakomici, pomyślała. Jedno lepsze od drugiego. Tym bardziej zadziwił ją fakt, że Phil zostawił jej wszystko. Udziały, akcje, samochody, apartament w Nowym Jorku, a także domek letniskowy w Luizjanie oraz spora suma pieniędzy, wszystko to należało teraz do niej.
    Wciąż nie mogła w to uwierzyć. Zastanawiała się, jakie jeszcze sekrety skrywał przed nią Philip. Była niezależna finansowo, więc to wszystko nie było jej potrzebne. Mimo to przyjęła cały spadek. Wiedziała już, na co przeznaczy część pieniędzy. Mieszkanie w Nowym Jorku postanowiła sprzedać. Nigdy nie lubiła tego miasta. Jeździli tam tylko ze względu na rodziców Philipa. Teraz, kiedy nie żyje, nic jej tam nie trzyma, pomyślała. Może zrobić z tym mieszkaniem, co tylko zechce.
    Cały czas głowę miała ukrytą w dłoniach. Kiedy rozległo się głośne pukanie do drzwi gabinetu, zerwała się gwałtownie.
-Przepraszam, nie chciałem pani przestraszyć. Drzwi wejściowe były otwarte ? wyjaśnił Jim.
-Następnym razem proszę się tak nie zakradać, przestraszył mnie pan ? odparła Melinda. - Co pana sprowadza do kancelarii? Czyżby pan detektyw potrzebował porady prawnej? - próbowała rozluźnić napiętą atmosferę, lecz jej szósty zmysł podpowiadał, że Jim Spencer przyszedł tu z konkretną sprawą.
-Być może to pani będzie jej potrzebowała ? powiedział groźnie i stwierdził, że mógł to zrobić delikatniej. Mimo to postanowił być zdecydowany. Prawie w ogóle nie zerkał na jej pełne usta i cudowne oczy. Nie wyobrażał sobie przecież, jak to by było dotknąć jej skóry, poczuć jej zapach, skosztować jej ust. Ani trochę o tym nie myślał. Przyszedł tu z konkretnym zadaniem.
-Czy może pan wyrażać się jaśniej, detektywie?
-Nadal nic pani nie rozumie? - zapytał i podszedł bliżej.
-Nawet pan nie śmiał mnie uprzedzić, że złoży mi wizytę, a teraz mam się jeszcze domyślać, z czym też detektyw do mnie przychodzi ? zaczęła. - Proszę powiedzieć, o co chodzi. Lubię jasne sytuacje.
-Dlaczego nie poinformowała nas pani o testamencie męża? - spytał i czekał na reakcję Melindy.
    Kobieta popatrzyła na niego tymi wielkimi oczami. Nie spodziewał się, że będzie taka spokojna, kiedy zada to pytanie. Miał nadzieję, że zatnie się i nie będzie wiedziała, co ma powiedzieć. Nie, to nieprawda. Wtedy potwierdziłaby się wersja albo raczej teoria Lucy. A przecież nie chciał tego. Był pewien, że Melinda Clark nie zamordowała własnego męża.
-Nie wiedziałam, że mój mąż zostawił w ogóle jakiś testament ? wyjaśniła. - Dla mnie również było to szokiem. Zwłaszcza, kiedy dowiedziałam się, co ów testament zawiera.
    Mówi prawdę, ocenił Jim. Albo bardzo dobrze się przygotowała. Nie. Sam szukasz pretekstu, by postawić jej zarzut, pomyślał.
-Dlaczego pani nie poinformowała nas o nowych okolicznościach w sprawie?
-Jak to? Nie rozumiem, detektywie. Sądziłam, że nie jest to konieczne. Przecież wiele ludzi zostawia testament, a policja nie robi z tego takiego zamieszania ? oznajmiła.
-Owszem, pani Clark. Jednak większość ludzi umiera na skutek choroby lub z przyczyn naturalnych. Pani mąż jednak został brutalnie zamordowany ? odpowiedział. - Testament szacowany jest na kilka milionów dolarów. Myśli pani, że ktoś nie chciałby się skusić na tak pokaźną sumkę? - spytał Melindę.
-Nie wiem, detektywie. Chociaż... Chwileczkę! - powiedziała Melinda podniesionym głosem. -Zaczyna do mnie docierać, co chce mi pan przekazać ? rzuciła. - Zarzuca mi pan, że zamordowałam własnego męża tylko po to, by przejąć jego spadek?! - krzyknęła.
    Jim patrzył na nią zafascynowany. Po raz kolejny wyprowadził tą kobietę z równowagi. Cóż to był za cudowny widok. Jej oczy ciskały teraz niebezpiecznymi błyskawicami. Aż strach było się do niej zbliżać. Mimo to Jim zrobił kilka kroków do przodu. Sam nie wiedział dlaczego. Jakaś nieznana mu dotąd siła pchała go w stronę tej kobiety. Tymczasem Melinda kontynuowała. Nie zorientowała się także, że odległość, jaka ich dzieliła, nieco zmalała.
-Pana przypuszczenia są absurdalne! Po co miałabym zabijać Philipa? No po co? Mam połowę udziałów w firmie. Na brak klientów również nie mogę narzekać, więc moje konto bankowe nie świeci pustkami. Co więcej, mogę pokazać wyciągi, panie detektywie ? rzekła z nutką ironii.
    Jim nie słuchał już, co mówi do niego Melinda. Ponownie zbliżył się do niej. Kobieta przestała mówić. Zorientowała się, że sytuacja diametralnie się zmieniła. W pokoju zrobiło się jakby ciaśniej. Nagle zaczynało brakować jej powietrza. Powoli zaczynała cofać się do tyłu, lecz już po chwili natrafiła na ścianę. Jim uśmiechnął się z satysfakcją. Oparł jedną rękę tuż obok jej głowy. Drugą zaś przejechał delikatnie po jej policzku i odgarnął jej włosy. Patrzył na nią i nie mógł uwierzyć, że jest z nią tak blisko. Teraz wyraźnie czuł jej oddech na swoim policzku. Zapach jej perfum delikatnie unosił się w powietrzu. Z zadowoleniem stwierdził, że nie pozostała bierna na jego pieszczotę. Westchnęła cicho, a jej oczy zaszły mgłą.
    Melinda wpatrywała się w niego niecierpliwie. Od tak dawna żaden mężczyzna nie patrzył na nią w taki sposób. W oczach tego mężczyzny dostrzegła żądze, pożądanie. Jim wyglądał, jakby z nim walczył. Z jednej strony błagała, żeby się mu poddał. Z drugiej zaś głos rozsądku podpowiadał jej, że powinna się wycofać, przerwać to wszystko, póki nie jest za późno. Nogi jednak odmawiały jej posłuszeństwa. Już miała mu powiedzieć, że chyba zakończyli rozmowę, kiedy poczuła jego usta na swoich. W jeden chwili wszystko inne przestało mieć znaczenie.
    Jim pocałował ją najpierw delikatnie. Chciał zobaczyć, jak zareaguje. Melinda rozchyliła nico usta, tym samym zapraszając go do pocałunku. Jim nie pozostał jej dłużny. Przycisnął Melindę do ściany i wpił się w jej usta z całej siły. Całował ją z niesłychaną zaborczością. Stracił już rachubę czasu. Nie wiedział, czy całowali się minutę czy może kilkanaście.
    Melinda nie poznawała samej siebie. Nie mogła zrozumieć, dlaczego oddała mu pocałunek. W tej samej chwili oderwała się od niego. Obdarzyła Jima jednym ze swoich zawodowych uśmiechów.
-Myślę, że powinieneś się zbierać, detektywie ? rzuciła niby spontanicznie. Jednak miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi.
-Zawsze do usług, pani Clark ? odrzekł równie spokojnym tonem co ona. Nie chciał dać jej po sobie poznać, że miałby ochotę na powtórkę. Wolał się wycofać teraz, bo mógłby zrobić coś, czego potem by żałował. Albo i nie, pomyślał i uśmiechnął się sam do siebie.
-Jeśli chodzi o pana wcześniejsze domniemania, nadal uważam, że są niedorzeczne ? zaczęła. - Chętnie bym porozmawiała, jednak za godzinę mam spotkanie, a muszę się jeszcze przygotować ? wyjaśniła. - Miło było zobaczyć pana, detektywie.
-Dokończymy tę rozmowę ? rzekł poważnie. - Nie możesz przed tym uciekać, Melindo.
    Oboje wiedzieli, że Jim nie miał na myśli sprawy jej męża. Teraz grali we własną grę. Chodziło tylko o nich. Postanowił dać jej trochę czasu. Powinna teraz od niego odpocząć. Nabierze trochę dystansu. Może nawet uda im się zostać przyjaciółmi, pomyślał. Stary, oszukujesz sam siebie. Dobrze wiesz, że chcesz czegoś więcej od tej kobiety. Czegoś, czego nigdy nie chciałeś od żadnej innej. Dlaczego tak się dzieje, zastanawiał się. Co ona w sobie ma? Spojrzał na nią.
-Do widzenia, Melindo ? rzekł niskim głosem. Tylko na tyle było go stać.
    Odwrócił się i wyszedł.



    Siedział w samochodzie już prawie godzinę i powoli zaczynał tracić cierpliwość. Czekoladowy batonik, którego zjadł przed chwilą, również nie poprawił mu humoru. Detektyw Spencer nadal nie wychodził z budynku. Ciekawe, po co poszedł do Melindy, zastanawiał się. Niemożliwe, że mieli jakiś przełom w sprawie morderstwa Philipa Clarka. Dokładnie pozbył się wszelkich śladów, więc nie mieli prawa znaleźć niczego. Może jednak o czym zapomniał, gdybał. Nie, to śmieszne. Wszystko poszło zgodnie z planem. Niczego nie przeoczył. Spojrzał w przednie lusterko i w tym samym momencie spostrzegł, jak detektyw Spencer opuszcza budynek kancelarii. Nareszcie, pomyślał. Niespiesznie odpalił silnik i nadal obserwował detektywa.
    Jim z impetem otworzył drzwi i zachłannie zaczerpnął świeżego powietrza. Tego mu było trzeba. Wciąż był na siebie zły za to, co zrobił. Jak mógł tak postąpić, zastanawiał się. Przecież ta kobieta kilka tygodni temu pochowała męża. Co prawda byli w trakcie rozwodu, ale nie zmienia to faktu, że zachował się idiotycznie. Rzucił się na nią. Co też musiała o nim pomyśleć. Pewnie teraz się z niego śmiała. Wcale by się na nią nie pogniewał. Zasłużył sobie na to. Będzie musiał przeprosić Melindę, postanowił. Ich znajomość dopiero się rozpoczęła, a już zdążył posunąć się do czego takiego. Z drugiej strony, pomyślał, gdyby miał możliwość, chętnie pocałowałby ją ponownie. Cały czas czuł na ustach jej dotyk. Szkoda, że nie trwało to dłużej, rozmarzył się.
    Wyjął z kieszeni kluczyki i ruszył w stronę auta. Zaskoczył panią adwokat, pomyślał. Nie spodziewała się tego po nim. Mimo to odwzajemniła pocałunek, poddała mu się. Nie protestowała, kiedy przycisnął ją do ściany. Hm, jednak w końcu odepchnęła go od siebie, podsumował i zrobił posępną minę. W tej samej chwili poczuł wibracje telefonu.
-Co tam, Lucy? - spytał. - Rozumiem. Obserwujcie pannę Page, lecz nic nie róbcie beze mnie. Niedługo będę ? oznajmił i rozłączył się.
    Otworzył drzwi samochodu i wsiadł do środka. Spojrzał w lusterko, by zobaczyć, czy nic nie jedzie i czy może bez obaw wycofać. Ulica była pusta. Po drugiej stronie stał tylko stary mini van. Jim wycofał samochodem i powoli ruszył. Czekała go rozmowa z Page Morgan. Może w końcu dowie się czegoś konkretnego. Miał taką nadzieję. Ulica nie była zbyt ruchliwa, więc mógł sobie pozwolić na szybszą jazdę. Na skrzyżowaniu skręcił w lewo. Jechał ostrożnie, a jego myśli krążyły wokół Melindy. Był tak zaabsorbowany jej osobą, że nawet nie spostrzegł, iż stary mini van podąża w ślad za nim.
Rozdział trzeci


    Klucz zazgrzytał w zamku. Page przekręciła go w prawo i weszła do mieszkania. Postawiła walizkę obok lustra i zdjęła żakiet, który niespiesznie powiesiła na wieszaku. Wzięła do ręki torebkę i przeszła do salonu. Musiała się czegoś napić. Podróż z Nowego Jorku była długa i męcząca. Otworzyła barek. Zdecydowała się na whisky. Odkąd zamieszał z nią Philip, zawartość barku raptownie zmalała. Sama piła rzadko.
    Wzięła szklankę do ręki i usiadła na sofie. Włączyła telewizor, lecz i tak nie mogła się na niczym skupić. Myślała, że kiedy stąd wyjedzie, kiedy będzie z dala od tego całego zamieszania, jakoś sobie poradzi. Myliła się. W szafach nadal wisiały ubrania Philipa, a na półce w łazience stały jego kosmetyki. Wiedziała, że będzie musiała się tego pozbyć. Mimo to nie chciała tego robić. Wciąż miała nadzieję, że to tylko sen i kiedy się obudzi, Philip będzie spał obok.
    Upiła niewiele i pomyślała o Melindzie. Zastanawiała się, co ona musiała przeżywać. Śmierć męża musiała być dla niej szokiem. Znała Melindę nie od dziś i doskonale wiedziała, że tamta nic nie dała po sobie poznać. Jednak w głębi duszy żałowała, że tak się stało. Nie czuła do męża nic, mimo to ceniła go jako prawnika i partnera w pracy.
    Pracowała u Clarków trzy lata. Philip od razu wpadł jej w oko. Zaiskrzyło i stało się. Nie miała z tego powodu wyrzutów sumienia, choć wiedziała, że powinna. Kochała Philipa, a z Melindą się przyjaźniła. Była między młotem a kowadłem. Wybrała Phila. Decyzję tą przepłaciła utratą posady w kancelarii. Mimo to gdyby miała wybrać jeszcze raz, postąpiłaby tak samo. Z biegiem czasu stwierdziła, że było warto. Żałowała tylko, że nie dane im było nacieszyć się sobą dłużej.
    Miała świadomość tego, że skrzywdziła Melindę. Nie była z siebie dumna z tego powodu. Jednak znała Clarków dość długo, by stwierdzić, że byli idealną parą tylko w pracy. W ich małżeństwie od dawna się nie układało. Ktoś mógłby pomyśleć, że wykorzystała okazję. Jednak Page tak nie uważała. Philip u jej boku odnalazł szczęście i zrozumienie, którego brakowało mu ze strony żony. Mam tylko nadzieję, że kiedyś będę na siłach porozmawiać z Melindą. Wytłumaczę jej wszystko, pomyślała Page. Może nawet uda nam się odbudować nasze dawne relacje.
    Podniosła się z sofy i skierowała się w stronę łazienki. Weszła do środka. Już miała odkręcić wodę w prysznicu, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi.
    Podeszła i spojrzała w wizjer. Nigdy wcześniej nie widziała tych ludzi. Przekręciła zamek i otworzyła drzwi.
-Słucham, w czym mogę państwu pomóc? - zapytała i spojrzała w oczy mężczyzny.
-Jim Spencer, Lucy Milano z Wydziału zabójstw ? przedstawił ich Jim. - Możemy zadać pani kilka pytań? - spytał.
    Page patrzyła na nich przez chwilę. Zastanawiała się, czy wpuścić ich do środka. W końcu odsunęła się od drzi i zrobiła im miejsce tak, aby mogli wejść do mieszkania.
    Zaprowadziła ich do salonu. Spojrzała na barek i zorientowała się, za zapomniała go zamknąć. Podeszła i sprawnym ruchem przekręciła w nim kluczyk. Odwróciła się do gości. Zauważyła, że mężczyzna rozgląda się po mieszkaniu, a jego spojrzenie zatrzymało się na walizkach, które zdążła wcześniej przynieść do pokoju.
-Przepraszam, niedawno wróciłam do domu i nie miałam jeszcze czasu, by się rozpakować ? wyjaśniła. - Napiją się państwo czegoś? - zapytała po chwili.
    Jim zerknął w stronę barku. Chętnie napiłby się czegoś mocniejszego, jednak wiedział, że na tą przyjemność będzie musiał jeszcze poczekać.
-Nie, dziękujemy ? odpowiedziała Lucy. - Chcemy tylko porozmawiać, panno Morgan. To nie zajmie dużo czasu.
-Zgoda ? odparła Page i rozsiadła się wygodnie na fotelu. Założyła nogę na nogę i zmrużyła lekko oczy. - O co chcą mnie państwo zapytać?
-Po pierwsze proszę nam powiedzieć, gdzie pani przebywała przez ostatnie trzy tygodnie ? zaczął Jim. - Próbowaliśmy się z panią skontaktować w związku z morderstwem pani... pani przyjaciela, lecz daremnie.
-Dla mnie Philip był kimś więcej niż tylko przyjacielem ? odrzekła Page. - Kiedy dotarła do mnie wiadomość o jego śmierci, nie mogłam w to uwierzyć. Przez dwa dni cały czas płakałam. Moja przyjaciółka zaproponowała, bym na jakiś czas przeniosła się do niej ? wyjaśniła.
-Philip Clark został zamordowany. Zdawała sobie pani sprawę, że nagłe zniknięcie może wydać się podejrzane dla policji? - zapytała Lucy. - Tym bardziej, że nie zostawiła pani żadnej wiadomości, gdzie będzie można panią znaleźć.
    Page wstała. Otworzyła torebkę i wyjęła z niej maly notesik. Sprawnymi ruchami napisała coś na niej i oderwała od reszty. Podeszła do Lucy i podała jej kartkę.
-To adres mojej znajomej. Proszę do niej zadzwonić. Potwierdzi moją wersję ? rzekła.
    Usiadła ponownie w fotelu i kontynuowała.
-W tamtym czasie niewiele mnie ochodziło, co pomyślą inni. Potrzebowałam zmany otoczenia. W tym mieszkaniu wszystko mi go przypominało ? powiedziała kobieta, a w jej oczach pojawiły się łzy.
-A może wcale nie była pani u swojej znajomej ? zaczął Jim i podniósł się z miejsca. - Zniknęła pani nagle, nikomu nic nie powiedziała. Pomyślała pani, że gdy sprawa ucichnie, wróci pani i będzie żyła dalej, czyż nie? - zapytał i intensywnie przygladał się kobiecie.
-Pan sądzi, że mogłam się przyczynić do śmierci Philipa? - spytała Page, a po jej policzkach spłynęly łzy. - Pan nie ma serca! Phil był dla mnie wszystkim. Prędzej to ja oddałabym życie za niego, niż miałabym go zabić ? powiedziała gośno.
    Lucy wstała z kanapy i podeszła do Page. Usiadła na poręczy fotela i położyła swoją dłoń na ramieniu kobiety.
-Page, nie twierdzimy, że zabiłaś pana Clarka. Zrozum, nie mieliśmy z tobą kontaktu. Podczas twojej nieobecności przesłuchaliśmy wszystkich, którzy mieli styczność z Philem. Niestety, nikt nic nie wiedział. Nie mieliśmy nic ? powiedziała Lucy i spojrzała na Jima. Widząc, że lekko skinął głową, kontynuowała. - Teraz pojawiłaś się ty. Mieliśmy nadzieję, że pomożesz nam wyjaśnić tą sprawę. Przebywałaś z Philem codziennie. Wiedziałaś o nim niemal wszystko. Chcemy, abyś nam pomogła ? dokończyła. - Dasz radę, Page? ? zapytała Lucy i z kieszeni wyjęła chusteczkę, po czym podała ją kobiecie.
    Page wytarła oczy i z wdzięcznością popatrzyła w oczy Lucy.
-Dziękuję. Tak, postaram się państu pomóc ? oznajmiła.
-Philip Clark został zamordowany około godziny czwartej ? zaczął Jim. - Czy mówił pani, dokąd wychodzi o tak nietypowej porze?
-W ogóle nie wiedziałam, że gdzieś wyszedł. Spałam w tym czasie, a gdy się obudziłam, Phila nie było okok ? powiedziała nieco spokojniej.
-O której pani wstała, panno Morgan?
-Obudziłam się około siódmej. Wstałam, wzięłam prysznic i zaczęłam robić śniadanie ? odpowiedziała.
-Nie zdziwił pani fakt, że pana Clarka nie ma w domu? - spytał Jim.
-Nie, panie detektywie. Myślałam, że Phil poszedł pobiegać. Robił tak codziennie, więc nie zaniepokoilo mnie, że nie ma go w domu. - Potem przyszła policja i wtedy dowiedziałam się, że Phil nie żyje ? dodała i ukryła twarz w dłoniach.
-Panno Morgan, proszę się skupić ? nakazał Jim. - Czy pan Clark miał wrogów, dostawał jakieś pogróżki, ktoś nie dawał mu spokoju? - zapytał.
-Nie. Przynajmniej o niczym takim nie wiedziałam. Phil był normalnym człowiekiem. Wstawał, szedł do pracy, a potem przychodził i razem oglądaliśmy Doktora Housa ? powiedziała.
-Czy zamierzali się państwo pobrać? ? zadała pytanie Lucy.
-Owszem ? odpowiedziała Page, a na jej ustach pojawił się lekki uśmiech. - Phil pochodził z tradycyjnej rodziny. Zaraz po jego rozwodze z Melindą, mieliśmy ustalić datę naszego ślubu.
-Czy nie miała mu pani za złe, że nie zmienił treści testamentu? - ciągnęła Lucy.
-Philip zostawił jakiś testament? - spytała zaskoczona Page. - Nic o tym nie wiedziałam. Narawdę, nie miałam pojęcia ? dodała.
    Jim obserwował Page uważnie. Niestety musiał stwierdzić, że i ona mówiła prawdę. Kiedy Lucy spytała o testament Clarka, tamta była zaskoczona. Faktycznie nic o tym nie wiedziała. Coś mi się zdaje, że i ta rozmowa nie wniesie nic do sprawy, pomyślał. Ta kobieta jak na razie w niczym nam nie pomaga.
-Jakie stosunki łączyły panią z Melindą Clark? ? Jim usłyszał swój własny głos.
    Kobiety spojrzały na niego. Lucy wiedziała, że w końcu o to zapyta.
-Kiedy pracowałam u państwa Clarków, przyjaźniłam się z Melindą. W tamtym czasie nie bardzo mi się układało. Melinda dużo mi pomagała ? wyjaśniła kobieta.
-W czym pani pomagała? - dociekał Jim.
-Mój ojciec był sparaliżowany. Jego hospitalizacja była bardzo droga. Melinda pokrywała koszty jego leczenia ? odparła Page.
    Czyli Melinda nie kłamała, pomyślał Jim. Naprawdę jej pomagała i najwidoczniej robiła to z wielką przyjemnością.
-Kiedy została pani zwolniona, czy Melinda Clark przestała także płacić za leczenie pani ojca? - zapytała Lucy.
-Mój ociec zmarł rok temu, wtedy jeszcze pracowałam w kancelarii ? odrzekła.
    Lucy spojrzała na Jima. Nie mieli więcej pytań. Page Morgan niewiele im pomogła. Lucy podniosła się, a jej partner poszedł w jej ślady.
-To wszystko, panno Morgan ? powiedział Jim. - Dziękujemy, że poświęciła nam pani czas.
-I tak państwu w niczym nie pomogłam ? odparła Page. - Naprawdę chciałabym się na coś przydać, ale powiedziałam wszystko, co wiedziałam na ten temat.
-Spokojnie. Gdyby pani coś sobie przypomniała, zostawimy wizytówkę, proszę dzwonić ? rzekł Jim.
    Page odprowadziła ich do drzwi. Kiedy poszli, przekręciła zamek i osunęła się na podłogę. Teraz mogła dać upust emocjom. Rozpłakała się jak małe dziecko. Po jej policzkach spływały łzy. Jedna po drugiej. Makijaż się rozmazał, lecz nie przejmowała się tym. Wszystko do niej wróciło.
    Nagle zerwała się z podłogi. Przetarła dłońmi twarz. Szybkim krokiem podeszła do szafy i z górnej półki wyjęła spory karton. Z impetem otworzyła drzwi sypialni. Stanęła na przeciwko komody i postawiła pudło na łóżku. Odunęła pierwszą szufladę i zaczęła wyciągać rzeczy Phila, które natychmiast umieszczała w pudle. Chwiciła karton i przeszła do łazienki. Jednym ruchem zgarnęła wszystkie kosmetyki, które stały na toaletce i wrzuciła je do pudełka. Czasem drastyczne metody są najskuteczniejsze, pomyślała.
    Opuścili budynek i skierowali się w stronę samochodu Jima. Oboje byli niezadowoleni. W końcu udało im się porozmawiać z Page Morgan. Niestety niewiele się z owej rozmowy dowiedzieli. Kobieta była niczego nieświadoma. Nie wiedziała kompletnie nic. Znowu utknęli. Kolejna osoba nie wniosła żadnych nowych faktów. Mieli posuwać się do przodu, a wydawło im się, jakby z każdym dniem się cofali.
    Jim otowrzył samochód i zajął miejsce za kierownicą. Nie odpalił silnika, tylko tępo wpatrywał się przed siebie.
    Lucy usiadła obok i przez chwilę milczała. Zastanawiała się, czy tak kobieta byłaby zdolna kłamać im prosto w oczy. Nie, to nie możliwe, pomyślała. Było jej szkoda, Page Morgan. Przejrzała jej akta i wiedziała, że ta kobieta nie miała w życiu łatwo. Jako małe dziecko straciła matkę, a potem musiała opiekować się chorym ojcem.
-Ona mówiła prawdę ? odezwał się Jim. - Musimy przyznać się do porażki, Lucy.
    Lucy odwróciła głowę w jego stronę. Czyżby wiedział, o czym myślała, zastanawiała się.
-Detektywie, mówiłeś, że rozwiążemy tą sprawę ? przypomniała mu kobieta. - Prędzej czy poźniej, ale dowiemy się, kto jest winny śmierci Clarka.
-Jak, Lucy? - zapytał. - Łudziłem się, że ta cała Page nam pomoże.
-Nie możemy zrezygnować, detektywie ? powiedziała stanowczo. - Jim spójrz na mnie!
    Mężczyzna posłusznie odwrócił głowę w jej stronę.
-Znacznie lepiej ? oznajmiła. - Pamiętasz, co mi powiedziałeś, jak się poznaliśmy? - zapytała.
-Niech pomyślę. To, że robisz najgorszą kawę na świecie? - spytał Jim z uśmiechem.
-Jim, to nie jest zabawne! - oburzyła się Lucy.
-No dobrze. Powiedz mi ? rzekł mężczyzna z rezygnacją.
-Pamiętasz naszą pierwszą wspólną akcję? - zaczęła, a kiedy zobaczyła, że kiwnął głową, mówiła dalej. - Wtedy też chciałam zrezygnować. Przycisnąłeś mnie do ściany i powiedziałeś, że jeśli dam za wygraną, to będzie także twoja porażka. Miałeś mnie nauczyć, jak być dobrym gliną. Chciałam zrezygnować zaraz na starcie, więc uznałeś, że to coś z tobą musi być nie tak, skoro nie potrafisz mi wpoić podstawowych zasad ? powiedziała. - Kazałeś mi się przebrać w mundur i wracać do pracy. Oznajmiłeś, że w życiu spotka mnie jeszcze wiele przeciwności i jeśli na początku nie stawie im czoła, nigdy nie zwyciężę. Nauczyłeś mnie, że nie wolno się poddawać ? dokończyła.
-Już dobrze, Lucy ? zaczął Jim. - Tym razem wygrałaś. Nie chce mi się wierzyć, że nagadałem ci takich rzeczy. Jedźmy już ? powiedział i uśmiechnął się do swojej partnerki. - Nie zmienia to faktu, że kawę i tak robisz najgorszą ? rzekł i uśmiechnął się łobuzersko.
    Odpalił samochód i powoli ruszył. Zajęty rozmową, nie zauważył starego mini vana.
    Melinda skończyła porządkować papiery. Spojrzała na zegarek i ze smutkiem stwierdziła, że nie zdąży już wyskoczyć do Erniego, by kupić sobie coś na wynos. Od rana nie miała nic w ustach. Segregowanie wszystkich dokumentów zajęło jej prawie pięć godzin. Była wykończona. Dochodziła piąta, a czekało ją jeszcze jedno spotkanie. Od niego wiele zależało. Za piętnaście minut miała zjawić się osoba z ogłoszenia. Nareszcie ktoś się odezwał, pomyślała z ulgą. Obawiała się już, że jeśli nikt nie zgłosi się w ciągu dwóch najbliższych tygodni, sama będzie musiała przejąć obowiązki sekretarki. Zadanie to nie należało do prostych i Melinda zdawała sobie sprawę, że prawdopodobnie nie dałaby rady.
    Włożyła ostatnią teczkę do szuflady i opadła na fotel. Chwyciła kubek z kawą i zorientowała się, że jest on pusty. Nawet nie spostrzegła, kiedy go opróżniła. Była tak zmęczona, że nie miała nawet siły, by wstać i zrobić sobie nową porcję.
    Ten dzień nie należał do przyjemnych, pomyślała. Wielogodzinne przekładanie teczek, pochylanie się nad papierami, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, zrobiły swoje. Melinda wyprostowała się i poczuła lekki ból w kręgosłupie. Przyłożyła dłoń do pleców i delikatnie rozmasowała bolące miejsce. Zacisnęła zęby i powoli spróbowała się oprzeć o poręcz fotela. Chociaż wizyta detektywa była całkiem przyjemna, rozmarzyła się. Nie pamiętała nawet, kiedy po raz ostatni pocałowała się z mężczyzną.
    Fakt, że oddała mu pocałunek zaskoczył nawet ją samą. Jednak w tamtej chwili nie myślała o niczym. Nie zastanawiała się, co wypada a co nie. Poniosło ich oboje. Wiedziała, że ten mężczyzna jest niebezpieczny. Powinna się go wystrzegać. Już pierwsze ich spotkanie było dla niej bardzo, hm... elektryzujące. Miała wrażenie, że ten mężczyzna przyciąga ją jak magnez. Coś dątąd jej nieznanego pchało ją do pana detektywa. Musiała odkryć, co to takiego.
    Zastanawiała się, jak po tym incydencie powinna się przy nim zachowywać. Najlepszym rozwiązaniem będzie udawanie, że takie wydarzenie nigdy nie miało miejsca, zadecydowała. Wtedy oboje unikną niezręcznej sytuacji. Lepiej dla nich będzie, jak zapomną o tym pocałunku i skupią się na sprawach zawodowych.
    Ciche pukanie przywołało Melindę do rzeczywistości.
-Proszę wejść ? oznajmiła i przybrała neutralny wyraz twarzy. Ona także powinna zrobić dobre wrażenie, pomyślała.
    Drzwi otworzyły się i do biura weszła starsza kobieta. Nie mogła mieć wiecej niż pięćdziesiąt pięć lat. Mimo to wyglądała bardzo atrakcyjnie jak na swój wiek. Rysy twarzy miała łagodne prócz lekko zadartego noska. Włosy spięła w malutki koszek i upięła go z boku. Ubrana była w kremowy kostium. Bałe perły idealnie komponowały się z resztą stroju. Dodawały jej szyku i elegancji. Kobieta emanowała ciepłem i spokojem. Biła od niej pozytywna energia.
-Dzień dobry, przyszłam w sprawie ogłoszenia ? powiedziała kobieta i podeszła bliżej.
    Melinda uśmiechnęła się i wskazała kobiecie miejsce naprzeciwko swojego biurka.
-Zapraszam. Przyznam się, że z niecierpliwością oczekiwałam jakiegokolwiek telefonu w związku z tym ogłoszeniem ? zaczęła Melinda.
-Mam nadzieję, że nie zawiodę pani oczekiwań ? odparła cicho kobieta.
-Spokojnie. Niestety nie mam żadnych pani dokumentów, więc proszę się najpierw przedstawić i powiedzieć mi, czym do tej pory się pani zajmowała ? powiedziała Melinda i spojrzała na kobietę. - Przez telefon niewiele zrozumiałam.
-Jestem Isabella Black. Przez ponad dwadześcia lat pracowałam jako sekretarka w kancelarii mojego męża ? zaczęła kobieta. - Po jego śmierci przeniosłam się do Filadelfii i zamieszkałam wraz z synem.
-Czy przez ten czas pracowała gdzieś pani? - spytała.
-Przez rok byłam zatrudniona u pana Jaya Collins. Pewnie pani go zna. Jeśli będzie to konieczne, mogę przynieść referencję ? oznajmiła.
-Tak, znam się z panem Collinsem ? przyznała Melinda. - Dlaczego już pani tam nie pracuje? - zapytała. - Kancelaria cieszy się uznaniem, mają wyrobioną renomę.
-Byłam tam na zastępstwie za pewną kobietę, która spodziewała się dziecka ? wyjaśniła Isabella. - Niedawno skończył jej się urlop, więc musiałam odejść. Pan Jay jest miłym człowiekiem. To właśnie on zadzwonił do mnie z informacją, że szuka pani kogoś na stanowisko sekretarki.
-To bardzo szlachetne z jego strony ? odrzekła Melinda. - Czy potrafi pani obsługiwać komputer?
-Owszem, pani Clark. Skończyłam kurs z wyróżnieniem ? pochwaliła się kobieta.
-Pani Isabello, nie będę ukrywać, że jest pani jedyną chętną osobą na to stanowisko ? zaczęła Melinda. - Nie znam pani zbyt dobrze, lecz mam nadzieję, że będziemy miały ku temu okazję. Przyjmę panią póki co na okres próbny, powiedzmy miesiąc. Jeśli się pani sprawdzi, podpiszemy umowę ? dokończyła i uśmiechnęła się do kobiety.
-Naprawdę dostałam tą posadę? - zapytała zaskoczona.
-Tak. Uprzedzam tylko, że praca nie będzie należała do łatwych i przyjemnych ? zastrzegła Melinda. - Poradzi sobie pani?
-Oczywiście, dam radę ? odpowiedziała. - Dziękuję, naprawdę bardzo dziękuję.
    Melinda podniosła się z fotela.
-Pracujemy od dziewiatej do siedemnastej. Oczywiście weekendy ma pani wolne. Resztę omówimy jutro. Także pani wynagrodzenie.
-Rozumiem. Będę punkt dziewiąta ? powiedziała.
-W takim razie do zobaczenia jutro ? odparła Melinda i uścisnęła rękę pani Black.
    Isabella otworzyła drzwi, lecz nie wyszła. Odwróciła się i spojrzała na Melindę.
-Na ten kręgosłup proszę sobie zrobić zimny okład. Na pewno pomoże. Jutro pani będzie jak nowo narodzona ? powiedziała. - Do widzenia, pani Melindo ? dodała i wyszła.
    Melinda uśmiechnęła się do siebie. Czuła, że nowa sekretarka szybko zyska jej uznanie. Polubiła ją. W tej samej chwili zadzwonił telefon. Kobieta wyciągnęła rękę i podniosła słuchawkę.
-Kancelaria, słucham? - spytała.
    W słuchawce panowała cisza. Gdzieś w tle słychać było przejeżdżające samochody. Melinda pomyślała, że znowu ktoś się wygłupia. Już miała odłożyć słuchawkę, kiedy usłyszała sapanie. Najpierw było chiche, jakby osoba była oddalona od telefou. Potem powoli przybierało na sile. Osoba po drugiej stronie dyszała, jakby przed chwilą wykonywała coś wysiłkowego.
-Halo, czy jest ktoś tam? - zapytała przestraszona. Cała ta sytuacja coraz mniej ją bawiła. Zaczęła sobie zdawać sprawę, że to nie są żarty.
-Jestem i zawsze będę. Robię to dla ciebie ? usłyszała po chwili niski, zachrypnięty głos.
-Kto mówi? - spytała, lecz w tym momencie połączenie zostało przerwane.
    Siedziała nieruchomo, a w dłoni cały czas kurczowo trzymała słuchawkę. W dalszym ciągu słyszała ów przerażający głos. Zastanawiała się, czy ktoś chce ją wystraszyć dla żartu, czy może faktycznie powinna się czegoś obawiać. Philip został zamordowany. Czy jej także groziło niebezpieczeństwo? Czy powinna bać się o swoje życie, zastanawiała się.
    Obawiała się wstać z miejsca. Tutaj przynajmniej była bezpieczna. Jednak czy aby na pewno, pomyślała. Była w biurze sama. Drzwi na dodatek były otwarte, więc w każdej chwili ktoś mógł wejść do środka.
-Nie bądź głupia ? powiedziała na głos, by dodać sobie otuchy. - Przecież chodziłaś na kurs samoobrony. Coś chyba jeszcze pamiętasz ? dodała.
    Pozbierała swoje rzeczy i wrzuciła je do torebki. Musiała jeszcze jechać do sklepu i kupić sobie coś na kolację. Jej lodówka świeciła pustkami. Chwyciła w dłoń kluczyki. Zastanawiała się, czy pojechać do Erniego i kupić coś gotowego, czy jednak powinna się trochę bardziej wysilić i zrobić przyzwoitrze zakupy.
-Dzisiaj pójdziemy na łatwiznę ? powiedziała do siebie. - Kurczak z rożna już na ciebie czeka, Mel - dodała i w tej samej spostrzegła, że nie jest sama. Uśmiech zamarł na jej ustach.
-Rozmawiasz sama ze sobą ? powiedział Jim. - Do dość seksowne, przynaję.
    Spojrzała na Jima. Ucieszyła się na jego widok. Prawdę mówiąc, nie chciała sama wychodzić z budynku. Była mu wdzięczna, że zjawił się w kancelarii.
-Chętnie skuszę się na tego kurczaka z rożna ? rzekł. - Pod warunkiem, że ty stawiasz.
    Spojrzała na kartony, które ustawiła pod drzwiami. Dała radę, pomyślała. Zdobyła się na odwagę i spakowała wszystkie rzeczy Philipa. Nawet nie spodziewała się, że tyle tego miał. Pięć kartonów. Ciekawe, czy zostawił coś jeszcze u Melindy, zastanawiała się. Chociaż nie powinno jej to obchodzić. Nigdy nie była o nią zazdrosna. Nie obawiała się, że Phil może zmienić zdanie i wrócić do żony.
    Usiadła na łóżku. Pomimo późnej pory nie czuła zmęczenia. Nikt nie mógł wrócić życia Philowi. Powinna zacząć nowy etap. Wiedziała, że bez niego nic nie będzie takie same, jednak zdawała sobie sprawę, że wieczne zadręczanie się tym, w niczym jej nie pomoże. Nie rozpocznie nowego rozdziału w swoim życiu, jeśli nadał będzie tkwiła w poprzednim. Położyła się wygodnie na łóżku i ułożyła ręce wzdłuż ciała. Miała tylko nadzieję, że policja znajdzie w końcu tego człowieka, który odebrał jej Philipa.
    Żałowała, że nie mogła im w niczym pomóc. Tak bardzo chciała się na coś przydać. Pragnęła, by jak najszybciej złapano sprawcę.
    Pomyślała, że jutro odwiedzi Melindę. Nie widziała jej od ponad pięciu miesięcy. Czas zburzyć ten mur, który przez ten czas wyrósł między nimi. Zastanawiała się, czy Melinda wybaczy jej fakt, że odebrała jej męża. Zawsze podziwiała tą kobietę. Chciała, by relacje, które łączy je kiedyś, powróciły. Zdawała sobie sprawę, że nie będzie to łatwe. Jednak postanowiła nie rezygnować z tej przyjaźni. Zrobi wszystko, by na nowo zdobyć zaufanie Melindy. Ziewnęła i przeciągnęła się jak kotka.
    Własnie postanowiła iść spać, kiedy usłyszała pukanie do drzwi. Nie spodziewała się nikogo. Zastanawiała się, kto może nachodzić ją o tej porze. Nikt konkretny nie przychodził jej na myśl. W końcu stwierdziła, że prawdopodobnie jest to policja. Pewnie chcieli jej zadać jakieś nowe pytania lub może znaleźli tego, który zabił Phila, pomyślała.
    Powoli podniosła się z łóżka. Wsunęła na nogi kapcie i wyszła na korytarz. Po drodze zdążyła narzucić szlafrok. Spojrzała do lustra i palcami poprawiła włosy.
    Tym razem odezwał się dzwonek. Ktoś bardzo się niecierpliwi, stwierdziła. Przekręciła zamek i otowrzyła drzwi. W progu stał wysoki mężczyzna. Page nie mogła dostrzec jego twarzy, gdyż na głwie miał kaptur. Załowała, że nie spojrzała przez wizjer,by sprawdzić, kto jest po drugiej stronie, tylko od razu otworzyła te przeklęte drzwi. Mimo to przywowała na twarz niepewny uśmiech. Mogła przysiąc, że nigdy nie miała do czynienie z owym człowiekiem.
-Czy my się znamy? - spytała dla pewności.
    Ten uśmiechnął się krzywo i zdjął z głowy kaptur. Teraz widziała go wyraźnie. W jej oczach dostrzegł przerażenie, co jeszcze bardziej go ucieszyło. Oblizał usta i przyjrzał się kobiecie.
-Nie, złotko. Mamy na to trochę czasu ? powiedział i przystawł Page nóż do gardła.
    Melinda siedziała w aucie i patrzyła przez okno. Pozwoliła Jimowi prowadzić. Nawet nie miała ochoty siadać za kółkiem. Telefon poważnie ją zaniepokoił. Była pewna, że i tak nie mogłaby się skupić na drodze. Jednak nie wspomniała o nim Jimowi. Uważała, że jest na tyle dorosła, że sama sobie z tym poradzi. Po za tym był to dopiero drugi taki przypadek, więc może faktycznie była zbyt przewrażliwiona, pomyślała. Sama szuka problemu.
    Z radia sączyła się jakaś stara ballada. Jim prowadził w milczeniu. Co jakiś czas spoglądał na Melindę. Głowę miała odwróconą, więc nie wiedział, czy śpi, czy może po prostu nie ma ochoty z nim rozmawiać. W daszlym ciągu żadne z nich nie wspomniało o pocałaunku. Jim uznał, że Melinda prawdopodonie chce o nim zapomnieć. Szkoda. On cały czas zastanawiał się, jakby zareagowała, gdyby pocałował ją ponownie. Pragnął tego.
    Na tylnym siedzeniu leżały dwa małe kurczaki zapakowane w plastikowy pojemnik. Uznał, że Melinda musiała często stołować się u Erniego, gdyż tamtem nawet nie pytał się, co ma jej podać. Zrobiło mu się żal tej kobiety. Mąż odszedł do innej i została sama. Nawet nie miała ochoty gotować. W sumie nie dziwił się jej. Dla jednej osoby się nie opłacało. On przynajmniej miał Lily. Wystarczyło, że o niej pomyślał, natychmiast robiło mu się ciepło na sercu.
    Melinda poruszyła się i zauważyła, że Jim się uśmiecha. Patrzyła na niego zafascynowana.
-Jestem brudny na twarzy, Mel? - spytał Jim. Wiedział, że mu się przygląda.
-Mel?
-Czyż nie tak się do siebie zwracasz, gdy niekogo nie ma w pobliżu? - zapytał, a widząc jej poważną minę, spojrzał w drugą stronę. - Spokojnie, nie ma się czego wstydzić ? dokończył.
-Mhm ? odpowiedziała lakonicznie. - Dlaczego przyjechałeś do mnie do biura? - zadała mu pytanie, tym samym chcąc zmienić temat.
-Skłamałby, jeśli bym powiedział, że miałem po drodze ? zaczął. - Stęskniłem się za tobą, chudzelcu ? dokończył.
    Melinda udała obrażoną.
-No wiesz! Z jednej strony mówisz, że tęskniłeś, a potem nazywasz mnie chudzielcem ? powiedziała i krzyżowała ręce na piersi. - Nie wstyd ci, detektywie?
-Ani trochę. Specjalnie wzięłem dla ciebie jeszcze jednego kurczaka ? powiedział i uśmiechnął się łobuzersko.
-Chcesz mnie utuczyć? - spytała Melinda i zaśmiała się radośnie. - Warat!
-Nie, skądże ? odparł i położył jedną dłoń na sercu. - Przysięgam.
    Stali już pod domem Melindy. Jednak żadne z nich nie miało ochoty kończyć tego wieczoru.
    Melinda odwróciła głowę w stronę Jima i przysunęła się bliżej.
-Zatem powiedz mi, czego chcesz? - zapytała i żartobliwie zamrugała rzęsami.
    Przez chwilę spoglądał na nią niepewnie. Wahał się. Nie wiedział, czy powienien powiedzieć jej prawdę. W końcu zdecydował się.
-Pocałuj mnie, Melindo ? odparł miękkim głosem. - Proszę cię, zrób to ? nakazał Jim i musnął palcami policzek kobiety.
    Krew zawrzała. Serce zaczęło jej walić jak oszalałe. Tak bardzo tego pragnęła. Chciała, by ich uta złączyły się ponownie. Zbliżyła się do Jima. Ich wargi już miały się zetknąć, kiedy rozległ dźwięk telefonu.
    Kobieta pośpiesznie odsunęła się od Jima. Tak mało brakowało, pomyślała. Spojrzała na niego i zobaczyła, że uśmiech zastygł na jego ustach.
-O której godzinie to się stało? - zapytał i potarł dłonią twarz. - Rozmumiem. Lucy, są jacyś świadkowie? - dodał po chwili. - Zabezpieczcie wszystko i czekajcie na mnie. Niedługo będę ? powiedział i rozłączył się.
    Przez kilka minut siedział w milczeniu. Wzrok miał utkwiony w kierownicy. Przez jego słowę przelatywało tysiące myśli. W pewnej chwili poczuł, jak ktoś kładzie mu dłoń na ramieniu. Przechylił głowę. Zupełnie zapomniał, że obok niego siedziała Melinda. Miała zatroskany wyraz twarzy.
-Jim, czy coś się stało? - zaczęła łagodnie. - Powiedz mi, proszę.
    Patrzył na nią i zastanawiał się, jak ma jej to powiedzieć. Była taka niewinna, taka krucha. Zdał sobie sprawę, że podświadomie chciał ją ochraniać. Bał się, że jej także może grozić niebezpieczeństwo.
-Dzwoniła moja partnerka, Lucy ? powiedział i chicho westchnął. - Niedawno dostali wezwanie do mieszkania Page Morgan.
-Do Page? - zapytała zdziwiona Melinda. - Jim, czy coś jej się stało? Coś jej grozi? - dodała i zakryła dłonią usta.
    Jim milczał.
-Powiedz mi wreszcie! - nakazała mu.
-Melindo, to nie ona do nas zadzwoniła. To był ktoś z sąsiadów ? zaczął. - Page nie mogła tego zrobić.
    Najchętniej w ogóle by jej tego nie mówił, pomyślał.
-Dlaczego nie mogła? Już nic nie rozumiem. Mów, o co chodzi! - niecierpliwiła się kobieta.
-Page nie żyje. Została zamordowana ? powiedział wreszcie



Rozdział czwarty



    Kiedy zajechał na miejsce, ze złością stwierdził, że pod mieszkaniem Page Morgan stało już kilku dziennikarzy. Z impetem zatrzymał samochód. Śmierć kogoś znanego była dla nich istną pożywką. Ci ludzie nie mieli życia, pomyślał Jim. Wzbogacali się na ludziej tragedii. Ze złością otworzył drzwi i szybko wysiadł z samochodu. Jak na komendę drogę zastąpiły mu gryzipiórki. Jeden przepychał się przez drugiego, podstawiając Jimowi mikrofon do ust. Ciekawe, skąd się dowiedzieli, zastanawiał się Jim.
-Panie Spencer, czy Page Morgan została zamordowana? - spytał ktoś z tyłu.
-Detektywie, mówi się, że przedawkowała narkotyki, czy to prawda? - padło kolejne pytanie.
    Jim dziarskim krokiem szedł prosto przed siebie. Nienawidził tych pijawek. Wystarczyło, że podłapali jakiś temat, natychmiast robili z tego sensację. Ile biednych ludzi cierpiało z ich powodu, pomyślał.
    Wszedł do budynku, nie zważając na protesty dziennikarzy. Już na drugiem piętrze usłyszał dośne głosy. Zapewne dochodziły z mieszkania Page. Stwierdził, że jeden należy do Lucy. Ciekawe, kto był włascicielem drugiego. Dziewczyna wyraźnie się z kimś kłóciła. Przeskoczył dwa ostatnie schodki i znalazł się na trzecim piętrze. Drzwi do mieszkania ofiary były otwarte. Wszedł do środka.
    W pomieszczeniu panowała napięta atmosfera. Jim przeszedł przez taśmę i znalazł się w sypialni Page Morgan.
-Mówię ci, Aleks, że Jim nie kazał niczego ruszać! - mówiła Lucy podniesionym głosem, wymachując przy tym rękoma. - Chciał dopilnować wszystkiego osobiście ? dodała i odwróciła się do Aleksa, tym samym dostrzegając swojego partnera. - O wilku mowa. Jim wytłumacz mu ? powiedziała i wskazała na Aleksa.
    Jim podszedł bliżej i podał rękę Aleksowi.  
-Szkoda, że spotykamy się w takich okolicznościach, detektywie ? rzekł Aleks.
-Niestety. Co mamy? - zapytał Jim i przyjrzał się Page.
    Leżała na łóżku w niedbałej pozie. Nogi miała wykrzywione w lewą stronę. Jej lewa ręka leżała bezwładnie na brzuchu, drugą miała założoną za głowę. Wyglądała, jakby po prostu spała, pomyślał Jim. Niestety rzeczywistość była zupełnie inna. Na jej szyi widniała długa czerwona linia. Sprawca poderżnął jej gardło, stwierdził Jim.
-Mogę ci wstępnie powiedzieć tylko tyle, że została zamordowana około godziny dwudziestej pierwszej ? zaczął Aleks. - Liczne siniaki na jej ciele świadczą o tym, że walczyła z mordercą. Na nadgarstach ma ślady od sznura. Wygląda na to, że najpierw ją związał, dopiero potem zabrał się za resztę ? powiedział i spojrzał na Lucy.
    Stała nieruchomo, przyglądając się Page.
-Za jaką resztę? - spytał Jim.
-Podejrzewam, że ofiara tuż przed śmiercią została zgwałcona ? wyjaśnił Aleks i podszedł do łóżka. Podwinął szlafrok Page i przywołał Jima. - Widzisz to, stary? - zapytał i dłonią pokazał na wewnętrzną stronę uda ofiary. - Oczywiście, sekcja potwierdzi, czy tak było faktycznie.
    Jim zmarszczył brwi i przyjrzał się dokładnie. Nogi Page były panacinane od wewnętrzenj strony.
-Jak mógł zrobić coś takiego?!
-On jest w tym bardzo dobry, Jim. Popatrz, jak precyzyjne ponacinał jej udo. Dokładnie wiedział, gdzie znajdowały się ścięgna. Operował nożem wzdłuż nich ? wytlumaczył Aleks.
-Uważasz, że najpierw ją okaleczył, a dopiero później poderżnął jej gardło? - zapytał Jim ze wzrokiem utkwionym w mężczyźnie.
-Tak. Jestem tego pewien ? powiedział Aleks i ponownie nachylił się nad Page. - Jak już ci mowiłem, zmarła przed dziewiątą, w tym czasie krew już dawno wyschła i zostały tylko niewielkie strupy ? rzekł i pokazał Jimowi ślad na nodze Page. - Krew na szyi ofiary jest znacznie świeższa. Ma też intensywniejszy zapach.
-Ale jak dostał się do mieszkania? - spytał Jim i spojrzał na Lucy. - Rozmawiałaś już z tym sąsiadem?
-Rozmawiałam, ale on nic nie wie ? odparła i wzruszyła ramionami. - Wrócił do domu około godziny dwudziestej pierwszej dwadzieścia i zdziwił się, że drzwi do mieszkania Morgan są otawrte. Wszedł do środka i tak ją znalazł ? powiedziała Lucy. - Jak chcesz możesz z nim jeszcze raz porozmawiać. Może tobie powie coś więcej.
-Zaraz to zrobię ? odarł i kucnął przy nocnej szafce. - Niech ekipa zbierze stąd odciski palców. Miejmy nadzieję, że nasz sprawca tym razem popełnił jakiś błąd ? rzekł Jim.
-Myślisz, że jest to ta sama osoba, która zamordowała Philipa Clarka? - zapytała Lucy z ciekawością.
-To oczywiste, Lucy. Śmierć tamtego mężczyzny nie była przypadkowa. Ten człowiek ma jakiś plan i skrupulatnie go realizuje ? wyjasnił Jim.
-Jutro koło godziny dziesiątej powinienem mieć wstępny raport ? rzekł Aleks. - Prześlę go wam do biura. Na mnie pora, zaraz powiem moim ludziom, że mogą zabrać ciało ? dodał. - Trzymajcie się ? powiedział i ruszył do wyjścia.
-Cześć, Aleks ? odparła Lucy.
-Na razie, stary. Dzięki, że przyjechałeś o tej porze ? rzekł Jim.
    Piętnaście minut później stał pod mieszkaniem sąsiada Page Morgan. Nacisnął dzwonek i w tym samym momencie drzwi otworzył mu tęgi mężczyzna. Wyglądało, jakby stał i czekał na niego. W ręku trzymał butelkę wody mineralnej. Był bardzo blady.
    Jim wyciągnął odznakę i pokazał mężczyźnie.
-Detektyw Jim Spencer. Mogę zająć panu kilka minut? - spytał.
-Rozmawiałem już z taką czarnowłosą kobietą ? wyjasnił. - Ale proszę, niech pan wejdzie ? odparł i gestem zaprosił Jima do środka.
    Mężczyzna zaprowadził detektywa do kuchni. Otworzył szufladę i wyjął z niej jakieś opakowanie.
-Przepraszam, ale muszę zrobić sobie herbatkę uspokajającą. Cały czas mam przed oczami Page ? powiedział i do niebieskiego kubka wrzucił małą saszetkę. - Może pan też się czegoś napije, detektywie? - zapytał, po czym zalał herbatę gorącą wodą.
-Nie, dzięki. Może mi pan powiedzieć, jak się pan nazywa? - spytał Jim i wyjął swój notesik.
-Och, przepraszam. Jestem taki rozkojarzony ? zaczął mężczyzna. - Nazywam się Peter Jackman.
-Dobrze. Proszę mi powiedzieć, panie Jackman, o której wrócił pan do domu? - spytał Jim.
-Dochodziło wpół do dziesiątej ? zaczął Peter. - Wszedłem na klatkę i zobaczyłem, że drzwi do mieszkania Page Morgan są otwarte.
-Rozumiem. I co pan wtedy zrobił?
-Postawiłem torbę z zakupami obok moich drzwi i podszedłem do mieszkania Page. Zajrzałem do środka i zawołałem ją, ale odpowiedziała mi cisza.
-Co było dalej? Proszę kontynuować ? polecił Jim.
    Peter upił trochę herbaty.
-Wszedłem do mieszkania i sięgnąłem po parasol, który stał obok. Page się nie odzywała. Pomyślałem, że może ktoś włamał się do mieszkania pod jej nieobecność ? powiedział mężczyzna z poważną miną.
    Jim uśmiechnął się w duchu. Nawet gdyby faktycznie było to włamanie, Peter Jackman nie musiałby używać parasola, by obezwładnić napastnika, pomyślał złośliwie Jim. Już sama jego postura napawała strachem.
-Rozejrzałem się po mieszkaniu. Page nie zastałem ani w kuchni ani w salonie. Drzwi do sypialni były lekko uchylone. Otworzyłem je i wtedy zobaczyłem jej ciało ? dokończył Peter i nerwowo zacisnął dłonie na kubku. - Wybiegłem z mieszkania i wezwałem policję.
-Czy chciałby pan porozmawiać z naszym policyjnym psychologiem? - spytał Jim.
-Nie, poradzę sobie z tym. W końcu jestem dorosłym mężczyzną ? odparł.
    Dorosłym mężczyzną, który nosi kapcie z kaczorem Donaldem, zauważył Jim.
-Panie Jackman, jakie stosunki łączyły pana z ofiarą?
    Peter spojrzał niepewnie na detektywa. Nerwowo zagryzł dolną wargę. Coś jest na rzeczy, stwierdził Jim.
-Panie Jackman? Odpowie pan?
-Page mi się podobała. Spotykaliśmy się przez pewien czas, ale widać było, że nie brała tego na powaznie ? odpowiedział Peter szczerze.
-A czy pan traktował waszą znajomość poważnie?
-Tak. Miałem co do Page pewne plany. Wie pan, takie przyszłościowe ? odrzekł i uśmiechnął się znacząco.
-Kiedy dokładnie się państwo spotykali? - zapytał Jim poważnie.
-W zeszłe wakacje ? odparł zwięźle Peter.
-I nie był pan zły na Page Morgan, że pana odtrąciła? - spytał Jim i lekko uniósł prawą brew. Nareszcie coś zaczynało się dziać.
-N-nie... To-to znaczy... Na początku byłem trochę niepocieszony ? zaczął Peter z ociąganiem. - Bo niech pan powie, czy czegoś mi brakuje? - zaytał, a nie widząc żadnej reakcji ze strony detektywa, zaczął nerwowo chodzić po kuchni.
-Jak dobrze znał pan Philipa Clarka? - Spencer zadał kolejne pytanie.
    Na twarzy Jackmana malowała się widoczna niechęć, a nawet pogarda. Prychnął tylko i spojrzał przez okno.
-On nie był dla niej odpowiedni ? stwierdził.
-Dlaczego pan tak uważa?
-Dlaczego?! Był arogancki, myślał tylko o sobie. Page traktował jak swoją własność. Wiele razy słyszałem ? zaczął i popatrzył na Jima. - Oczywiście nie podsłuchiwałem, ale ściany są cienkie i czasem doleciał do mnie jakiś fragment rozmowy. - Często się kłócili. Poza tym nigdzie nie wychodzili. Cały czas siedzieli w domu.
-I tylko z tego powodu żywił pan do Philipa Clarka nienawiść?
-Był typem cwaniaczka. Uważał, że jeśli ma pieniądze, to wszystko mu wolno. Nie wiem, co Page w nim widziała ? orzekł z rezygnacją.
-Panie Jackman, kiedy widział pan po raz ostatni pana Clarka? - zapytał Jim.
-Niech pomyślę... - odparł mężczyzna i podrapał się po brodzie. - Chyba jakoś w sobotę. Tak, na pewno w sobotę. Szedłem na ranną zmianę do pracy, a on właśnie wracał z joggingu - stwierdził. - Może gdybym był wysportowany, Page zwróciłaby na mnie uwagę ? zastanawiał się.
-Na dziś to wszystko ? powiedział Jim i podniósł się z miejsca. - Na razie proszę nie opuszczać miasta. Być może będziemy mieli do pana jeszcze jakieś pytania.
-P-p-ytania? Cz-czy jestem o coś podejrzany? - spytał Peter. W jego oczach widać było przerażenie. Stał nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w deketywie.
-To pan to powiedział, panie Jackman. Będziemy w kontakcie. Do widzenia ? rzekł Jim, po czym opuścił mieszkanie Petera.
    Zamknął drzwi za detektywnem Spencerem i udał się prosto do swojej sypialni. Ręcę wciąż mu drżały, a serce waliło jak oszalale. Był na siebie zły, że tak łatwo dał się ponieść emocjom. Ten detektyw nie był taki głupi, stwierdził. Na pewno zauważył, że bardzo się zdenerwował, gdy wspomniał mu o Philipie Clarku. Drań, pomyślał. Zasłużył na to, co go spotkało. Pomimo tego, że był w domu sam, zamknął pokój na klucz. Podszedł do szafry. Otworzył ją i przesunął wszystkie wieszaki, na których powieszone były starannie wyprasowane koszule. Sięnął po niewielkie pudełko, które stało na półce w głębi szafy. Usiadł na łóżku i wysypał zawartość. Wziął do ręki jedno ze zdjęć. Z fotografii spoglądała na niego uśmiechnęta Page. Była taka piękna, pomyślał. Za młoda, by umrzeć. Spojrzał na osobę, która znajdowała się obok dziewczyny. Jego usta wykrzywiły się w kpiącym uśmiechu.



    Noc była ciepła. Delikatny wietrzyk nieśmiało muskał skórę. Lato w tym roku było wyjątkowo urodzajne.
    Dochodziła trzecia dwanaście, kiedy Jim zaparkował pod mieszkaniem Melindy. W oknach paliły się światła. Jednak czekała na niego, pomyślał z niemałą satysfakcją. Upierała się, że pojedzie z nim. Zawzięta kobieta, swierdził Jim. Dobrze, że udało mu się ją nakłonić do tego, by została jednak w domu. Odczuwał pewną ulgę wiedząc, że Melinda nie widziała ciała Page Morgan. To mógłby być dla niej szok. Wystarczyło już, że musiała patrzeć na ciało męża. Nie była przygotowana, by po raz kolejny oglądać akt morderstwa. Cóż, chyba nikt nigdy do końca nie jest, stwierdził. Nawet on sam, choć powienien być już do tego przyzwyczajony.
    Zamknął samochód na klucz i ruszył do mieszkania. Spokoju nie dawała mu sprawa z Peterem Jackmanem. Był pewien, że ten mężczyzna miał coś na sumieniu. Dowie się, co to takiego, postanowił. Jackman był jakiś nieswój. Zwłaszcza, kiedy usłyszał o Clarku, pomyślał Jim. Być może było coś, czym Peter nie chciał się chwalić. Niestey nie zdawał sobie sprawy, z kim ma do czynienia, stwierdził Jim. Lucy mógł zbyć pod byle pretekstem, lecz z nim nie pójdzie mu tak łatwo.
    Zapukał do drzwi. W przedpokoju zapaliło się światło. Usłyszał zbliżające się kroki. Drzwi uchyliły się nieco i Jim zobaczył Melindę. Miał wielką ochotę wziąć ją w ramiona, lecz powstrzymał się od tego zamiaru. Zamiast tego wszedł do środka i pocałował kobietę przelotnie. Widząc jej zdezorientowanie, uśmiechnął się z satysfakcją.
    Rozejrzał się i stwierdził, że Melinda ma dobry gust. Pastelowe odcienie doskonale psowały do nowoczesnego wystroju. W pomieszczeniu znajdowały się same praktyczne rzeczy. Jim miał wrażenie, że każdy przedmiot w tym domu ma swoje okreslone miejsce.
    Wszedł do kuchni i rozsiadł się na krześle. Był u Melindy po raz pierwszy, a czuł się niemal tak dobrze jak u siebie. A może i nawet lepiej, zastanowił się.
    Melinda stanęła w wejściu i przyjrzała się Jimowi. Siedział do niej plecami, lecz i tak wiedziała, że jego uśmiech to tylko gra pozorów. Tak naprawdę bardzo to przeżywał. Im mocniej starał się to ukryć, tym bardziej było to po nim widać. Twardy zawodnik, pomyślała i zajęła miejsce naprzeciwko niego.
    Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Melinda bała się o cokolwiek zapytać. Wciąż nie docierało do niej, że Page nie żyje. Ktoś ją zamordował. Co prawda ich relacje nie były poprawne, ale pomimo tego Melinda życzyła jej jak najlepiej.
    Jim przyglądał się pani adwokat. Wciąż miała na sobie jeden z tych idealnych kostiumików. Chyba faktycznie przejęła się tą informacją, skoro nawet nie miała głowy przebrać się w coś wygodniejszego. Zmyła tylko makijaż. Wygladała świeżo i dziewczęco, pomyślał.
-Powiedz mi w końcu, co tam się wydarzyło ? poleciła Melinda.
-Jutro dostaniemy oficjalny raport ? zaczął. - Na razie mogę ci powiedzieć tylko tyle, że ktoś zamordował Page w jej własnym mieszkaniu ? odparł. Nie chciał od razu wyjawiać Melindzie całej prawdy.
-Czy zginęła w taki sam sposób jak... - Melinda urwała i przygryzła dolną wargę. Patrzyła na mężczyznę w napięciu.
-Nie. Nie postrzelił jej, tak jak zrobił to w przypadku Philipa ? dokończył Jim i spojrzał na nią smutnym wzrokiem. - Wiem, że bardzo to przeżywasz, ale nie możesz się tym zadręczać, Mel. To nie jest twoja wina.
-Może i moja ? odpowiedziała cicho Melinda. - Myślisz, że może być to ten sam człowiek, który zabił mojego męża? - zapytała.
    Jim sposępniał. Nazwała Philipa swoim mężem. Czy możliwe, że coś jeszcze do niego czuła, zastanawiał się. Nie, to bez sensu. Clark nie żyje i w niczym mu już nie zagraża. Ma pełne pole do popisu, uznał.
-Wszystko na to wskazuje ? odpowiedział. - Sprawca nie zostawił żadnych odcisków. Wszystko skrupulatnie sprzątnął. Znowu nie mamy nic. Kolejna zagadka do wyjasnienia.
    Melinda wstała z miejsca i zaczęła nerwowo chodzić po kuchni.
-Nie powiedziałeś mi jeszcze, w jaki sposób zginęła Page ? stwierdziła.
-Mel, to nie jest odpowiednia pora. Porozmawiamy jutro ? bronił się Jim.
    Melinda stanęła nad nim i pochyliła się nieco w jego stronę.
-Nie dyskutuj ze mną, Spencer! - zagroziła i uśmiechnęła się uroczo.
    Jim westnął głęboko. Naprawdę nie potrafił odmówić nieczego tej kobiecie.
-Ponacinał jej ciało nożem, a na koniec poderżnął gardło ? wyjaśnił zwięźle.
    Uśmiech zamarł na ustach kobiety. Odeszła kawałek i oparła się o szafkę. Ukryła twarz w dłoniach. Nie mogła uwierzyć, że takie rzeczy dzieją się naprawdę. W dalszym ciągu nie potrafiła złapać równowagi po tym, jak Jim przekazał jej informację o śmierci Page.
-Mel, wszystko w porządku? - zapytał. - Chodź tu.
    Poczuła, jak Jim obejmuje ją ramieniem i przygarnia do siebie. Pasowała idealnie, pomyślał w tym samym czasie mężczyzna. W tym momencie coś w nim pękło. Poczuł coś, czego nie czuł nigdy do tej pory. Tuląc Melindę do siebie, zdał sobie sprawę, że gdyby tylko mu na to pozwoliła, nie wypuściłby już jej w ogóle. Do tej pory żył wyłącznie pracą. Takie rozwiazanie mu odpowiadało. Jednak kiedy spotkał Melindę, zobaczył, że jest coś więcej. Zapragnął tego równie mocno, jak pragnął Melindy.
-Jim, jak mógł zrobić coś tak okropnego?! - powiedziała głośno kobieta i gwałtownie odunęła się od niego. - Jak?! - dpotywywała. - Nie mogę pojąć, dlaczego tak się stało.
-Powinnaś się położyć. To był długi dzień zarówno dla ciebie jak i dla mnie ? odparł. - Wrócimy do tej rozmowy.
-Chyba masz rację. Muszę wcześnie wstać. Rano mam kilka spotkań ? zgodziła się Melinda. - Odprowadzę cię.
    Jim już miał otworzyć drzwi, kiedy nagle zatrzymał się i odwrócił.
-Mel, przyznałaś mi rację, że dzień był wyjątkowo męczący, prawda? - spytał.
-O ile mnie pamięć nie myli, tak włanie było ? odrzekła kobieta, zastanawiając się, do czego zmierza Spencer.
-Wobec tego mam pewną propozyję ? zaczął.
-Nie, nie zostaniesz u mnie na noc ? opowiedziała Melinda i poklepała Jima po ramieniu. - Nawet o tym nie myśl.
-Prawdę mówiąc, to też chodziło mi po głowie ? powiedział Jim i uśmiechnął się łobuzersko. - Na razie jednak chciałem zapytać, czy mogę liczyć na jakiś miły akcent kończący ten dzień ? dokonczył.
-Co masz na myśli, Spencer?
    Jim przyciągnął do siebie Melindę.
-Panie detektywie, nie wiem, czy wypada ? oznajmiła. - Drzwi są otwarte i ktoś może zobaczyć ? powiedziała i zarzuciła ręce na ramiona Jima.
-Co nas to obchodzi! - odrzekł Jim i przycisnął wargi do ust Melindy.
    Melinda weszła do kancelarii w doskonałym humorze. Pomimo tego, że spała niecałe cztery godziny, wygladała na świeżą i wypoczętą. Wprost emanowała optymizmem. Postawiła torebkę na biurku i wyjrzała z gabinetu.
-Isabello, mogłabym liczyć na kawę? - zapytała i uśmiechnęła się do sekretarki.
-Oczywiście, Melindo ? odparła kobieta i natychmiast podniosła się z miejsca. - Mała, czarna, bez curku?
-Jak zawsze ? odrzekła Melinda i usiadła wygodnie za biurkiem.
    Postukała paznokciami o blat. Stwierdziła, że zatrudniając Isabellę, dokonała właściwego wyboru. To był strzał w dziesiątkę, pomyślała. Nie mogła sobie przypomnieć, jak funkcjonowała bez niej. Pani Bella była niezastąpiona. Co prawda trudności sprawiała jej jeszcze praca na komputerze, lecz na ten defekt Melinda przymykała oko. W końcu nikt nie jest doskonały. Za to atutem był fakt, że jej nowa sekretarka robiła najlepszą kawę.
    Spojrzała na zegarek. Za godzinę miała pierwsze spotkanie. O siedemnastej umówiła się z Jimem. Być może to z tego powodu była cała w skowronkach, pomyślała. Czuła się przy nim jak nastolatka. Wiedziała, że zachowuje się śmiesznie, lecz nie mogła nic na to poradzić. Pan detektyw namieszał jej w głowie, przez co miała nizły mętlik. Przecież na początku ich znajomości postanowiła, że pozostaną w relacjach czysto zawodowych. Tymczasem ona umawia się z nim na randkę. Chociaż może nie powinna myśleć o tym spotkaniu w tej kategorii. Jim zadzwonił i powiedział, że wpadnie po nią po pracy i pojadą coś zjeść. Czy zatem to było zaproszenie na randkę? Nie, Jim Spencer nie pytał się o zgodę. On po prostu przedstawiał ci swój plan. Nie miało dla niego znaczenia, czy go ktoś akceptował czy też nie. Musiał się z tym pogodzić.
    Jednak z nią nie pójdzie mu tak łatwo, stwierdziła Melinda. Ona nie jest jedym z jego współpracowników. Nie może nią dyrygować. Własnie, zatem kim dla niego jest, zastanawiała się kobieta. Być może dla Jima zaczynała się jedna z wielu przygód. Chciał się zabawić i to wszystko. Czego ona oczekiwała, pomyślała. Od tak dawna nie zależało jej na żadnym mężczyźnie. Zapomniała już, jakie to uczucie.
    Do gabinetu zajrzała Bella. Uśmiechnęła się i postawiła kawę na biurku. Osunęła się trochę i niepewnie spojrzała na Melindę.
-O co chodzi pani Isabello? - zapytała, po czym upiła trochę kawy. - Pyszna ? stwirdziła.
-Mam takie pytanie ? zaczęła nieśmiało sekretarka. - Na dziś nie ma aż tak dużo spotkań. Czy mogłabym wyjść trochę wczesniej? Umówiłam się z synem ? dokończyła.
-Naturalnie. Niech pani idzie i niczym się nie przejmuje ? powiedziała Melinda.
-To naprawdę nie będzie kłopot? - spytała Isabella.
-Skąd! Proszę iść śmiało ? poleciła Melinda. - Poradzę sobie.
-Dziękuję, Melindo ? odparła kobieta. - Któregoś dnia zostanę za to dłużej ? zastrzegła.
-Nie ma takiej potrzeby, pani Isabello ? wyjaśniła Melinda.
    Po południu Melinda wyskoczyła do Erniego na kanapkę z kurczakiem. Co prawda niedługo spodziewała się Jima, lecz jej żołądek rządził się własnymi prawami.
    Kiedy wróciła do kancelarii, usłyszała czyjeś głosy. Weszła do środka i zobaczyła młodego mężczyznę. Mogł mieć co najwyżej trzydzieści pięć lat. Był blondynem o ciemnej karnacjii. Mężczyzna odznaczał się nieprzeciętną urodą. Jej przyjaciółka ze studiów nazwałaby go "ciachem", przypomniała sobie. Jego oczy były intensywnie zielone. Całkiem jak moje, pomyślała Melinda.
    Podeszła bliżej. Mężczyzna rozmawiał o czymś z Isabellą. Musiał ją usłyszeć, bo odwrócił się i uśmiechnął pogodnie.
-To musi być pewnie nasza pani adwokat ? oznajmił. - Jestem Tony Black ? powiedział i uścinął dłoń Melindy, po czym złożył na niej delikatny pocałunek.
-Melinda Clark ? przedstawiła się kobieta.
-Jak się okazuje, mój syn potrafi być szarmancki ? wtrąciła się Isabella. - No już, pomoż starej matce nałożyć płaszcz.
-Mamo, na zewnątrz jest prawie dwadzieścia stopni ? upomniał ją Tony.
-Wiem i co z tego. Muszę jakoś się prezentować. W końcu nie codziennie syn zabiera mnie na kolację ? oznajmiła tiumfalnie i puściła oczko do Melindy.
-Jak chcesz ? odparł Tony i pomógł matce nałożyć płaszcz. Odwrócił się w stronę Melindy i bezradnie wzruszył ramionami.
    Kobietę rozbawił ten gest. Niby się ze sobą droczyli, lecz wyczuwała, że są ze sobą bardzo zżyci. Dobrze wiedziała, jak to jest. Jej relację z mamą również należały do udanych. Mogła jej powiedzieć o wszystkim. Donna zawsze potafiła pocieszyć swoją jedynaczkę, znaleźć jakieś rozwiązanie.
    I pomyśleć, że minęło już siedem lat od jej śmierci, przypomniała sobie Melinda.
-To my się zbieramy. Do zobaczenia jutro, Melindo ? powiedziała Isabella, po czym ruszyła do wyjścia.
    W drzwiach zderzyła się z Jimem. Przepuścił grzecznie kobietę i wszedł do środka. Zobaczył, że Melinda nie jest sama. Wściekł się na widok obcego mężczyzny w jej pobliżu. W dodatku ten imbecyl coś jej szeptała na ucho. Melinda zaśmiała się i dopiero wtedy zauważyła Jima. Cały czas się uśmiechając, podeszła do niego i pocałowała go w policzek.
-Liczyłem na więcej ? szepnął tak cicho, że tylko ona mogła to usłyszeć.
    Melinda zignorowała jego słowa. Odwróciła się do blondyna.
-Panowie się chyba jeszcze nie znają ? stwierdziła. - Jim Spencer, Tony Black ? dokonała prezentacji.
    Mężczyźni wymienili uściski dłoni. Obaj byli niezadowoleni z obecności siebie nawzajem. Mimo to Jim zachował pozory życzliwości co do znajomego Melindy.
-Tony jest synem Isabelli, mojej sekretrki ? wyjasniła.
-Na mnie pora ? odparł Tony. - Mama już pewnie czeka w samochodzie. - Do zobaczenia, Melindo. Mam taką nadzieję ? powiedział i puścił do niej oko. Przeniósł wzrok na Jima i uśmiech zszedł z jego twarzy. - Na razie Tim ? rzekł i wyszedł.
    Jim aż kipiał ze złości. Ten facet przystawiał się do Melindy. Wyraźnie było to widać. Na dodatek robił to w jego obecności. Dobrze, że się powstrzymał i nie powiedział mu paru słów. Nie powinien patrzeć na Melindę takim wzrokiem. Tylko on sam miał do tego prawo. Nikt inny. Zdał sobie sprawę, że jest o nią najzwyczajniej w świecie zazdrosny. Lecz czy ona o tym wiedziała, zastanowił się. Przecież nie dał jej żadnego znaku, że jest nią zainteresowany. Kilka razy się pocałowali, a on już wyobrażał sobie Bóg wie co. Chyba powinien trochę przystopować. Być może dla Melindy była  tylko rekompensata po stracie męża.
    Melinda wyszła z gabinetu. Wzięła torebkę i przerzuciła sobie żakiet przez ramię.
-Gotowy, detektywie? - zapytała i spojrzała na Jima.
-Jasne ? odparł sztywno i wyszedł przed budynek, nie czekając na Melindę.
    Kobieta zamknęła biuro. Zastanawiała się, czym Jim się tak zdenerwował. Nawet na nią nie poczekał. Po prostu sobie poszedł. Nie zdziwiłaby się, gdyby okazało się, że się rozmyślił i pojechał bez niej. Cały on. Czy możliwie, że wkurzył się tak z powodu jej rozmowy z synem Isabelli, pomyślała. W sumie to byłoby to co najmniej śmieszne. To, że kilka razy się z nim pocałowała, nie oznaczało, że byli parą. Nie musiała się pilnować. Miała pełną swobodę.
    Wyszła przed budynek kancelarii i rozejrzała się po parkingu. W ostatnim rzędzie zauważyła samochód Jima. Mężczyzna stał oparty o maskę. Nogą co jakiś czas kopał zderzak. Był zamyślony. Chyba nawet coś do siebie mówił, stwierdziła Melinda, zbliżając się do auta. Uśmiechnęła się na myśl, że Jim rozmawia sam ze sobą.
    Spojrzał na nią od niechcenia i otworzył jej drzwi.
    Melinda oparła dłoń na masce i zagrodziła mu drogę.
-O co chodzi, Spencer? Co cię tak wkurzyło, hm? - zapytała i zadarła głowę do góry, by móc spojrzeć mu w oczy.
-Nie twoja sprawa ? odparł szorstko mężczyzna. - Wsiadasz, czy będziesz tak stała? - spytał nie patrząc na nią.
-Zdenerwowałeś się, bo rozmawiałam z Tonym? - odważyła się zadać pytanie. Z rozbawieniem oczekiwała jego reakcji.
-Możesz sobie rozmawiać z kimkolwiek zechcesz. Nic mnie to nie obchodzi ? stwierdził i spojrzał na nią przelotnie. - Tylko taka byłaś zajęta panem pięknisiem, że nawet mnie zauważyłaś ? dodał po chwili. - Widać odpowiedało ci, że tak się do ciebie przystawiał.
    Melinda popatrzyła na niego zaskoczona i zamrugała oczami. Chyba się przysłyszała. Jim był o nią zazdrosny. Zaśmiała się krótko.
-Co cię tak bawi? - zapytał poważnie.
-Byłeś o mnie zazdrosny ? wypowiedziała na głos to, co chodziło jej po głowie.
    Jim chwycił ją za ramiona i przycisnął do samochodu.
-Może i byłem! - powiedział głośno i spojrzał jej głęboko w oczy. - Nie, nie byłem. Nadal jestem. Nie mogę znieść myśli, że jakiś inny mężczyzna będzie cię dotykał w taki sposób, jak robił to tamten. Nie chcę tego! Pragnę, żebyś była tylko moja, rozmumiesz? - zapytał i przysunął się jeszcze bliżej. - Nikogo innego ? dodał i zaczął całować Melindę łapczywie.
    Kobieta opierała się. Próbowała się wyrwać, lecz Jim trzymał ją mocno. Wszystko wskazywało na to, że przez najbliższych kilka minut nie zamierzał jej wypuścić.
-Jim... - próbowała się bronić. - Nie... nie powinniśmy. Słyszysz?
    Mężczyzna oderwał się od niej na chwilę. Oczy miał zamglone. Patrzył na nią nieptrzytomnym wzrokiem.
    Nagle w zachowaniu Melindy coś się zmieniło. Poczuła coś, o czym już dawno zapomniała. Pragnęła tego mężczyzny. Taka była prawa. Nic nie mogła na to poradzić. Oczywiście nie chciała przerywać tego namiętnego pocałunku, lecz zdawała sobie sprawę, że nie są sami. Znajdowali  się w miejscu publicznym. Była znana w tym mieście i musiała uważać na swoją reputację. Nie mogła tak po prostu obściskiwać się na ulicy. Jak wyglądałaby w oczach swoich klientów, pomyślała.
    Wykorzystała moment, kiedy Jim puścił ją nieco i odsunęła się od niego. Poprawiła bluzkę, która podwinęła jej się nieco z boku i przeczesała palcami włosy.
-Jedźmy już, Jim ? poleciła i wsiadła do samochodu. - Nie zamierzam całować się z tobą na ulicy ? dodała i zamknęła drzwi.
    Mężczyzna uśmiechnął się łobuzersko. Zajął miejsce obok Melindy.
-To znaczy, że masz w planach kontynuację tego pocałunku? - spytał i odpalił silnik.
-Tego nie powiedziałam, lecz nie wykluczam takiej możliwości. Przyznam się, że coraz trudniej mi się powstrzymać ? przyznała i westchnęła cicho.
-Mel, naprawdę mi zależy na tobie ? wyznał Jim. - Wiem, że czas nie jest odpowiedni. Straciłaś męża, teraz dawną przyjaciółkę. Ich morderca jest na wolności. Jednak tak łatwo się nie poddam ? zastrzegł i spojrzał na Melindę. Głowę miała odwróconą, lecz wiedział, że się uśmiecha.
-Jim, posłuchaj mnie, jak też coś poczułam, lecz dla mnie to jeszcze za szybko ? wyjaśniła i popatrzyła na niego smutno.
-Poczekam na ciebie. Tak długo, jak będzie trzeba.         
    Siedział w swoim aucie i obserwował całe zajście. Był wściekły, że Melinda pozwoliła się pocałować temu detektywowi od siedmiu boleści. Gdyby faktycznie był takie dobry w tym, co robi, już dawno zamknąłby obie sprawy. On tymczasem nie dość, że nie mógł wpaść na trop sprawcy, to na dodatek urządał sobie flirciki z panią Clark. Bezczelny typ, pomyślał. Zastanawiał się tylko, co tak kobieta w nim widzi. Przecież nie jest aż taki przystojny, stwierdził.
    Spojrzał w lusterko i z zadowoleniem pogłaskał się po twarzy. Co innego on. Nie grzeszył skromnością. Uroda była jego wizytówką, choć tam, gdzie pracował na niewiele się zdawała. Zaśmiał się głośno i odkręcił szybę. Do samochodu wleciało świeże powietrze.
    Lubił lato. Była to jego ulubiona pora roku. Pamiętał, jak na rozpoczęcie wakacji mama zabierała do do cukiernii i pozwalała wybrać, na co tylko miał ochotę.
    Łza zakręciła mu się w oku. Powinien jej nienawidzić, pomyślał. Więc czemu za każdym razem, kiedy o niej myślał, ogarniało go współczucie. Miał do niej żal, lecz może faktycznie coś zmusiło ją da tekiego a nie innego czynu. Może nie miała wyjścia, zastanowił się.
    Wyjął spod koszulki medalik i ucałował go z czcią. To wszystko dla ciebie, pomyślał. Pan mną kieruję, wyznacza mi cele.
    Ze skórzanych spodni wyciągnął białą karteczkę. Trzeba będzie ją nieco zmodyfikować, postanowił.




Rozdział piąty



    Lucy siedziała z miną cierpiętnicy. Dlaczego się zgodziła, zastanawiała się. Mogła odmówić, kiedy Jim poprosił ją, by przejrzała dokumenty Petera Jackmana. Dobrze wiedziała, czemu chciał się urwać wcześniej. Naprawdę go wzięło, stwierdziła. Pracowała z nim od siedmiu lat, ale jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie. Zachowywał się jak jakiś podlotek. Pogwizdywał w pracy. Zainwestował nawet w nową wodę toaletową. To akurat wyszło mu da dobre, przyznała Lucy. W dodatku uśmiech nie schodził z jego twarzy.
    Nie przepadała za Melindą. Miała wrażenie, że ta kobieta jest strasznie zadufana w sobie. Nie potrafiła być spontaniczna w jej towarzystwie. Za każdym razem, kiedy odwiedzała Jima, Lucy czuła się spięta. Wiedziała, że przesadza. Melinda odzywała się do niej z grzecznością. Zawsze powiedziała jej coś miłego. Raz nawet poleciła jej dobrego fryzjera. Co z tego, kiedy Lucy i tak nie miała czasu, by się do niego wybrać. Doszła do wniosku, że Jim ją wykorzystywał. To, że był jej szefem, nie oznaczało od razu, że miał prawo narzucać jej niektóre rzeczy. Nie miała rodziny, męża, dzieci, lecz to nie był powód, by musiała zostawać niemal co drugi dzień po godzinach. Nawet jej za to nie płacił. Wyzyskiwacz, pomyślała.     
    Jednak pomimo wszystko ceniła Jima za jego charyzmę. Nigdy jej nie zawiódł. To prawda, był wymagający wobec innych, lecz sam również dawał z siebie jak najwięcej.
    Przeglądała kartę Petera Jacmana. W koncu dostała się do jego danych. Peter był bardzo ostrożny. W dokumentach, które czytała dwa tygodnie temu, nie było kompletnie nic. Jednak kolega przesłał jej starą kartotekę Jackmana, kiedy tamten mieszkał jeszcze w Bostonie. Waro było mieć znajomości, pomyślała. Uśmiech pojawił się na jej twarzy, kiedy przeczytała wpis sprzed kilku miesięcy. No pięknie, więc Jackman ma na sumieniu więcej niż nam się na początku wydawało. Nic dziwnego, że o tym nie wspomniał. Byłby pierwszym podejrzanym, gdyby to wyjawił policji.
    Sięgnęła po komórkę i wybrała numer Jima. Jeden sygnał, drugi, trzeci. Powoli zaczynała się niecierpliwić. Chyba nie byli na tyle zajęci, by Jim nie usłyszał telefonu. W końcu ktoś odebrał.
-Witaj, Lucy ? przywitała się Melinda. - Wybacz, ale Jim nie może w tej chwili podejść ? wyjaśniła.
-Aa, cześć. To nic, porozmawiam z nim jutro ? odparła Lucy i już miała się rozłączyć, kiedy usłyszała spokojny głos Melindy.
-Czy mogę mu coś przekazać?
-Nie, nie kłopocz się. Choć właściwie... - Lucy zawahała się. - Powiedz mu, że w końcu udało mi się dostać do akt Jackmana i że znalazłam coś ciekawego.
-Dobrze, powiem mu ? odpowiedziała Melinda i spojrzała na zegarek. - Lucy, wiesz, która jest godzina? - zapytała zmieniając temat. W słuchawce usłyszała ciche westnienie. - Idź do domu i odpocznij ? poleciła Melinda. - Jutro też jest dzień.
-Chyba masz rację ? przyznała Lucy. - Przekaż Jimowi to, co powiedziałam. Cześć ? powiedziała i rozłączyła się szybko.
    Dlaczego każda rozmowa z Melindą Clark kończyła się tym, że Lucy była cała poddenerwowana? Musiała się pilnować. Jeszcze przez przypadek wygadałaby się o Jackamnie. Prawdę mówiąc, miała ogromną ochotę z kimś porozmawiać. Nie chcodziło jej o sprawy zawodowe, ale tak zwyczajnie. Melinda miała niesłychany dar wyciągania z ludzi wszelkich informacji. Na tym polegała jej praca, lecz nie powinna wykorzystywać tego do celów prywatnych. Już nieraz Lucy powidziała w jej towarzystwie o jedno słowo za dużo.
    Jim dał się na to nabrać, lecz ona jest bardziej ostrożna. Wyłączyła komputer i zgasiła lampkę.
    Jutro zaczynała dopiero od drugiej zmiany. Była wykończona. Miała iść do domu i od razu się położyć, lecz pomyślała o Jimie. Skoro on mógł się dobrze bawić, dlaczego ona nie mogła sobie na to pozwolić. Skręciła w prawo i ruszyła do pobliskiego baru. Koniecznie musiała napić się czegoś mocniejszego.
    Weszła do środka. W pomieszczeniu panował istny chaos. Jedni przepychali się przez drugich. Dziwne, pomyślała. Przecież był środek tygodnia. Z niesmakiem zauważyła, jak jeden mężczyzna patrzy na nią pożądliwym wzrokiem. Nic z tego kochany, stwierdziła.
    Postanowiła nie przejmować się żadnymi bójkami ani innymi awanturami. Skończyła służbę. Przyszła tu prywatnie i zamierzała się napić.
    Z trudem znalazła wolne miejsce przy barze. Machnęła na kelnera i zamówiła sobie margarittę. Czekając na swojego drinka rozejrzała się po sali. W prawym rogu tuż przy magnetofonie dostrzegła przystojnego mężczyznę. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, nieznajomy uśmiechnął się i uniósł do góry swój kieliszek. Lucy skinęła głową. Zauważyła, że mężczyzna podniósł się z miejsca i ruszył w jej stronę. Odwróciła prędko głowę w drugą stronę. Idzie do niej, powiedziała w myślach. Jak się ma zachować, zastanawiała się.
    Kelner podał jej drinka. Lucy upiła trochę. Poczuła, że ktoś zajmuje miejsce obok.
-Pierwszy raz w takim miejscu? - zapytał mężczyzna.
-Zazwyczaj bywam w takich lokalach w innej roli ? odparła Lucy i ze zdumieniem stwierdziła, że ma całkiem spokojony głos.
-To ty jesteś nową tancerką?! - zapytał zaskoczony mężczyzna.
    Lucy spojrzała na niego z drwiną. Zastanowiła się chwilę. Niech będzie. Zagra w jego grę.
-Tak, jutro mój pierwszy dzień. Przyszłam się rozejrzeć ? wyjaśniła i zamurgała rzęsami. Żałowała, że dzisiaj nie zrobiła sobie mocniejszego makijażu.
-Od razu wiedziałem, że zajmujesz się czymś... nietypowym ? powiedział i napił się swojego drinka.
    Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo nietypowym, pomyślała Lucy. Mimo to uśmiechnęła się do nieznajomego.
-A ty czymś się zajmujesz? - zapytała z ciekawości.
-Mam własny zakład. Nic wielkiego ? zakończył szybko temat.
    Lucy wypiła drinka do końca i zaczęła się zbierać. Przyszła tu tylko na chwilę, upomniała samą siebie. Miała się przecież porządnie wyspać, a nie siedzieć w barze i rozmawiać z nieznajomym.
    Mężczyzna podniósł się z miejsca.
-Mogę cię chociaż odprowadzić? - zapytał z nadzieją w głosie.
-Dobrze ? zgodziła się. Drink zaczął robić swoje. Zawsze miała słabą głowę.
    Przez kilka minut szli w milczeniu. Lucy zastanawiała się, kiedy po raz ostatni miała do czynienia z mężczyzną. Oczwyście chodziło jej o coś bardziej intymnego. Czy mogła się komuś podobać? Widać było, że ten mężczyzna był nią zainteresowany. Schlebiało jej to.
    W pracy odnosiła same sukcesy. Jednak jej życie prywatne to pasmo porażek. Była dwa razy w poważniejszych związkach, lecz za każdym razem kończyło się to fiaskiem. Lucy nie potrafiła się do końca zaangażować. Zawsze na pierwszym miejscu stawiała pracę. Była z tego zadowolona, lecz może najwyższy czas coś zmienić, zastanowiła się.
-Chciałbym się jeszcze z tobą zobaczyć ? odezwał się wreszcie mężczyzna. - Myślisz, że będzie to możliwe? - spytał i spojrzał na Lucy wyczekująco.
-Nie wiem ? przyznała szczerze i wzruszyła ramionami. - Praktycznie się nie znamy ? odparła.
-Myślę, że to będzie dobra okazja, by dowiedzieć się o sobie nawzajem czegoś więcej ? powiedział i uśmiechnął się szeroko. - Nie sądzisz?
    W pewnym momencie zatrzymał się i włożył ręce do kieszeni. Spojrzał na Lucy poważnie. Jego oczy były ciemne jak noc.
-Mówisz, że mnie nie znasz ? zaczął. - Pomimo tego zgodziłaś się, bym cię odprowadził. Dlaczego?
    Lucy zawahała się. Słowa mężczyzny uświadomiły jej bardzo istotny fakt. Jak mogla być tak nieodpowiedzialna, zastanawiała się. Powinna już dawno leżeć w swoim ciepłym łóżku i ogladać jakieś romansidło. Tymczasem stała w nocy na środku ulicy z zupełnie obcym mężczyzną. Zagrożenie z jego strony było całkiem realne.
    Mężczyzna obserwował Lucy. Uśmiechnął się pod nosem. Chyba domyslał się, co jej chodzi po głowie.
-Nie martw się. Nie musisz się niczego obawiać z mojej strony ? zapewnił i podniósł ręce w obronnym geście.
-Chyba nie mam wyjścia. Wygląda na to, że muszę ci zaufać ? odpowiedziała niepewnie i przygryzła dolną wargę.
    Zbliżali się do kamienicy, w ktorej wynajmowała mieszkanie. Na domiar złego ten mężczyzna znał teraz jej adres, uświadomiła sobie.
-To już tu ? powiedziała i zatrzymała się przed budynkiem. - Dziekuję, że zechciałeś mnie odprowadzić.
-Musiałem się upewnić, że dotrzesz cała do domu. Noc jest niebezpieczna ? rzekł z jakimś dziwnym błyskiem w oku. - Lepiej uważać, z kim się rozmawia.
    Podszedł bliżej i odgarnął Lucy włosy z oczu.
-Tak jest znacznie lepiej ? stwierdził. - Nie zasłaniaj ich. Masz bardzo ładne oczy.
-Muszę już iść ? odparła pospiesznie i wbiegła po schodach. Nie spodziewała się, że dotyk nieznajomego tak na nią podziała.
-Do zobaczenia niebawem ? krzyknął mężczyzna za Lucy. - Nawet nie wiesz, jak szybko ? dodał po cichu, po czym ruszył przed siebie, by po chwili zniknąć we mgle.
    Lucy zamknęła za sobą drzwi. Rzuciła klucze na szafkę. Przymknęła powieki i westchnęła głęboko. Serce wciąż jej waliło. Była bardzo podekscytowana. Nie dość, że spotkała całkiem przystojengo mężczyznę, to na dodatek on zainteresował się nią.
    Dzisiejszy dzień mogła zaliczyć do udanych. Nawet nie spodziewała się, że pod koniec spotka ją taka miła niespodzianka. Wciąż była na siebie zła za to, że pozwoliła się odprowadzić do domu obcemu mężczyźnie. Jednak wygladał na porządnego człowieka. Szósty zmysł podpowiadał jej, że nie powinna się niczego obawiać ze strony nieznajomego. Nalegał na kolejne spotkanie. Chyba faktycznie wpadła mu w oko. Nawet nie zapytała, jak ma na imię, przypomniała sobie.
    Weszła do łazienki i przemyła twarz zimną wodą. Jeszcze tylko szybki prysznic i wskoczy do swojego ciepłego łóżeczka, pomyślała i zatarła ręce na samą myśl o tym.
    Rozebrała się i weszła do kabiny.




    Pomimo, że połozył się spać całkiem późno, wstał rześki i wypoczęty. Zastanawiał się, czy poprzedniego dnia nie pozwolił sobie na zbyt wiele. Nie, stwierdził po chwili i ziewnął przeciągle. Spojrzał na zegarek. Zbliżała się siódma trzydzieści.
    Idealnie, pomyślał. Ma jeszcze sporo czasu, zanim zacznie realizować kolejny punkt na swojej liście. Im dłużej myślał o tym, co zrobił, tym bardziej miał ochotę dokonać tego ponownie. Czuł, że to właśnie jest jego powołanie.
    W końcu nie robił nic złego. Usuwał tylko osoby, które zagrażały biednej Melindzie, stwierdził z nutką ironii. Nie spodziewała się, że jest to dopiero początek. Dla niej ? ostaniej przygotował więcej atrakcji.
    Wstał i wyjrzał przez okno. Dzisiejszy dzień był dla niego szczególny. Nie zamierzał jednak myśleć o tym, co było kiedyś. Starał się skupić na teraźniejszości.
    Przeczesał palcami włosy i zszedł do kuchni. Na stole zobaczył talerz z kanapkami i szklankę soku pomarańczowego. Zawsze o nim pamiętała, pomyślał ze wzruszeniem.
    Dotknął meladika na szyi. Dlaczego to wciąż boli, zastanawiał się. Nie powinien kierować się emocjami. Miał misję. Pan na niego liczył. Nie mógł Go zawieść.
    Ugryzł kęs i w myślach starał się opracować kolejny atak.




    Właśnie zamykała dom na klucz, kiedy ktoś zawołał ją po imieniu. Odwróciła się i spostrzegła Jima, który zmierzał w jej kierunku.
    Uśmiechnęła się na jego widok i wyszła mu na przeciw.
    Podszedł do Melindy i pocałował ją w policzek.
-Dzień dobry, Mel ? przywitał się. - Jak spałaś? - zapytał i wziął kobietę pod ramię.
-Cześć. Dziękuję, dobrze ? odpowiedziała. - Wyjaśnij mi, co tutaj robisz. Przecież nie byliśmy umówieni ? przyznała. - Chyba, że o czymś zapomniałam. Ostatnio mam tyle na głowie.
-Chciałem cię zobaczyć. Pomyślałem, że mogę cię podrzucić do pracy ? odparł. - To będzie dla mnie dobry pretekst, by po południu spotkać się z tobą ponownie ? odpowiedział i wyszczerzył zęby w uśmiechu. - To jak, zgadzasz się na moją propozycję, Mel? - zapytał i zamrugał oczami.
    Melinda zaśmiała się szczerze.
-Nie mam nic przeciwko, detektywie ? odparła wesoło.
    Ciszę przerwał dźwięk dzwonka.
-Przepraszam ? rzekła i zaczęła szukać komórki w torebce. - Mogłbyś przytrzymać mi torbę? - zapytała.
    Wyciągnęła telefon z torebki i zobaczyła na wyświetlaczu numer prywatny. Jej puls gwałtownie przyśpieszył. Wcisnęła zieloną słuchawkę i odezwała się lekko wystraszonym głosem.
-Melinda Clark, słucham? - spytała i tak jak poprzednim razem usłyszała tylko głośnie sapanie. - Halo, kto mówi? - zadała pytanie ponownie.
-To jeszcze nie koniec ? usłyszała po chwili spokojny, męski głos. Zdawało jej się, że już go gdzieś slyszała.
-Kto, kto mówi? - dopytywała.
-Obserwuję cię ? powiedział mężczyzna. - Zrobiłem to, słyszysz? - zapytał lekko uniesionym głosem.
-Czy to ty zabiłeś mojego męża? - spytała wystraszona. - To byłeś ty?! - ponowiła pytanie.
-Nie miał prawa cię skrzywdzić. Zrobiłem tylko to, co mu się należało ? wyjaśnił. - Niech pan detektyw odwiezie cię teraz do biura. Będę miał cię na oku ? dodał i rozłączył się.
    Melinda osunęła się i gdyby nie Jim, który ją przytrzymał, prawdopodobnie by upadła. Raptownie zrobiła się blada. Myślała, że serce wyskoczy jej z piersi. Oddychała ciężko. Z trudem łapała powietrze.
    Jim otworzył samochód i posadził ją na siedzeniu. Głowę oparła o zagłówek i przymknęła powieki.
-Możesz mi łaskawie wytłumaczyć, co to przed chwilą było, do jasne cholery? - spytał ostro i nachylił się nad Melindą. - Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że utrymujesz kontakt z mordercą twojego męża i nic nam o tym nie powiedziałaś! - zaatakował kobietę.
-To nie jest, tak jak myślisz, Jim ? zaczęła Melinda i westchnęła cicho. - Kilka razy dostałam głuche telefony. Myślałam, że jakieś dziecko się po prostu wygłupia.
-Słyszysz siebie teraz, Melindo? - spytał Jim z powagą. - Philip i Page zostali zamordowani. Zaczęłaś dostawać głuche telefonu i myślałaś, że ktoś się wygłupia?!
-Jestem dorosła, Jim. Sama potrafię o siebie zadbać ? upomniała go kobieta.
-Właśnie widzę! - powiedzieł i prychnął. - Nie dociera do ciebie, że teraz ty najwidoczniej stałaś się jego celem, Melindo? - spytał i kucnął przy niej.
    Spojrzała na niego smutnym wzrokiem i wzruszyła ramionami.
-Nie pozwolę, by coś ci się stało. Nie dopuszczę do tego, słyszysz? - spytał i delikatnie potrząsnął jej ramionami.
-Dlaczego tak ci na tym zależy? - zapytała obojętnie. - Rozumiem, że chcesz rozwiązać sprawę...
-Nie zależy mi na rozwiązaniu sprawy. Zależy mi na tobie i na twoim bezpieczeństwie! - odparł. W jego głosie zdawało się wyczuwać nutkę desperacji. - Wciąż nie dostrzegasz, że jesteś dla mnie kimś więcej niż tylko żoną człowieka, który został zamordowany?!
    Przycisnął usta do jej warg. Melinda nie opierała się. Oddała mu pocałunek z równą pasją i namiętnością.
    Jim po chwili oderwał się od niej.
-Znaczysz dla mnie naprawdę bardzo wiele, Melindo ? powiedział poważnie, spoglądając w jej oczy. - Nie wybaczyłbym sobie, gdyby stała ci się krzywda. - Pojedziesz ze mną do biura i wspólnie zastanowimy się, co dalej ? postanowił i zatrzasnął drzwi od strony Melnidy.
-Nie mogę z tobą jechać, Jim ? broniła się Melinda. - Muszę iść do pracy. Mam dzisiaj sporo spotkań ? wyjaśniła. - Poza tym po południu miałam zanieść dokumenty do sądu.
-Ktoś z twoich pracowników może to zrobić. To ty jesteś szefową, Mel ? powiedział i spojrzał na nią przelotnie. - Zadzwoń i powiedz, że dzisiaj nie przyjdziesz. Niech twoja sekretarka przełoży spotkania ? polecił. - Kiedy dotrzemy na miejsce, opowiesz mi dokladnie przebieg całej rozmowy.
-Dobrze, nie mam siły z tobą walczyć, Spencer ? odrzekła słabym głosem i oparła głowę na siedzenie. Palcami lekko masowała sobie skronie. Myślała, że głowa zaraz jej pęknie. Przeklęta migrena, pomyślała. Zawsze dopadała ją w najmniej odpowiednim momencie. Wzięła telefon do ręki i wybrała numer do kancelarii. Po dróch sygnałach usłyszała głos sekretaki.
-Witaj, Isabello ? przywitała się kobieta. - Mówi Melinda ? powiedziała. - Odwołaj dzisiaj wszystkie moje spotkania ? poleciła. - Powiedz Mattowi, aby zaniósł dokumenty pana Rai do sądu.
    Przez dłuższą chwilę słuchała Isabelli. Swoją drogą nie wiedziała, że zatrudniła osobę tak ciekawską.
-Nie, wszystko w porządku. Po prostu... - Melinda zawahała się i spojrzała na Jima. - Po prostu coś mi wypadło. - Przeproś wszystkich za moją nieobecność i powiedz im, że osobiście się z nimi skontaktuję i umówię następny termin spotkania. - Dziękuję. Do zobaczenia jutro ? powiedziała i rozlączyła się.
-Ciekawa ta twoja sekretarka ? przyznał Jim i odkręcił nieco szybę. Upał dawał się we znaki.
-Stwierdziła, że jeśli jestem chora, chętnie się mną zaopiekuje ? powiedziała Melinda i mimo woli jeden kącik jej ust uniósł się w nieznaczym uśmiechu.
-Dobrze się spisałaś ? pochwalił Melindę Jim. - Póki co lepiej będzie, jak pewne informacje zatrzymamy dla siebie.
-Rzadko zdarza mi się kłamać ? przyznała kobieta. - Dziwnie się teraz czuję.
-To przejściowe ? odparł lekko.
-Jesteś w tym aż takim ekspertem? - spytała i popatrzyła na mężczyznę. - Nie spodziewałam się tego po tobie ? dodała łagodnie. - Na mnie już też wyprobowałeś swoje sztuczki?
-Niestety jesteś na nie odporna, Melindo ? odpowiedział Jim i zerknął na nią, a zobaczywszy, że próbuje powstrzymać uśmiech, dodał. - Już wytarczy. Nabijasz się teraz ze mnie i na dodatek sprawia ci to przyjemność ? rzekł i udał obrażonego.
-Wybacz, musiałam jakoś odreogować ten telefon ? przyznała się.
-Nie martw się, Mel ? powiedział Jim i położył rękę na dłoni kobiety. - Dorwiemy drania.
-Mam taką nadzieję ? odparła i wyjrzała przez okno.
    
    Urwał się dzisiaj wcześniej z pracy. W końcu on był właścicielem i miał do tego prawo. Wsiadł w samochód i odpalił silnik.
    Niiecałą godzinę później zaparkował obok kancelarii. Byłby wcześniej, ale zajechał jeszcze do domu, aby przebrać się w coś bardziej odpowiedniego. Nie mógł przecież pozwolić, by pani adwokar zobaczyła go w ubraniu roboczym.
    Otowrzył drzwi i wszedł do środka. W pomieszczeniu unosił się zapach kawy. Podszedł do biurka i oparł się o nie.
-Czy mógłbym zabrać panią na drugie śniadanie ? zapytał niskim głosem i uśmiechnął się uwodzicielsko.
    Kobieta oderwała wzrok od komputera. Jej twarz rozjaśnił promienny uśmiech.
-Tony! - przywitała syna radośnie. - Co tutaj robisz? - spytała Isabella.
-Miałem nadzieję, że zjemy razem późne śniadanie ? odparł poważnie. - Rano tak wcześnie wyszłaś.
-Zrobiłam sobie mały spacerek ? wyjaśniła kobieta.
-Chcesz mi powiedzieć, że przyszłaś do kancelarii na pieszo? - spytał Tony robiąc wielkie oczy. - Przecież to prawie 6 mil ? powiedział. - Mogłaś mnie obudzić, odwiózłbym cię.
-Daj spokój, moje dziecko. Nie jestem aż taka stara. Trochę ruchu mi się przyda ? odpowiedziała mu matka.
    Wstała i podeszła do szafki. Wysunęła szufladę i zaczęła szukać teczki pana Rai. Lada chwila miał się pojawić Matt, który musiał zanieść dokumentację do sądu.
-Kłamiesz mamo ? odzwał się Tony. - Widziałam, że ostatnio bierzesz lekki na nadciśnienie. Dlaczego nic mi nie powiedziałaś, że masz problemy zdrowotne? - spytał i popatrzył wyczekująco na matkę.
    Isabella odwróciła się w stronę syna i zmierzyła go. Dopiero teraz zauważyła, że Tony ma na sobie czarne spotkanie, białą koszulę i marynarkę.
-Nic mi nie jest, kochanie ? powiedziała i w końcu znalazła to, czego szukała. Z teczką w ręku wróciła do biurka. - Poza tym kto tu kogo okłamuje ? zaczęła. - Chyba nie chcesz wmówić starej matce, że wystroiłeś się tak dla niej.
    Tony przewrócił oczami. Nic nie uszło uwadze Isabelli Black.
-To chyba dobrze, że ładnie wyglądam ? odrzekł. - Nie muszę mieć żadnego powodu.
-Mnie nie oszukasz, Tony. Znam się nie od dziś i wiem, że coś jest na rzeczy ? powiedziała z nutką tęsknoty w głosie. - Muszę cię jednak zmartwić. Melinda wzięła dzisiaj wolne.
    Tony zachował neutralny wyraz twarzy. Nie tak to miało, wyglądać, pomyślał.
-No trudno ? odparł zrezygnowany. - Może innym razem mi się uda gdzieś ją zabrać.
-Na pewno, synku ? pocieszyła go matka.
-Nie wiesz, czemu wzięła sobie dzień wolny? - dopytywał.
-Chyba sprawy prywatne ? wyjaśniła. - Nie była zbyt rozmowna.     
    Tony zamyślił się.
-Miałem rano trochę czasu i przeglądałem rzeczy na strychu ? powiedział.'
    Isabella zamrugała nerwowo.
-Czego tam szukałeś, Tony? - zapytała i spojrzała na syna. W jej oczach przez chwilę można było dostrzec strach.
-Nie takiego. Nudziło mi się i z ciekawości tam zajrzałem ? wyjaśnił i wzruszył ramionami. - Na pewno przywiozłaś wszystkie rzeczy z Nowego Jorku.
-Oczywiście, kochanie. Wiesz przecież, że nasz dom został sprzedamy, więc zabrałam z niego wszystko. Czy coś cię niepokoi? - spytała próbując opanować drżenie rąk.
-Nie, mamo. Oglądałem nasze albumy i wydaje mi się, że kilku brakuje. Tych z mojego dzieciństwa. Nigdzie nie mogłem ich znaleźć ? rzekł Tony. - Może się gdzieś zawieruszyły ? dodał i zastanowił się.
-Tak, tak. Na pewno gdzieś tam leżą ? wyjaśniła pośpiesznie kobieta, a widząc, jak do środka wchodzi Matt, odetchnęła z ulgą.
-Dzień dobry ? przywitał się mężczyzna. - Przygotowała pani dokumenty pana Rai ? zapytał Matt.
-Tak, mam je tutaj ? odpowiedziała kobieta i podała mężczyźnie teczkę.
-Nie będę ci już przeszkadzał, mamo ? odezwał się Tony. - Zobaczymy się w domu. Do widzenia, panu ? pożegnał się i wyszedł.
-Do widzenia ? odarł Matt. - Dziękuję, pani pięknie. - Do ozbaczenia ? powiedział i również opuścił budynek.
    Isabella długo patrzyła jeszcze na drzwi, za którymi zniknął jej syn. Po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Jedna po drugiej. Tym razem ich nie powstrzymywała.




    Kończył pić trzecią kawę, kiedy do gabinetu wkroczyła Lucy. Spojrzał na nią i omało się nie zachłysnął. Zrobił wielkie oczy ze zdumienia. W pierwszej chwili nie poznał swojej partnerki.
    Lucy wyglądała dziś zupełnie inaczej. Miała na sobie białą bluzeczkę i dopasowaną spódniczkę. Włosy spięła spiną i czubku głowy.
    Jim stwierdził, że jego partnerka jest całkiem atrakcyjną kobietą. Gdyby nie spotkał Melindy, może i zainteresowałby się Lucy.
-Witaj, Jim ? przywitała się kobieta i rzuciła torbę na krzesło. - Co to za ważna sprawa, przez którą nie mogłam się wyspać? - zapytała i rozsiadła się wygodnie na krześle. Jej spódniczka podjechała nieco do góry, odsłaniając bardzo zgrabne i kształtne uda.
-Zdaje się, że mam sposób, jak namierzyć zabójcę Clarka i Morgan ? oznajmił i oparł się o fotel.
-Co ty gadasz?! - Lucy niemal krzyknęła. - Masz jakiś nowy trop? Opowiadaj! - poleciła.
-Wobraź sobie, że nasz sprawca skontaktował się z Melindą! - rzekł Jim i na samą myśl o tym zezłościł się. - Kilka razy odebrała od niego głuche telefony, a dzisiaj z nim rozmawiała.
-Głuche telefony? - zdziwała się Lucy. - Przecież nic o nich nie wposminała ? rzekła zdezorientowana Lucy.
-Myślała, że to jakiś wygłupy, rozmiesz? - odparł Jim i gwałtownie podniósł się z krzesła. Zaczął chodzić nerwowo po pokoju. - Przeciż ten drań mógł jej coś zrobić! - krzyknął mężczyzna i spojrzał na Lucy. W jego oczach kryła się rozpacz.
    Lucy podeszła do Jima i położyła mu dłoń na ramieniu.
-Tobie naprawdę na niej zależy, prawda? - zapytała cicho.
-Tak ? przyznał zwięźle. - Tyle, że Melinda jest bardzo uparta. Z trudem namówiłem ją, żeby tu ze mną przyjechała i wszystko dokładnie opowiedziała.
-Zaraz... - zawahała się Lucy. - Melinda jest tutaj?
-Tak, wyszła na chwilę do toalety ? wyjasnił Jim i odwrócił się w stronę Lucy. - Dobrze, że nie widziałaś jej, kiedy rozmawiała z tym mężczyzną ? powiedział cicho Jim. - Sprawia wrażenie bardzo odważnej i samodzielnej. Jednak to, co zobaczyłem dzisiaj, upewniło mnie, że Mel jest także krucha i bezbronna. Ona się boi, Lucy. Nie powie mi tego wprost, ale widzę to i wyczuwam.
    Lucy objęła Jima. Może pochopnie oceniła Melindę, zastanowiła się. Chciała, żeby Jim w końcu ułożył sobie życie. Ta kobieta idealnie do niego pasowała.
-Powiedz Melindzie, co czujesz, Jim ? poleciła mu Lucy. - Nic nie stracisz, a możesz zykać bardzo wiele. Czasami wyjawienie uczuć jest o wiele gorsze niż ich skrywanie. Ale zawalcz o nią, Jim!
    Mężczyzna spojrzał na Lucy i uśmiechnął się ze zrozumieniem.
-Jesteś niezastąpiona, Lucy ? odparł i przytulił ją jeszcze mocniej. - Dziękuję.
    Melinda weszła do środka i przystanęła. Zmarszczyła brwi. Jej oczy zapałały gniewem. Postawiła głośno kubek z kawą na biurko.
-Przepraszam, nie chciałam wam przeszkadzać ? powiedziała niby obojętnym głosem i usiadła.
-Witaj, Melindo ? przywitała się z nią Lucy. - Jim mówił mi, że od pewnego czasu dostajesz głuche telefony ? wyjasniła zakłopotana dziewczyna.
-Właśnie widzę ? odpowiedziała i zlustrowała ich oboje. - Spencer zdążył ci wszystko powiedzieć, czy muszę jeszcze raz wszystko powtarzać? - zapytała Melinda i napiła się trochę kawy.
-Zaraz sobie wszystko wyjaśnimy ? zaczęła Lucy. - Spokojnie, Melindo. Dopilnujemy, by nie stała ci się krzywda ? zapewniła kobietę. - Prawda, Jim? - spojrzała na mężczyznę.
-Naturalnie ? odparł krótko cały czas nie spuszczając wzroku z Melindy.
    Powiedziała do niego Spencer. Mówiła tak, kiedy była na niego albo mocno zdenerwowana albo kiedy się z nim droczyła. W obecnej sytuacji druga opcja odpadała. Czyżby Melindę niezadowolił fakt, że zastała go, jak przytulił Lucy, zastanowił się Jim. W tej chwili żadne inne wyjaśnienie nie przychodziło mu do głowy. Niemożliwe, że Melinda była zazdrosna, pomyślał.
-Melindo, powiesz mi po krótce, o czym rozmawiałaś z rzekomym mordercą? - spytała się spokojnie Lucy i spojrzała na Jima. - Zostaw nas same, proszę ? poleciła i usiadła na jego miejscu.
    Jim posłusznie wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi.
-Melindo, opowiesz mi? - ponowiła pytanie.
    Niech jej będzie, pomyślała Melinda. Im predziej zacznie, tym szybciej będzie miała rozmwę z Lucy z głowy.
-Na początku słyszałam tylko takie głośne sapanie ? zaczęła Melinda. - Dzisiaj z nim rozmawiałam. To był straszne ? przyznała Melinda i zacisnęła powieki.
-Dasz radę, Melindo? - zapytała ze wzspółczuciem Lucy. Zdawała sobie sprawę, że opowiadanie tego od początku może być dla niej ciężkie. - Co ci powiedział, Melindo?
-Powiedział, że musiał to zrobić. Phil mnie skrzywdził i dlatego go zabił ? powiedziała szybko.
-Czy wspomniał coś o Page Morgan? - spytała Lucy i przyjrzała się kobiecie. Melinda była bardzo blada.
-Nie, o Page nic nie powiedział ? odparła. - Ale na koniec dodał coś... - Melinda zawahała się.
-Mów śmiało ? poleciła Lucy. - Naprawdę nie musisz się niczego obawiać, Melindo. Chcemy ci pomóc.
-Mówił, że powinnam pojechać z Jimem do kancelarii i że będzie miał mnie na oku ? wyjasniła Melinda. - To znaczy, że rozmawiając ze mną, widział mnie. On mnie obserwuje, Lucy ? powiedziała drżącym głosem. - Nie mogę w to uwierzyć.
    Lucy wstała z fotela i podeszła do Melindy. Kucnęła na poręczy krzesła i przygarnęła do siebie kobietę.
-Już dobrze, Melindo ? powiedziała i pogładziła ją po włosach. - Wszystko będzie dobrze ? dodała.
-Obiecujesz? - zapytała Melinda i wytarła noc w chusteczkę.
-Oczywiście, masz moje słowo ? przyrzekła Lucy i przyłożyła sobie dłoń do serca.
    Kobietę rozbawił ten gest. Zaśmiała się cicho i spojrzała na Lucy.
-Dlaczego to robisz? - spytała po chwili.
-Robię co? - Lucy nie bardzo wiedziała, co Melinda ma na myśli.
-Jesteś dla mnie taka miła i chcesz mi pomóc ? wyjasniła kobieta. - Przecież zdajesz sobie sprawę, że również jestem zainteresowana Jimem, a pomimo tego nadal jesteś dla mnie taka... - Melinda zastanowiła się. - Taka łaskawa ? dokonczyła.
    Lucy zaśmiała się głośno.
-A to dobre! - krzyknęła i klasnęła w dłonie. - Myślisz, że czuję coś do Jima? - zapytała z rozbawieniem.
-No... tak! - odparła dumnie Melinda. - Widziałam, jak się dzisiaj przytulaliście.
-Melindo, zapewniam się, że ani ja nie czuję nic do Jima ani on nie czuje nic do mnie ? odparła Lucy. - Pracujemy ze sobą ponad siedem lat i po prostu znamy się jak łyse konie. Jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, to zanim weszłaś do środka, rozmawialiśmy o tobie ? wyjaśniła Lucy. - Mówisz, że jesteś spostrzegawcza. Nie zauważyłaś zatem, że Jim oszalał na twoim punkcie?
-Bez przesady ? broniła się Melinda. - Tylko pare razy się pocałowaliśmy ? powiedziała i ugryzła się w język.
    Lucy oparła się o biurko.
-Nie ma się czego wstydzić, Melindo. Jim jest przystojny, ty jesteś atrakcyjna. To zrozumiałe, że zwróciliście na siebie uwagę.
    Melinda zamyśliła się.
-Boję się, Lucy ? przyznała się kobieta. - Boję się, że to może być coś wiecej niż tylko zwyczajne zauroczenie ? dokończyła i popatrzyła w oczy pani detektyw.
-Czego tu się bać, dziewczyno? Zależy ci na nim? - spytała.
-Tak. Jednak czy to nie jest za wcześnie?
-Masz na myśli śmierć męża?
-Właśnie o to mi chodzi. Nie minął nawet rok. Będą mówić, że szybko się pocieszyłam ? wyjasniła Melinda.
-I tylko tym się przejmujesz? - zdziwiła się Lucy i uniosła lekko brwi. - Nic cię z mężem nie łączyło, poza tym byliście w trakcie rozwodu. Na Boga, nie przejmuj się gadaniem innych. Pomyśl o własnym szczęsciu ? nakazała Lucy. - Korzystaj z życia, Melindo.
    Przyjrzała się Lucy uważnie i uśmiechnęła się szczerze.
-Dzięki, Lucy ? powiedziała. - Naprawdę nie jesteś taka zła, jak mi się wydawało na początku ? przyznała się Melinda i spuściła lekko głowę.
-Hej, nie ma się czego wstydzić! - nakazała jej Lucy. - Powiem ci, że też na początku myślałam, że jesteś arogancką, zadufaną w sobie panią adwokat, która nawet nie potrafi zaparzyć sobie herbaty w obawie, że połamie sobie paznokieć.
-Naprawdę tak o mnie pomyślałaś ? spytała z rozbawieniem Melinda.
-Tak ? odparła. - Ale jak widać, często pierwsze wrażenie bywa zgubne. Dlatego radzę ci, Melindo, daj szanę Jimowi. On naprawdę załuguje na ciebie. Bylibyście świetną parą ? powiedziała Lucy i puściła do niej oko.
-A ty dlaczego sobie nikogo nie znalazłaś? - zapytała Mel i spojrzała na Lucy niepewnie. - Przepraszam, jeśli jestem zbyt wścibska ? dodała po chwili.
-Własnie nad tym pracuję ? powiedziała pani detektyw. - Kto wie, może coś z tego wyjdzie. Póki co nie chcę zaprszać ? rzekła z uśmiechem.
-Trzymam kciuki, Lucy ? odparła Mel. - Powiem ci, że tak nowa fryzura doskonale do ciebie pasuje ? przyznała. - No i ten ubiór. Gdybym była mężczyzną, gwizdnęłabym za tobą na ulicy.
    Lucy parsknęła śmiechem.
-Naprawdę myślisz, że wyglądam w tym dobrze? - zapytała niepwenie. - Wydaje mi się, że spódniczka jest nieco za krótka.
-Jest idealna. Masz zgrabne nogi, więc powinnaś je pokazywać! - odpowiedziała szczerze Melinda i spojrzała na zegarek. - Będę się zbierać, bo Jim opróżni cały automat z kawą ? dodała i podniosła się.
-Pomyśl o tym, co ci powiedziałam, Melindo.
-Dobrze, Lucy. Zastanowię się nad tym. Naprawdę miło mi się z tobą rozmawiało ? przyznała.
-I vice versa! Teraz wiem, do kogo się udać, kiedy będę chciała się wygadać ? zażartowała Lucy. - A jeśli chodzi o Jima, to poudawaj jeszcze trochę obrażoną ? nakazała Melindzie. - Niech się chłopak odrobinkę wysili ? powiedziała i zaśmiała się cicho.
-Dobry pomysł ? przyznała ochoczo Mel. - Mam nadzieję, że ta sparwa niedługo się skończy i wszyscy będziemy mogli wrócić do normalnego życia.
-Na pewno tak będzie, Melindo ? odparła Lucy. - W razie czego, zawsze możemy dać ci ochronę.
    Melinda zastanowiła się nad tą możliwością.
-Myślę, że Jim mógłby mieć coś przeciwko, gdyby jakiś mężczyzna miał mnie ochraniać ? powiedziała.
-Melindo, przecież myślałam właśnie o Jimie!
-To zmienia postać rzeczy ? odrzekła. - Do zobaczenia.
-Do widzenia, Melindo ? powiedziała Lucy i zamknęła za kobietą drzwi.




    Melinda weszła do mieszkania. Powiesiła klucze na haczyku i usiadła na taborecie, by zdjąć buty. Przez całą drogę nie odezwała się do Jima ani słowem. Była wdzięczna Lucy za to, że posunęła jej pomysł, by potrzymać go jeszcze trochę w niepewności.
    Musiała przyznać, że myliła się co do pani detektyw. Była zadowolona, że udało im się dojść do porozumienia. Ich rozmowa była całkiem przyjemna.
    Zastanowiła się, czy to co mówiła Lucy na ich temat, faktycznie było prawdą. Czy Jimowi naprawdę na niej zależało? Czy powinna zaryzykować i dać mu szansę? Bardzo tego chciała, lecz nie wiedziała, czy będzie gotowa zaangażować się w nowy związek. Phil przecież zarzucił jej, że nie potrafi okazywać uczuć i jest mało namiętna. Wtedy się tym przejmowała, lecz z biegiem czasu zrozumiała, że to z nim musiało być coś nie tak.    
    W tym samym momencie poczuła, jak Jim staje za nią i obejmuje ją w pasie.
-Nadal jesteś na mnie zła? - szepnął jej do ucha.
    Melinda uśmiechnęła się nieznacznie, lecz Jim nie mógł tego dostrzec.
-Nie powinnaś być o mnie zazdrosna. Choć nie ukrywam, że to był pociąjające doznanie ? powiedział cicho i przcisnął ją mocniej do siebie.
-Skąd pomysł, że byłam o ciebie zazdrosna? - spytała Melinda.
-Nie udawaj, Mel. Widziałem ten błysk w twoich oczach ? wyjaśnił. - No już, daj mi całusa ? polecił.
-Zapomniałeś o czymś, Jim ? upomniała go.
-O czym? - spytał zaskoczony.
-O tym, że dla ciebie nie pracuję i nie będziesz wydawał mi poleceń.
    Jim zamyślił się na chwilę i odwrócił Melindę w swoją stronę tak, że teraz stali twarzą w twarz.
-Wiesz, może to i dobrze ? powiedział i uśmiechnął się łobuzersko.
-Dlaczego?
-Bo byłbym zmuszony do tego, by cię zwolnić ? wyznał.
-Dlatego, że jestem bardzo upartą osobą? - spytała z ciekawością.
-Nie ? odparł krótko. - Dlatego, żebym mogł zrobić to ? dodał i przywarł do jej ust.
    Melinda zachwiała się, lecz Jim przyciągnął ją do siebie. Jej usta były miękkie i zachęcające.
    Zalała go fala pożądania. Oderwał swoje usta od warg Melindy. Spojrzał jej w oczy. Były ciemne.
    Chwycił ją za rękę i pociągnął w stronę schodów.
    Wszedł do sypialni i nie przestając całować Melindy, kopnięciem zamknął drzwi. Wczepił palce w jej włosy i objął ją mocno. Jęknęła cicho, gdy pogłębił pocałunek.
    Popatrzył na nią przelotnie i zobaczył, że Melinda przygląda mu się zaskoczonym, zamglonym zwrokiem. Doszedł do wniosku, że pewnie sama jest zaskoczona tym, jak na niego zareagowała.
-Naprawdę tego chcesz, Mel? - spytał. - Jeszcze możesz się wycofać.
    Przygryzła dolną wargę, po czym oblizała ją w nieświadomie.
    Ten gest rozpalił go jeszcze bardziej.
-Nie chce, być potem czegoś żałowała.
-Niczego nie będę żałować, Jim ? odparła. Przystawiła usta do jego ucha. - Pragnę cię, detektywie ? wyznała szeptem.
    Jim pocałował ją ponownie. Tym razem pocałunek był znacznie delikatniejszy. Melinda wyczuła zmianę. Miała wrażenie, że Jim całuje ją tak, jakby to miałby być ich pierwszy i ostatni pocałunek. Włożył w niego całą swoją pasję i namiętność. Cóż, po częsci to była prawda.
    Powoli rozpinął guziki jej bluzki, jednocześnie prowadząc ją w stronę łóżka.




Rozdział szósty




    Pierwsze promienie słońca zakradły się do sypialni niczym złodziej.
    Jim poruszył się nieznacznie i otworzył oczy. W pierwszej chwili nie zdawał sobie sprawy, gdzie się znajduje. Rozejrzał się po pokoju. Nagle jego wzrok padł na porozrzucanie ubrania. Każda część garderoby była w innej części pokoju. Mężczyzna przypomniał sobie minioną noc i uśmiechnął się na samo wspomnienie. Przekrcił głowę w lewo i z zadowoleniem stwierdził, że Melinda nadal śpi obok niego. To nie był sen, ucieszył się. To wydarzyło się naprawdę. Poczuł w klatce piersiowej błogie uczucie.
    Westchnął cicho tak, by przypadkiem nie obudzić Melidny. Wsparł się na łokieć i położył głowę na dłoni. Przyglądał się śpiącej Melindzie. W tej chwili wydała mu się taka delikatna i bezbronna. W rzeczywistości była istnym wulkanem energii, o czym mógł się przekonać w nocy.
    W swoim życiu miał niewiele kobiet. Zresztą zawsze wiedziały, że nie powinny liczyć na zbyt wiele z jego strony. Był przeważnie w związkach otwartych. Potrzebował wolności. Nie wyobrażał sobie, że można tak bardzo kogoś pragnąć, że zechce się spędzić z tą osobą resztę życia. Do czasu, aż poznał Melindę. Wywróciła jego uporządkowany świat do góry nogami. Czuł się trochę zagubiony. Nie wiedział, jak ma teraz postąpić. Zawsze miał problem z wyznawaniem uczuć.
    Przy Melindzie czuł się wspaniale. Mógłby spędzać z nią każdą wolną chwilę, pomyślał. Ta kobieta była wyjątowa. Mógł się przy niej otworzyć. Nie musiał nikogo udawać. W jej towarzystwie był po prostu sobą.
    Zdał sobie sprawę, że chce z nią być, chce stworzyć z nią dom, rodzinę. Pragnie tego z całego serca. W końcu się do tego przyznał, stwierdził. Zastanawiał się, czy Melinda czuje podobnie. Czy także chciałaby się z nim związać?
    Kobieta przekręciła się i spojrzała wprost w oczy Jima. Uśmiechnęła się i przeciągnęła jak kotka. Kołdra osunęła się na dół, odsłaniając jej jędrne, kształtne piersi. Melinda przysunęł się do Jima i pocałowała go namiętnie w usta.
-Długo mi się tak przyglądasz? - zapytała i oparła głowę o jego tors.
-Dość długo, jednak to mi wciąż nie wystarcza ? powiedział i spojrzał na nią poważnie. - Jak się spało w moim towarzystwie? - spytał i pogłaskał ją po włosach.
-Było bardzo przyjemnie, jednak masz małą wadę ? wyznała i uśmiechnęła się, ukazując równe, białe ząbki.
-Niemożliwe?! - odaprł zaskoczony. - Co masz na myśli?
-Zabierałeś mi w nocy kołdrę ? wyjasniła, udając wzburzenie.
    Jim popatrzył na nią i zmrużył oczy.
-To niedobrze ? przyznał. - Rozumiem, że oczekujesz rekompensaty.
-Oczywiście! W nocy bardzo zmarzłam i pomyślałam sobie, że może mógłbyś coś na to zaradzić ? odparła i zamrugała rzęsami kokieteryjnie.
    Jim wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem! - krzyknął i zaczął całować jej usta.





    Słońce świeciło dziś niemiłosiernie. Upał był nie do zniesienia. Założyła okulary przeciwsłoneczne, lecz na niewiele się to zdało. Prowadziła już ponad trzy godziny. Miała nadzieję, że w końcu podjęli właściwy trop i choć trochę zbliżą się do wyjaśnienia tych morderstw. Była niemal pewna, że Pahilipa Clarka oraz Page Morgan zabiła ta sama osoba.
    Bob siedział obok Lucy. Szybę miał odkręconą na maksa, lecz i tak wachlował się jakąś zwiniętą w rulonik ulotką. Wciąż był zły na Lucy, że nie pozwoliła mu poprowadzić. Rozumiał, że był to jej samochód, jednak uważał, że przesadza. Popatrzył na nią i stwierdził, że kiedy marszczy lekko nosek, jest jeszcze piękniejsza.
    Lucy wpadła mu w oko już pierwszego dnia, kiedy zaczął pracę w biurze detektywa Spencera. Od pięciu lat bezskutecznie starał się zaprosić ją na kolację. Zawsze grzecznie i kulturalnie odmawiała, mówiąc, że nie jest nim zainteresowana.
    Jednak się nie podda, postanowił Bob. Predzej czy później Lucy będzie jego.
-Na pewno sądzisz, że damy sobie radę bez Jima? - zapytał po dłuższej chwili milczenia.
    Lucy skupiła się na drodze. Nie chciała przegabić skrętu do Portland.
-Oczywiście, Bob. Jim nie jest nam do niczego potrzebny ? odparła i z zadowoleniem przeczytała na tablicy, że od wybranego celu dzielą ich tylko 4 mile. - Musimy sprawdzić ten trop z Jackmanem. Ten człowiek ma niejedno na sumieniu.
-Uprzedziłaś tą kobietę, że złożymy jej wizytę? - spytał Bob i odkręcił butelkę wody niezagowanej. - Chcesz się napić, Lucy?
    Wzięła od niego wodę i wypiła prawie pół butelki. Czuła, że już dlugo nie wytrzyma w tym skwarze. Dobrze, że nie nałożyła dziś makijażu. Inaczej Bob miałby niezły ubaw.
-Tak, rozmawiałam z mężem tej kobiety ? opdowiedziała. - Spójrz do teczki i przypomnij mi, jak się nazywała.
    Mężczyzna posłusznie spełnił jej polecenie. Prześledził wzrokiem tekst i znalazł to, czego szukał.
-Alice Roberts ? powiedział z dumą, jakby co najmniej odkrył eliksir młodości.
-Brawo, Cooper ? pochwaliła go Lucy i uśmiechnęła się sztucznie.
    Co ją podkusiło, żeby zabrać właśnie Boba do Portland. Mogła się spodziewać, że w dalszym ciagu będzie ją podrywał. Lubiła go, jednak czasem miała dość jego towarzystwa. Bob bywał wręcz czasem namolny.
    Skręciła w prawo i minęła tabliczkę z nazwą Witamy w Portland .
    Całe szczęście, że Alice Roberts mieszkała zaraz na wjeździe. Zjechała w wąską uliczkę w znalazła się na osiedlu domków jednorodzinnych. Wszystkie wyglądały identycznie. Lucy zastanawiała się, czy zdoła znaleźć właściwy. Na wszelki wypadek zwolniła i przyglądała się numerom.
-27b ? podpowiedział jej Bob.
-Dzięki, to akurat zapamiętałam ? opowiedziała i zerknęła na swojego towarzysza. - To tu ? wskazała palcem na mały, żółty domek.
    Zaparkowała na podjeździe i wysiadła z samochodu.
    Bob poszedł w jej ślady.
    Weszli na niewielkie podwórko. Dom nie był ogrodzony żadnym płotem, zresztą jak większość budynków na tym osiedlu. Na trawniku leżały porozrzucane zabawki.
    Podeszli do frontowych drzwi. Lucy nacisnęła drzonek. Po chwili oboje usłyszeli głośny pisk. Widocznie ktoreś z dzieci Alice daławo się we znaki. Krzyk przybierał na sile i zdawało im się, że jest coraz bliżej nich. Po chwili drzwi otworzyły się i ujrzeli w nich młodą kobietę. Na biodrze trzymała śliczną dziewczynę, ktora uśmiechała się słodko.  W ręku miała brązowego misia. Dziewczynka trzymała go kurczowa, jakby bała się, że zaraz ktoś go jej odbierze. Zabawka czasy świetności miała już dawno za sobą. Prawe ucho było oderwane.
    Kobieta uśmiechnęła się do gości i zaprosiła ich do środka. Zaprowadziła ich do malutkiego saloniku. Był urządzony jak na obecne czasu dość staromodnie, jednak panował w nim ład i porządek.
-Proszę, niech państwo usiądą ? poleciła kobieta. - Czy zrobić coś do picia? - zapytała się i posadziła swoją córkę na fotelu. - Bądź grzeczna, Phobe ? nakazła dziewczynce i pocałowała ją w czubek głowy.
-Proszę nie robić sobie kłopotu ? odpowiedziała Lucy. - Nie zajmiemy pani zbyt wiele czasu.
    Kobieta spojrzała na nich niepewnie i usiadła naprzeciwko Boba.
-Mąż wyszedł ze starszym synem do parku ? wyjaśniła. - Chociaż myślę, że chciał zostawić mnie samą i dać mi trochę prywatności ? stwierdziła po chwili.
-Wiem, że powrót do przeszłości bywa bolesny, ale jest pani naszą jedyną deską ratunku ? przyznała się Lucy. - Zechce nam pani pomóc? - zapytała.
-Postaram się ? odrzekła kobieta.
-Proszę nam powiedzieć, jak poznała pani pana Jackmana ? poleciła Lucy.
    Kobieta oparła się o fotel i przymknęła oczy. Po chwili otworzyła je i popatrzyła na swoją córkę.
-Był moim lekarzem prowadzącym, kiedy chodziłam w ciąży z Phobe ? zaczęła. - Zawsze miał nienaganne maniery. Lubiłam go. Nie mogłam mu nic zarzucić. Przez cały okres ciąży czuwał nade mną.
-Kiedy zmieniła pani swój stosunek do doktora Jackmana? - spytał Bob. - Proszę nam o tym opowiedzieć.
-Miesiąc po urodzeniu Phobe poszłam do niego na wizytę kontrolną ? wyjaśniła. - Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy doktor miał wykonać badanie ? urwała i mocno ścisnęła poręcz fotela.
-Co działo się dalej? - dopytywała Lacy. - Spokojnie, pani Roberts.
-Nie pamiętam tego momentu zbyt dokładnie, ale kiedy odzyskałam przytomność nadal leżałam na kozetce. Czułam straszny ból w okolicach... w okolicach intymnych ? powiedziała i otarła łzę. - Próbowałam usiąść, ale strasznie kręciło mi się w głowie.
-Wie pani, jak długo tak leżała? - spytał Bob.
-Godzinę, może dwie ? odparła Alice. - Wtedy z gabinetu obok wyszedł doktor i powiedział, że teraz jesteśmy kwita. Zapytałam, co ma na myśli, lecz on odparł, że chyba nie myślałam, że opiekował się mną tak bezinteresownie.
-Zgwałcił panią ? powiedziała Lucy.
-Tak.
-Zgłosiła pani sprawę do sądu ? zaczęła Lucy.
-Mąż mnie na to namówił. Powiedział, że nie można tak tego zostawić. Posłuchałam się go.
-Bardzo dobrze pani zrobiła ? przyznał Bob. - Jednak w dokumentacji pana Jackmana nie ma żadnej wzmianki o tym, że siedział w więzieniu ? dodał.
-Bo nie ma prawa jej tam być. Jackman wyszedł za kaucją. Dostał tylko upomnienie czy coś w tym rodzaju ? odparła. - Nie wiem, nie znam się na przepisach ? powiedziała. - Podobno sędzia był jego dobrym znajomym. Trzy razy zmienialiśmy miejsce zamieszkania, lecz za każdym razem mnie znalazł. Wysyłał listy miłosne, kwiaty, drogie prezenty ? wyliczała. - Nie przejmował się tym, że mam męża i dzieci. Był głuchy na moje błagania, by dał mi spokój.
    Phobe zaczęła coś mówić po swojemu do misia. Spojrzała na Lucy i jej bladą twarzyczkę rozjaśnił słodki uśmiech.
-Myślę, że moja odmowa była dla niego pewnego rodzaju bodźcem ? zaczęła. - Im bardziej zdawał sobie sprawę, że nie mogę być jego, tym częściej mnie nachodził i wyznawał miłość.
-W jaki sposób zniknął z pani życia? - zadała pytanie Lucy.
-Po prostu któregoś dnia dostałam od niego list. Pisał w nim, że byłam jego największą pomyłką. Powinnam się cieszyć, że pozwolił mi żyć dalej z rodziną. Podobno znalazł prawdziwą miłość i jest szczęśliwy ? wyznała.
-Czy ma pani jeszcze ten list?
-Nie, wszystko co było znim związane, już dawno spaliłam ? odpowiedziała zgodnie z prawdą.
-Pani Robierts, czy Jackman groził pani śmiercią? - spytał Bob.
-Zdarzyło mu się to kilka razy. Czekał na mnie, gdy wychodziłam z pracy, odbierałam dzieci z przedszkola. Groził mi wtedy, że jeśli nie zostawię mojej rodziny, to mnie zabije ? wyjaśniła.
-Czy dokładnie tak pani powiedział, że panią zabije? - dopytywał Bob.
-Tak, to były jego słowa, detektywie.
    Kobieta spojrzała na swoją córkę i zawahała się przez moment.
-Kiedy zostawił mnie w spokoju, razem z moim znajomym policjantem przeszukaliśmy jego mieszkanie ? zaczęła kobieta. - W szafie miał małe pudeło, w którym znajdowały się wszystkie kopie listów, które przez ten czas do mnie wysyłał. Może ta informacja na coś się państwu przyda ? dodała kobieta i uśmiechnęła się słabo.
-Co się stało z tymi listami? - spytała Lucy.
-Też zostały zniszczone. Nie chciałam, by ktokolwiek dowiedział się o tym, co mnie spoktało. Pisał w nich o bardzo intymnych sytuacjach, w których rzekomo mielibyśmy się kiedyś znaleźć ? wyjasniła.
-Czy znała pani Page Morgan, pani Roberts? - spytała Lucy dla pewności.
    Kobieta zamyśliła się.
-Osobiście nie znałam tej kobiety. Ale zdaje mi się, że właśnie tego imienia użył Jackman, pisząc mi, że jest teraz zakochany.
-Czy w tym liście była jeszcze jakaś wzmianka o Page Morgan? - zadał pytanie Bob. - Proszę sobie przypomnieć, to bardzo ważne ? polecił i spojrzał na Alice wyczekująco.
-Niestety nie mogę państwu więcej pomóc. W liście napisał, że pomylił się co do mnie. Teraz jest zakochany, a Page odwzajemnia jego uczucia. Tak to właśnie ujął ? powiedziała.
    Wychodzili o Alice Roberts z całkiem sporym zasobem informacji. Jeśli ta kobieta faktycznie miała rację i Jackman gromadził wszystkie kopie listów do swoich ofiar, to nareszcie zagadka by się wyjaśniła. Musiała tylko załatwić nakaz przeszukania jego mieszkania. Miała nadzieję, że tym razem podjęła właściwy trop.
    Wyjęła z kieszeniu telefon i wybrała numer Jima. Czas najwyższy powiedzieć mu, czego się dowiedziała od pani Roberts, pomyślała i wcisnęła zieloną sluchawkę.




    Wszedł do biura detektywa Spencera mocno zdenerwowany. Czy to możeliwe, że dowiedzieli się prawdy, zastanawiał się Peter. Przecież tak dokładnie usunął wszystkie ślady. Nie mieli więc powodu, by go tu wzywać. A jednak coś było na rzeczy. Bez powodu nie mogli go ściągać z dyżuru.
    Dłonie miał spocone. Telefon od Spencera wyprowadził go z równowagi.
    Jego kartoteka powinna być nieskazitelna, stwierdził. Dał niemałą sumę pieniędzy, by wszystko się w niej zgadzało. Był lekarzem i nie mógł sobie pozwolić, by jego opinia publiczna została nadszarpnięta. Straciłby uznanie w oczach swoich pacjentów. Już i tak tamta sprawa zmusiła go do tego, by się zmienił miejsce zamieszkania.
    Spojrzał na rozgardiasz, jaki panował w pomieszczeniu. Detektyw był tak ceniony w Filadelfii, a nie stać go było nawet, na biuro w jakiś porządniejszym miejscu, zauważył złośliwie.
    Usiadł na krzesełku obok pokoju detektywa i czekał cierpliwie na swoją kolej.
    Każdy ma w swoim życiu coś, co najchętniej wymazałby z pamięciu. Po latach zrozumiał swój błąd. Zmienił się.
    Na dodatek jacyś obcy ludzie przeszukiwali jego mieszkanie. Dobrze, że poprzedniego dnia wszystko posprzątał. Zastanawiał się, czy zamknął szafę na klucz. Chyba nie będą na tyle głupi, by niszczyć mu meble, pomyślał.
-Ile razy mam powtarzać, że ta stara była martwa, jak się włamałem?! - krzyknął ktoś za drzwami. Nagle uchyliły się one szeroko i z pokoju wyszedł nastolatek. Jego ciało pokryte było niemal w całości tatuażami oraz kolczykami. Na czubku głowy miał wygolone dwa wąskie paski. Musiały coś oznaczać, bo jeden z z jego tatuaży miał identyczny kształt. Oczy chłopaka podkreślone były ciemną kreską. Widocznie używał eyelinera.
    Jim stanął w drzwiach i z zrezygnowaniem pokiwał głową.
-Zapraszam do gabinetu ? powiedział do Jackmana.
    Peter wszedł do środka. Ze zmutkiem stwierdził, że w pomieszczeniu prócz Spencera znajdowała się jeszcze ta cała detektyw Milano. Wielka szkoda, pomyślał. Nawet, gdyby faktycznie Spencer dokopał się do tego przeszłości, może udałoby się jakoś uciszyć całą sprawę. W końcu byli dorosłymi ludźmi i zapewne znaleźliby wspólnie jakieś rozwiązanie. Na pewno obaj byliby usatysfakcjonowani. Niestety obecność tej kobiety wszystko popsuła. Peter nie mógł przystapić to realizaji swojego planu, kiedy ta mała, czarna była w pobliżu. Rzadko się odzywała, jednak wiedział, że jest znakomitym obserwatorem i nic, nawet najdrobniejszy gest nie ujdzie jej uwadze.
-Proszę, niech pan usiądzie ? rzekł Jim i wskazał Peterowi miejsce. - Domyśla się pan, o czym chcemy rozmawiać? - spytał Jim. Miał nadzieję, że Jackman zmięknie i zaraz wszystko sam im wyśpiewa. Przynajmniej zaoszczędziliby czas, pomyślał z nadzieją. Oby tylko chciał współpracować. Inaczej zamknie go. Ma do tego pełne prawo. Dowody, jakie znaleźli przeciwko niemu, w zupełności wystarczą. Ciekawe, czy Jackman zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. W swoim mieszkaniu wydałał się taki cichy i wystraszony. Jednak jest nie tylko dobrym lekarzem, lecz jeszcze lepszym aktorem, pomyślał Jim. - Panie Jackaman, czy chce nam pan o czymś powiedzieć? - ponaglił go Jim.
-Powiedziałem już wszystko. Nie mam nic do dodania ? oznajmił mężczyzna i spojrzał prosto w oczy detektywa. - Niech państwo przejdą do rzeczy, bo prawdę mówiąc, troszkę mi się spieszy.
    Jim odsunął jedną z szuflad w biurku. Wyjął z niej niebieską teczkę i rzucił prosto pod nos Jackmana.
-Czytaj to! - nakazał głosem nieznoszącym sprzeciwu. - Może pamięć ci powróci ? dodał po chwili.
    Peter otworzył teczkę. W pierwszej kolejności wysypały się z niej zdjęcia. Powinien się spodziewać, że prędzej, czy później do tego dotrą. Mógł im powiedzieć już wtedy, kiedy byli u niego pierwszy raz. Co on sobie myślał, że przesłość można tak zwyczajnie wymazać z życiorysu? Niestety tak to nie działało.
-Przysięgam, że to nie ja zabiłem Page ? powiedział i z impetem zamknął teczkę, po czym przesunął ją w stronę Spencera.
-To się jeszcze okaże ? odezwała się Lucy i podeszła bliżej. - Zdajesz sobie sprawę, Jackman, że na chwilę obecną możemy postawić ci zarzut zamordowania Page Morgan? - spytała i nachyliła się nad mężczyzną.
-Już mówiłem, że nie zabiłem Page! Poza tym i tak nic nie możecie mi zrobić. To nie są wystarczające dowody ? powiedział do nich głosem pełnym determinacji. - Nie wsadzicie mnie do pudła!
-Wiesz co, Jakcman? Moim zdaniem powienieś iść już siedzieć w momencie, kiedy Morgan oskarżyła cię o molestowanie seklualne podczas padania ginekologicznego ? rzekla Lucy. - Komu dałeś w łapę?! - zapytała, a nie widząc żadnego odzewu z jego strony, trzasnęła dłonią o biurko. - No komu?! Nie słyszysz, co do ciebie mówię?!
-Nie zrobiłem nic złego ? odpowiedział po chwili milczenia. - Sama tego chciała ? stwierdził. - Do niczego nie zmuszałem ani Morgan ani innych moich pacjentek. Same do mnie lgnęły ? wyznał.
-Tak? - zapytał z powątpieniem Jim. - Chyba coś jednak było na rzeczy, Jackman, skoro po drugim oskarżeniu nagle opuściłeś miasto, złożyłeś wypowiedzenie w pracy. Chyba musiał być jakiś powód, prawda? - spytał.
    Patrzył na niego przez moment, a kiedy stwierdził, że Jackman nie zamierza się wypowiadać na ten temat, kontynuował.
-Powiem ci jak było ? powiedział Jim. - Zostałeś oskarżony o molestowanie swoich pacjentek. Z czego mi wiadomo, niejaka Alice Roberts oskarżyła cię o gwałt. Nie chciałeś, żeby sprawa ujrzała światło dzienne, więc zatarłeś wszelkie ślady i po prostu zniknąłeś. Chciałeś zacząć nowe życie i przeniosłeś się tutaj. Dostałeś pracę i wszystko szło świetnie do momentu, kiedy Page Morgan została twoją pacjentką.
-Skąd macie pewność, że byłem jej lekarzem? - zapytał Peter z drwiną w głosie.
-Nie tylko ty masz wejścia w niektórych miejscach, Jackman ? odparła Lucy. - Mamy pełną dokumentację twoich pacjetów. Page Morgan chodziła do ciebie na kontorlne wizyty. Była młodą, atrakcyjną kobietą, więc dlaczego nie miałeś wykorzystać okazji. Na początku postępowałeś bardzo ostrożnie ? powiedziała Lucy. - Potem wprowadziła się do budynku, w ktorym mieszkałeś ty, więc miałeś pole do popisu. Spotkaliście się pare razy, a kiedy dała ci do zrozumienia, że nie jest tobą zainteresowana, wpadłeś w obsesję ? dokończyła.
-Jesteś śmieszna, laleczko ? odrzekł i prychnął.
    Jim w mgnieniu oka znalazł się przy nim. Złapał Petera za kołnierz i poniósł do góry, tym samym utrudniając mu dostęp powietrza.
-Chyba posunąłeś się za daleko, Jackman ? upomniał go Jim. - Przeproś ? polecił. - No już! - nakazał po chwili milczenia.
-Prze-przeprasz-szam ? wysyczał Jackman.
    Jim puścił go i tamtem opadł na krzesło. Złapał się za szyję i z trudem łapał powietrze.
-Nic więcej nie powiem bez mojego adwokata ? zastrzegł mężczyzna.
-Masz do tego prawo. Póki co jesteś zatrzymany na 48 godzin ? wyjaśnił mu Jim. - Wiemy już większość, Jackman, więc radziłbym współpracować.
-Gówno wiecie! - odpowiedział tamten.
-Miałeś się już nie odzywać ? przypomniała mu Lucy.
    Jim wyjrzał na korytarz.
-Harry, zabierz go stąd ? krzyknął Jim.
    Jackman zobaczył, jak do pokoju wchodzi szczupły mężczyzna o mysich wsłosach. I niby on ma nade mną sprawować kontrolę, pomyślał Peter i prychnął lekceważąco.
    Nich i będzie. Dzisiaj zgodzi się, na co tylko będą chcieli. Ale to jeszcze nie koniec. Nie podda się tak łatwo. Byle jaka szumowina nie wsadzi go więzienia. Jest za poważnym człowiekiem, by iść siedzieć.
    Nie odpuści im, pomyślał. Jeszcze będą go przepraszać. Pożałują, że z nim zadarli.
    Jim popatrzył na Lucy. W tej samej chwili odezwał się telefon. Podniósł słuchawkę i przez chwilę słuchał uważnie.
-Nie znaleźliście nigdzie klucza? - spytał i podrapał się po brodzie. - Rozwalcie ją. Albo nie, poczekajcie ? polecił. - Za półgodziny przyjadę ? dodał i rozłaczył się.



    Melinda zaparkowała pod biurem Jima i przejrzała się lusterku. Nie mogła czekać do wieczora. Chciała go zobaczyć już teraz.
    Wysiadła z samochodu i przerzuciła torebkę przez ramię. Włożyła okulary we włosy i przeczesała włosy palcami.
    Weszła do środka i ruszyła do gabinetu Jima. Dla pewności zerknęła na jego sekretarkę. Siedziała za biurkiem ze zwrokiem utkowinym w jakimś czasopiśmie dla pań.
    Zastanawiła się, czy Isabella robi to samo pod jej nieobecność. Uśmiechnęła się do siebie. Nie, ta kobieta nie wygląda na taką, która lubi czytać gazety.
    Podeszła do biurka i oparła dłonie o blat.
-Dzień dobry, Mandy ? przywitała się. - Czy detektyw jest u siebie w gabinecie? - spytała i spojrzała wyczekująco na kobietę.
    Mandy uniosła wzrok znad gazety i przyjrzała się Melindzie niechętnie.
-Wyszedł ? odparła krótko i wróciła do artykułu.
-Hm... - zawahała się Melinda. - A nie wiesz, kiedy wróci?
    Kobieta westchnęła głęboko i odłożyła gazetę na biurko.
-Nie wiem! Idź już ? ponagliła ją. - Nie widzisz, że jestem zajęta?!
    Właśnie widzę, pomyślała Melinda.
-Mogłabyś przekazać Jimowi, że tu byłam? - poprosiła.
-Jasne ? odpowiedziała i prychnęła.
    Melinda ruszyła do wyjścia.
-Suka! - usłyszała po chwili głos Mandy.
    Zawróciła się i uderzyła dłonią w blat biurka.
-Co ty powiedziałaś?! - zapytała gniewnie.
-Nic nie mówiłam. Musiałaś się przesłyszeć -odparła Mandy i uśmiechnęła się słodko.
-Wiem, co słyszałam! - krzyknęła Melinda. Kilka osób z zaciekawieniem podniosło głowy zza dokumentów. - Nie życzę sobie, byś kierowała do mnie tego typu słowa, rozumiesz? Nie masz prawa tak się do mnie zwracać! - zastrzegła i pogroziła kobiecie palcem. - W przeciwym razie inaczej sobie porozmawiamy, Mandy!
-Czy ty mi grozisz?! - spytała ze zdziwieniem. - A jeśli się nie posłucham? Co wtedy? - dodała. - Zabijesz mnie tak jak swojego męża i jego narzeczoną? - zapytała z drwiną.
    Krew odpłynęła z twarzy Melindy. Cieszyła się, że nie jest w tym pomieszczeniu sam z Mandy. Inaczej chyba by się na nią rzuciła. Jak tak kobieta śmiała posądzać ją o coś takiego!
-Co tak na mnie patrzysz, złociutka? - zapytała z drwiną. - Detektywa Spencera możesz oszukiwać, ale ja nie jestem taka głupia ? stwierdziłaś. - Twój mąż miał kasy jak lodu, więc go sprzątnęłaś. Zostawił cię dla kobiety, która była od ciebie bardziej wartościowa. Nie mogłaś się z tym pogodzić, zatem zamordowałaś i tą biedną dziewczynę! - krzyknęła. - Nie masz serca, kobieto!
-Ty nic nie wiesz ? powiedziała cicho Melinda. - Wy nic nie wiecie! - krzyknęła i wybiegła z pomieszczenia.
    W drzwiach zderzyła się z jakimś mężczyzną. Odwróciła się w jego stronę. Jej oczy były pełne łez.
-Przepraszam ? rzekła i chciała wyjść na zewnątrz, lecz nieznajomy przytrzymał jej ramie.
-Melindo, co się stało? - spytał. - Hej, spójrz na mnie ? polecił. - To ja, Tony ? dodał po chwili.
    Kobieta popatrzyła na niego smutnym wzrokiem.
-Chodź, zaprowadzę cię do samochodu ? powiedział i wyprowadził Melindę z budynku.
-Nie mam ochoty nigdzie jechać ? odparła. - Szłyszałeś, co powiedziała do mnie ta kobieta?! - zapytała. - O co mnie oskarżyła?!
-Doleciały do mnie pojedyncze wyrazy ? wyjaśnił. - Muszę ci powiedzieć, że świetnie sobie z nią poradziłaś ? pochwalił Melindę Tony. - Tu niedaleko jest park, chcesz się przejść? - spytał i złapał ją pod rękę.
-Chętnie ? zgodziła się Mel.
    Szli w milczeniu.
-W ogóle sobie nie poradziłam ? powiedziała po chwili. - Ta kobieta oczerniała mnie przy wszystkich pracownikach, a ja stałam i nic z tym nie zrobiłam ? przyznała się. - Przecież jestem adwokatem. Na sali sądowej jeszcze nikt nie wyprowadził mnie z równowagi. Zawsze starałam się zachować spokoj w takich momentach. Zawaliłam, Tony ? powiedziała i usiadła na ławce.
-Nieprawda, Melindo ? zaprzeczył i zajął miejsce obok niej. - Powiedziałaś jej kilka słów. Uwierz mi. Z takimi osobami lepiej nie dyskutować i tak wiedzą swoje. Żadne argumenty nie przykonają ich do zmiany zdania.
-Dziękuję, że ze mną zostałeś ? szepnęła i oparła się o jego ramię.
    Mężczyzna objął ją delikatnie i lekko kołysał.
-W życiu spotkasz jeszcze wielu ludzi, którzy pomimo wszystko będą do ciebie nastawieni wrogo ? wyznał. - Trzeba przyjmować świat taki, jaki daje nam Bóg.
-Pięknie powiedziane ? przyznała szczerze i zamyśliła się.
-Mam nadzieję, że nie uwierzyłaś w to, co powiedziała o tobie ta cała Mandy ? odezwał się i spojrzał na Melindę. - Jesteś wartościową kobietą. Wydaje mi się, że sama siebie nie doceniasz.
-Znasz mnie tak krótko, a mimo to szybko mnie rozszyfrowałeś ? odparła i uśmiechnęła się mimo woli.
-Mama mi zawsze powtarzała, że zawsze trzeba w siebie wierzyć ? powiedział Tony. - Jeśli sami w siebie zwątpimy, inni wykorzystają naszą słabość.
-Twoja mama jest bardzo mądrą kobietą ? odrzekła. - Ciesz się, że możesz z nią porozmawiać ? dodała smutnym głosem.
-Twoje relacje z mamą są nie najlepsze? - spytał Tony z ciekawośią.
-Moja mama nie życie od siedmiu lat ? odparła szybko.
-Przepraszam ? bronił się mężczyzna. - Nie wiedziałem.
-Nic się nie stało. Miałeś prawo nie wiedzieć ? przyznała i uśmiechnąła się blado.
-Bardzo ją kochałaś, prawda?
-Tak. Była moja najlepszą przyjaciółką ? rzekła Melinda. - Kiedy umarła, byłam na ostatnim roku studiów ? dodała.
-Musiało być ci bardzo ciężko po jej śmierci.
-Kiedy od nas odeszła, miałam wrażenie, jakby zabrała ze sobą cząstkę mnie samej ? wyznała szczerze Melinda. - Byłam na nią zła za to, że nas zostawiła.
-Strata osoby, którą się kochało na zawsze odciska piętno w naszym sercu ? odparł Tony. - Z tatą często się widujesz?
-Nie ? odrzekła krótko. - Tata jest marynarzem, więc praktycznie nie ma go w domu. Widzimy się kilka razy na rok. Ale bardzo go kocham ? dodała.
-Musiałaś mieć naprawdę udane dzieciństwo ? przyznał. - Nie żałujesz, że nie masz rodzieństwa? - zapytał i spojrzał na nią z zaciekawieniem. - Przepraszam, z rozmowy tak wynika. O nikim więcej nie wspominałaś ? wyjaśnił.
    Melinda zaśmiała się cicho.
-Zawsze chciałam mieć młodszego brata ? powiedziała po chwili. - Nawet nie wiesz, jak bardzo prosiłam o to rodziców. Pamiętam, że tata patrzył na mamę z tesknotą, jednak ona
ucinała temat ? stwierdziła Melinda. - Zawsze mi powtarzała, że ja jednak jej w zupełności wystarczę.
    Tony spojrzał na plac zabaw, który znajdował się obok. Na huśtawce bujał się właśnie jakiś chłopiec. Obok niego stała młoda kobieta, która coś do niego mówiła. Chłopiec pokiwał przecząco główką i rozhuśtał się mocniej. Tony usmiechnął się ze zrozumieniem. Ile razy on nie słuchał matki, zastanawiał się.
-Powinnam już wracać ? powiedziała nagle Melinda i podniosła się z ławki. - Dziękuję za rozmowę.
-Polecam się na przyszłość ? odrzekł i przytulił Melindę. - Naprawdę nie przejmuj się tą kobietą. Niedługo wszystko się wyjaśni i wrócisz do normalnego życia.
-Obyś miał rację ? odpowiedziała. - Do widzenia, Tony ? pożegnała się i ruszyła w stronę samochodu.
 -Do widzenia, Melindo ? krzyknął za nią Tony i ponownie usiadł na ławce.





Rozdział siódmy




     Dochodziła dwudziesta pierwsza, kiedy Jim z Lucy wrócili do biura. Po ich minach można było odgadnąć, że są w doskonałych nastrojach.
    Lucy usiadła na biurku. Zjęła buty i wyprostowała nogi. Miała dość. Była wykończona. Przez cały dzień stała w ponad trzydziestostopniowym upale i pilnowała, by  żaden z fotoreporterów nie dostał się do mieszkania pana doktora. Na szczęście nie poszło to na marne.
    Otworzenie szafy okazało się nielada wyzwaniem, bowiem Jackman zamontował podwójne zamki.
    Po kilkunastu probach Bob rozwalił drzwiczki i dostali się do środka.
    Po zawartości mogła stwierdzić, że doktor Jackman był pedantem. Koszule wisiały równikto. Powieszone były kolorystycznie, zaczyznając od białych, a kończąc na czarnych.
    Jim odsunął wszystkich i zaczął sam przeszukiwać szafę. W pewnej chwili jego twarz rozjaśnił promienny uśmiech. Sięgnął głębiej i wyciągnął niewielkie pudełko.
    Dobrze, że odważyła się porozmawiać z Alice Roberts, pomyślała Lucy. Gdyby nie ona, nadal tkwiliby w martwym punkcie. Co prawda zrobiła to bez zgody Jima, jednak nie miał jej tego za złe. To był znak, że traktował ją na równi z samym sobą. Ufał jej i była z tego powodu bardzo dumna.
-Jim, przyprowadzić Jackmana? - spytał Bob, który własnie zajrzał do gabinetu.
    Mężczyzna odwrócił się w jego stronę i lekko kiwnął głową. Najchętniej wróciłby już do domu, pomyślał. A właściwie do mieszkania Melindy. Nie widział jej od rana i powoli zaczynał się niecierpliwić. Co pięć minut spoglądał na wyświetlacz w nadziei, że może do niego zadzwoni. Jednak Melinda nie zadzwoniła. Czyżby coś jej się stało, zastanawiał się. Nie, to nie możliwe. Wysłała mu przecież krotkiego esemesa, że będzie czekała na niego z kolacją.
-Póść mnie, ty... - po chwili Jim usłyszał głos Jackmana.
-Lepiej nie kończ ? nakazał mu Bob. - Możesz tego żałować ? dodał groźnie i posadził go na krześle.
-Długo mnie zamierzać tu jeszcze trzymać?! - zaatakował ich Jackman. - Te warunki są straszne. Poza tym siedziałem w celi z jakimiś pijakami! - bulwersował się.
-Spokojnie, Peter ? powiedział Jim z uśmiechem i poklepał go po ramieniu. - Już dzisiaj stąd wyjdziesz ? dokończył .
-Wiedziałem, że jest z pana równy gość, detektywie ? odparł tamten i założył sobie nogę na nogę.
-Zostaniesz przewiezieony do aresztu tymczasowego, póki nie rozpocznie się proces ? rzekł Jim i zajął miejsce naprzeciwko Jackmana.
-Żartuje pan?! - spytał Peter i zrobił wielkie oczy. - Żartuje pan, prawda? - powtórzył.
-Nie ? odparł krótko i postawił przed nim znalezione pudełko. - Poznajesz to, Peter? - spytał z groźnym błyskiem w oku.
    Jackman pobladł na twarzy. Jednak się dostali do środka, pomyślał. Mógł spalić to wszystko, gdy była ku temu okazja. Po jaką cholerę trzymał to pudło w domu, zastanawiał się. Teraz jest już po nim, stwierdził. Nikt mu nie uwierzy, że nie ma nic wspólnego ze śmiercią Page Morgan i Philipa Clarka.
    Schował twarz w dłoniach i zastanawiał się, co ma teraz zrobić. Jak wytłumaczyć im, że nie jest niczemu winien. Przecież dobrze wiedział, co znajduje się w środku.
    Chociaż z drugiej strony to nie były wystarczające dowody, by stwierdzić jednoznacznie, że to on zabił. Nic mu nie mogli zarzucić. Listy mógł pisać każdy.
    Jim otworzył pudełko i wysypał zawartość na biurko.
    Peter otworzył oczy ze zdumienia. To nie były rzeczy, które on tam wrzucił, stwierdził. Co tu się dzieje, zastanwiał się.
    Wciął do ręki jedno zdjęcie i przełknął głośno ślinę. Z fotogriafii spoglądał na niego Philip Clark. Jego oczy były otwarte, a usta lekko ryzchylone. Na środku czoła widniał ślad od strzału. Z przerazeniem rzucił zdjęcie na biurko.
    Przysunął się bliżej i palcami rozgarniał kolejne fotografie. Spoglądał na Page, potem znowu na Philipa.
    Wszystkie te zdjęcia zostały zrobione tuż po śmierci obu ofiar. Nie mógł pojąć, jakim cudem owe fotografie znalazły się u niego w domu.
    Ktoś chciał go wrobić, pomyślał. Ta osoba była w jego domu, stwierdził. Wiedziała, gdzie trzyma klucz od szafry. Musiała go obserwować, pomyślał z przerażeniem.
-Napatrzyłeś się już, Jackman? - spytała Lucy i zaczęła wkładać zdjęcia do pudełka.
-Nie zrobiłem tych zdjęć ? zaprzeczył cicho. - One nie są moje.
-Nie rób z nas idiotów! - krzyknął Jim. - Znaleźliśmy je w twoim mieszkaniu.
-Kiedy to naprawdę nie ja je zrobiłem! - próbował bronić się Peter. - Owszem miałem u siebie takie same pudełko. Trzymałem w nim stare listy do Paga i jej zdjęcia. Ale nic poza tym, przysięgam ? powiedział i położył dłoń na sercu.
-Nie nabierzesz nas, Peter ? odparła Lucy. - Sprawdziliśmy twoje alibi. Page została zamordowana koło godziny dziewiątej. Tymczasem w szpitalu kamery zajerestrowały, jak opuszczałeś budynek o godzinie dziewiętnastej ? dodała. - Co zatem robiłeś w tym czasie?
-Mówiłem wam już, że zrobiłem małe zakupy i... i... - Peter urwał. Nie tak to miało wyglądać, pomyślał.
-W twoich rzeczach znaleźlimy zegarek, który należał do Philipa Clarka ? kontynuowała tymczasem Lucy. - To jak wyjaśnisz, Jackman?
-Co?! - spytał zaskoczony. - Zamieniłem z tym człowiekiem może ze dwa zdania w życiu ? wyjaśnił. - Po co miałbym go mordować?!
-Ty nam to powiedz ? poleciła Lucy.
-Może po to, by Page Morgan była wolna ? wtrącił się Jim. - Zabiłeś Clarka w nadziei, że Morgan da ci kolejną szansę ? zaczął Jim. - Ona jednak w dalszym ciągu nie była tobą zainteresowana, dlatego odebrałeś życie również jej. Jeśli ty nie mogłeś mieć Page, nikt inny też nie miał prawa ? podsumował.
-Jesteście w błędzie ? odrzekł Jackman. - Jeśli mnie teraz zamkniecie, popełnicie poważny błąd ? stwierdził. - Mylicie się co do mnie. Wiem, że moja przeszłość działa na niekorzyść, ale uwierzcie mi, że tego nie zrobiłem! - dodał podniesionym głosem.
-Jasne! Wiesz, ilu morderców zapewnia, że są niewinni? - spytała z pogardą Lucy. - Dlaczego dzwoniłeś do Melindy Clark? - zadała kolejne pytanie. - Czego od niej chciałeś?
-Co?! Nigdy nie kontaktowałem się z panią adwokat! - zaprzeczył i gwałtownie podniósł się z miejsca.
-Siadaj! - nakazał mu Jim głosem nieznoszącym sprzeciwu.
    Mężczyzna posłusznie usłuchał i ponownie usiadł na krześle.
-W nic mnie nie wrobicie! - powiedział przez zaciśnięte zęby.
-Sam się wrobiłeś, Jackman ? odparł Jim. - Masz szczęście, że w naszym towarzystwie jest kobieta. Inaczej powiedziałbym ci, co tak naprawdę o tobie myślę ? dodał i spojrzał na Petera niechętnie. - Bob, możesz go zabrać! - krzyknął na swojego kolegę.





    Melinda przerzucała kanały w telewizji, kiedy zadzwonił dzwonek. Nareszcie, pomyślała. Czekała na Jima już ponad dwie godziny.
    Prędko pobiegła do drzwi. Stanęła przed nimi i przywołała siebie do porządku. Nie może lecieć jak na skrzydłach za każdym razem, kiedy Jim do niej przyjdzie, pomyślała.
-Witaj, Mel ? przywitał się Jim i pocałował kobietę namiętnie. - Trochę nam się przeciągnęło z Jackmanem, ale już jestem do twojej dyspozycji ? oznajmił.
-Wchodź do środka, zaraz odgrzeję kolację ? powiedziała, po czym złapała go za rękę i pociągnęła w stronę kuchni. - Mam nadzieję, że ci posmakuje ? powiedziała. - Rzadko gotuję, ale chyba tym razem mi wyszło.
-Tym razem? - spytał Jim z ciekawością i oparł się o szafkę.
-Miałam kilka wpadek ? wyjaśniła. - Jeszcze jak mieszkałam w domu, czasem coś ugotowałam. Rodzice chwalili mnie i mówili, że jest pyszne.
-A w rzeczywistości nie dało się tego nawet przełknąć? - zgadywał Jim.
-Masz absolutną rację. Kiedy potem to smakowałam, nie ukrywam, że podziwiałam rodziców. Byli dzielni i z kamienną twarzą jedli wszystkie moje dania ? powiedziała i zaśmiała się. - Wyjmij, porszę talerze i sztućce.
    Jim posłusznie wykonał jej polecenie.
-Słyszałem, że miałaś dzisiaj nieprzyjemną rozmowę z moją sekretarką.
-Eh, nic wielkiego. Po prostu ta kobieta powiedziała, co tak naprawdę o mnie myśli.
-Nie przejmuj się Many, Mels ? polceił Jim. - Nie warto.
-Wiem, Jim ? odrzekła i uśmiechnęła się do niego.
    Podobał mu się widok Melindy krzątającej się po kuchni. Chciałby, żeby tak było zawsze. Marzył o tym, by wracać z pracy do domu, w którym będzie ona. Tak bardzo tego pragnął.
-Chciałbym, żeby tak było już zawsze ? usłyszał po chwili swój własny głos.
    Melinda znieruchomiała z naczyniem w ręku. Postawiła prędko talerz na szafkę, by się przypadkiem nie oparzyć. Nie ma co, ten mężczyzna zawsze zaskoczył ją w najmniej oczekiwanej chwili.
    Wyjęła nóż i zaczęła kroić zapiekankę na kilka części.
-Mel, pragnę z tobą być ? powiedział głośniej i złapał kobietę za ramiona. - Spojrz na mnie!
-Nie sądzisz, że jest za wcześnie na takie deklaracje, Jim? - spytała i odsunęła się od niego odrobinkę. Jego bliskość drażniła jej zmysły.
-Uwierz mi, Melindo. Nie łatwo mi jest mówić o swoich uczuciach ? wyznał. - Zawsze miałem problem, by się przed kimś otworzyć. Może dlatego nie założyłem rodziny. Bałem się bliskości. Bałem się, że ktoś pokocha mnie równie mocno jak ja tą osobę. Nie chciałem, by później ktoś przeze mnie cierpiał.
-Dlaczego ktoś miałby przez ciebie cierpieć? - spytała Melinda i pogłaskała go po policzku.
-Widzisz, moi rodzice rozwiedli się, gdy byłem jeszcze dzieckiem ? zaczął. - Ojciec założył nową rodzinę, a z nami zerwał kontakt. Nigdy nie pozwoliłem się nikomu do siebie zbliżyć, bo myślałem, że... - Jim zawahał się.
-...że będziesz taki jak twój ociec ? dokończyła za niego Melinda.
    Mężczyzna popatrzył na nią i spuścił głowę.
-Jim nie możesz powównywać siebie do ojca ? powiedziała. - Nie jesteś taki jak on.
-Wiem ? przyznał. - Masz rację. Zrozum, dopiero, jak poznałem ciebie moje serce zaczęło tak naprawdę bić. Nigdy nie czułem do żadnej kobiety tego, co czuję do ciebie.
-Jim... proszę, nie ? powiedziała Melinda. - Dla mnie to się dzieje za szybko.
-Kocham cię, Mel ? wyznał, patrząc jej w oczy. - Taka jest prawda. Musisz się z tym pogodzić ? stwierdził. - Wiem, że ty również coś do mnie czujesz ? dodał. - Nie broń się przed tym. Jak pokonałem swoją słabość. Pozwoliłem ci się do siebie zbliżyć. Proszę, nie rezygnuj z nas ? poprosił.
-Lepiej będzie, jak już pójdziesz, Jim ? powiedziała Melinda.
    Mężczyzna westchnął cicho i odsunął się od kobiety. Stanął w progu i popatrzył na nią smutnym wzrokiem.
-Jak sobie życzysz ? odparł. - Zadzwoń do mnie, jak coś postanowisz ? rzekł i czym predzej opuścił mieszkanie Melindy.
    



    Mandy zaparkowała obok swojego mieszkania. Wciąż była wzburzona rozmową z Melindą Clark. Ta kobieta była bezczelna, pomyślała. Śmiała jej jeszcze zwracać uwagę, prychnęła i wygramoliła się z samochodu.
    Niektórym ludziom brak kultury, stwierdziła. Myślała, że jak jest wielką panią adwokat, to wszystko jej wolno. Niedoczekanie, pomyślała i ruszyła w stronę bagażnika.
    Otworzyła go i wyjęła z niego dwie duże siatki z zakupami. Z trudem złapała siatki. Były bardzo ciężkie. W niedzielę spodziewała się rodziców, dlatego zrobiła większe zakupy.
    Szkoda, że nikt nie może jej pomóc. Użalała się nad swoim losem, jednocześnie próbując zamknąć bagażnik. Nagle wielka klapa opadła. Kobieta odwróciła się gwatłownie i zobaczyła obok siebie wysokiego mężczyznę.
-Dz... dziękuję ? wyjąkała po chwili. - Ależ mnie pan przestarszył ? dodała.
-Najmocniej przepraszam, ale nie mogłem dłużej patrzyć, jak się pani męczy ? wyjasnił i puścił do niej perskie oko. - Chętnie pomogę ? zaproponował.
-Jest pan bardzo miły, ale mieszkam zaraz obok ? odparła. - Naprawdę nie będę pana wykorzystywać ? powiedziała i uśmiechnęła się speszona.
-Żadem problem ? odrzekł i chwycił torby od Mandy. - Na które piętro? - spytał po chwili i obejrzał się na kobietę.
-Mieszkam na drugim. Mieszkanie 8c ? wyjaśniła.
    Mężczyzna w rekordowym tępie pokonał schody, po czym znalazł się pod drzwiami Many.
    Kobieta dołączyła do niego chwilę później i otworzyła mieszkanie.
-Proszę ? zaprosiała gościa do środka. - Niech pan postawi zakupy na stole ? poleciła i zamknęła drzwi.
    Zdjęła buty i powiesiła żakiet na wieszaku, po czym wsadziła do do szafy.
-Naprawdę nie wiem, jak panu dziękować ? odparła.
-Następnym razem proszę się dwa razy zastanowić ? rzekł mężczyzna. W dalszym ciągu stał do Mandy plecami.
-Nad czym? - zapytała beztrosko i ruszyła do nieznajomego.
-Kogo wpuszcza pani do mieszkania ? odpowiedział i odwrócił się do Melindy.
    Kobieta otowrzyła oczy z przerażenia.
    Mężczyzna patrzył na nią. Zaśmiał się złowieszczo. W jego oczach czaiły się niebezpieczne ogniki.


    

    Lucy wracała do domu spacerkiem. Zostawiła samochód na policyjnym parkingu. Miała nadzieję, że pomimo tego złodzieje nie skuszą się na niego.
    Noc była bardzo ciepła. W oddali słychać było sowy. W domach paliły się pojedyncze światła. Większość mieszkańców już dawno spała, pomyślała.
    Nagle usłyszała czyjeś kroki. Serce zaczęło bić jej szybciej. Odwróciła głowę i odetchnęła z ulgą.
-Znów się spotykamy, droga koleżanko ? przywitał się nieznajomy.
-I poraz kolejny w tak nietypowych okolicznościach ? przyznała Lucy.
-Byłem u ciebie wczoraj ? wyznał mężczyzna. - A raczej pod twoją kamienicą.
    Lucy zakoczona uniosła brew.
-Stchórzyłem ? przyznał się. - Nie wiedziałem, czy będziesz chciała się ze mną spotkać.
-Mogłeś zaryzykować ? poleciła mu kobieta.
-Okłamałaś mnie ? zmienił temat i ruszył przed siebie. Lucy podążyła za nim.
-Co masz na myśli? - spytała zaciekawiona.
-Nie pracujesz w Malibu jako tancerka ? odparł i zaśmiał się.
-To prawda ? przyznała Lucy. - Troszkę minęłam się z prawdą.
-Wiedziałem o tym od początku ? powiedział, a widząc zdziwienie w oczach kobiety, dodał. - Oni nie mają tancerek ? wyjaśnił. - Nie wiedziałem, jak do ciebie zagadać, więc wpadłem na ten pomysł ? dokończył.
-Sprytne ? przyznała Lucy i skręciła w wąską uliczkę.
-Ważne, że zadziałało ? odrzekł i wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Jesteś fascynującą kobietą ? powiedział nagle.
-Teraz to ty mnie oszukujesz ? Lucy pogroziła mu palcem.
-Naprawdę tak uważam ? stwierdził z powagą. - Jak ci na imię, nieznajoma? - zapytał i zagrodził jej drogę.
    Lucy przystanęła i spojrzała na niego. Ich usta były w tak niewielkiej odległości od siebie.
-Lucy ? odparła krótko, cały czas patrząc w oczy nieznajomego. - A jak ma się zwracać do ciebie? - spytała.
    Mężczyzna odsunął się od niej gwałtownie i podrapał się po brodzie.
-Mów mi... - zastanowił się. - Mów mi T. B. - polecił.
-Dość oryginalnie ? stwierdziła.
    T. B. zaśmiał się głośno.
-Wiem, złotko ? zgodził się z Lucy. - Dotarliśmy to twojego mieszkania. Wiem, że mnie nie wpuścisz ? zaczął.
-T. B. ... - zawahała się.
-Nie, nie namawiaj mnie, Lucy ? bronił się. - Mam swoje zasady. Nie sprowadzaj mnie za złą drogę ? rzekł z uśmiechem.
-Do zobaczenia ? powiedziała Lucy.
    Mężczyzna popatrzył na nią z jakimś dziwnym błyskiem w oku.
-Żegnaj, złotko ? rzekł i ruszył przed siebie.
    Dziwny gość, pomyślała kobieta i weszła do środka. W drzwiach obejrzała się za siebie. Jednak po T. B. nie było ani śladu. Zniknął.




Rozdział ósmy




    Lucy zapukała do gabinetu detektywa Spencera. Nie słysząc żadnej odpowiedzi, delikatnie otworzyła drzwi. Jim siedział zamyślony. Włosy miał w nieładzie. Jego oczy były puste. Na sobie miał ubrania z poprzedniego dnia.
    Kobieta weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi.
-Jim, co się stało? - spytała i podeszła do niego. - Jesteś chory, źle się czujesz? - przyłożyła mu dłoń do czoła. - Nie masz gorączki ? stwierdziła po chwili. - Co ci jest? - ponagliła go.
-Ona mnie nie kocha ? wyznał wreszcie. - Mówi, że nie jesto gotowa na związek.
    Aha! Czyli chodziło o Melindę. Dlaczego od razu nie przyszło jej to do głowy.
-Jim ? powiedziała i usiadła na brzegu biurka. - To, że Melinda nie jest gotowa, by z tobą być, nie oznacza zaraz tego, że nic do ciebie nie czuje ? dokończyła. - Musisz dać jej trochę czasu ? poleciła.
-Wiem ? przyznał. - Powiedziałem, że jak się zdecyduje, ma do mnie zadzwonić ? wyjaśnił.
-Bardzo dobrze zrobiłeś ? pochwaliła i klepnęła Jima w udo, po czym zeskoczyła z biurka.
-Ale nie odezwała się jeszcze ? odarł Jim i smutnym wzrokiem popatrzył na Lucy.
-Kiedy z nią rozmawiałeś? - zapytała.
-No wczoraj ? odparł krótko.
-Naprawdę mężczyźni są jak dzieci ? stwierdziła. - Człowieku, daj Melindzie trochę czasu! - nakazała. - Niech ona też sobie wszystko przemyśli.
-Gdyby coś do mnie czuła, już dawno by oddzwoniła ? rzekł smętnie.
-Musisz się nauczyć, że świat kobiet rządzi się swoimi sprawami ? zaczęła. - Dla nas nie zawsze jest wszystko białe albo czarne. My częściej analizujemy, wyciągamy wnioski ? dodała. - Zwykle takich decyzji nie podejmujemy w przeciągu jednej nocy ? dokończyła. - Rozumiesz, o co mi chodzi, Jim? - spytała.
-Taa. W dalszym ciągu radzisz mi zachować spokój i dać jej więcej czasu na podjęcie decyzji ? odrzekł i przewrócił oczami.
-Własnie tak! - powiedziała Lucy. - Uwierz mi. Twoja cierpliwość zostanie nagrodzona ? puściła do Jima oko.
    Zerwał się z fotela i stanął na przeciwko swojej partnerki.
-Czy ty coś wiesz? - spytał z nadzieją.
    Lucy uśmiechnęła się znacząco.
-Może i wiem ? zaczęła i gestem uciszyła Jima. - Nie licz na to, że ci cokolwiek powiem ? zastrzegła. - Poczekasz, aż sama Melinda do ciebie zadzwoni.
-Ty mała, wredna istoto ? odparł Jim i zrezygnowany oparł się o biurko.
    Nagle do gabinetu wpadł Bob. Twarz miał bladą jak ściana. Ledwo trzymał się na nogach. Spojrzał na Lucy i Jima i próbował coś powiedzieć. Z trudem łapał powietrze.
-Bob, co jest? - spytała Lucy.
-Man... Man ? zaczął, lecz nie mógł wydobyć z siebie głosu. Resztkiem sił wszedł do środka i opadł na fotel Jima.
-Powiesz nam w końcu, czy sami mamy zgadywać? - zadał pytanie Jim i spojrzał na swojego kolegę. Naprawdę nie wyglądał najlepiej. - Jeśli chciałeś wziąć wolne, mogłeś zadzwonić ? zaczął, lecz Bob przewał mu machnięciem ręki. Doszedł już trochę do siebie. Oddech mu się wyrównał.
-Mandy nie żyje ? powiedział wreszcie. - Dzwoniła jej sąsiadka. Znalazła jej ciało w mieszkaniu ? wyjaśnił.  



    
    Jim spoglądał na ciało swojej sekretarki. Nie mógł uwierzyć, że ktoś posunął się do tego stopnia. Kto, zastanowił się. No właśnie. Przecież Jackman siedział w areszcie. Niemożliwe, żeby to on dokonał tego czynu. Czyżby rzeczywiście mówił prawdę, pomyślał Jim. Czy możliwe jest, że naprawdę nie zamordował tych osób? Jeśli tak, wygląda na to, że zamknęli niewłaściwego człowieka. Zabójca wciąż był na wolności.
    Mandy była ułożona z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Jej ciało było nagie. Na wewnętrzej stronie ud widniały takie same nacięcia, jak było w przypadku Page Morgan. Nie ma wątpliwości, że zrobiła to ta sama osoba, stwierdził Jim.
    Na szyi widniała długa czerwona kreska.
-Zamrodował ją tak samo jak Morgan ? powiedział Jim na głos.
-To prawda ? zgodził się Aleks. - To robota zawodowca. Najpierw okalecza ofiary, później je dopiero zabija ? wyjaśnił. - Nie będę ci tego na nowo tłumaczył, Jim ? powiedział Aleks. - Sprawa wygląda tak samo. Zmieniła się tylko ofiara.
-Myślałem, że zamknęliśmy już śledztwo ? wyznał Jim. - A on znowu zaatakował. W dodatku zamordował kogoś z naszych.
-W przypadu pierwszej ofiary użył małego rewolweru. Zastanawiam się dlaczego ? zaczął Jim.
-Może nie chciał oglądać nagiego mężczyzny ? stwierdził.
-Czy chcesz coś jeszcze ode mnie, Jim? - spytał Aleks. - Jeśli nie, będę się zbierał.
-To wszystko, dzięki ? odparł. - Czy nasza ekipa zebrała już odciski? - zwrócił się do Lucy.
-Tak ? odrzekła krótko.
    Spojrzała w oczy Jima. Uśmiechnął się ze zrozumieniem. Dla niego również nie było to łatwe, stwierdziła.
-Jak nazywa się świadek? - Jim spytał Boba, który wszedł do śrdoka.
-Barbara Dick ? odparł i uśmiechnął się do Lucy.
-Porozmawiam z nią ? powiedział Jim i wyszedł z mieszkania Mandy.
-Szkoda mi go ? odrzekł Bob. - Bardzo sie tym przejął.
-Jim Spencer ? przywitał się z kobietą, która stała obok mieszkania Mandy. Wyciągnął odznakę i pokazał ją sąsiadce.
-Pani Barbara Dick? - spytał dla pewności.
-Tak ? odparła krótko. - Widziałam, jak wieczorem z kimś wracała ? zaczęła kobieta.
-Spokojnie, pani Dick ? upomniał kobietę Jim. - Zadam pani kilka pytań, dobrze?
-Zgoda, detektywie ? przytaknęła i na znak skinęła głową.
-Jak znalazła pani ciało swoje sąsiadki? - zadał pierwsze pytanie.
-Cierpię na bezsenność. Siedziałam w oknie i paliłam papierosa, kiedy zobaczyłam, ża pani Madny parkuje na podjeździe ? powiedziała. - Zawsze wracała późno do domu, więc nie zdziwiłam się.
-Co działo się później?
-Próbowała wyciągnąć jakieś torby z samochodu, ale chyba były dla niej zbyt ciężkie ? odparła. - Była taka chudziutka. Zawsze powtarzałam jej, że powinna się lepiej odżywiać ? dodała.
-Mhm. Proszę kontynuować ? polecił Jim.
-Podszedł do niej jakiś mężczyzna. Chwilę rozmawiali, po czym wziął od niej zakupy i weszli do środka.
-Czy potafi mi pani opisać tego mężczyznę? - zaspytał z nadzieją.
-Oczywiście. Może mam już swoje lata, ale wzrok nadal dobry ? odpowiedziała i uśmiechnęła się do Jima.
-Zaraz poda nam pani rysopis. Czy coś jeszcze pani widziała?
-Zerknęłam przez wizjer. Pani Mandy rzadko zapraszała kogoś do mieszkania. Odwiedzali ją tylko rodzice i siostra ? zaczęła. - Weszli do środka. Nie słychać było żadnych hałasów. Stałam tak może z piętnaście minut, ale mój kręgosłup zaczął odmawiać mi posłuszeństwa ? wyjaśniła. - Już miałam odejść, kiedy drzwi do mieszkania mojej sąsiadki otowrzyły się i wyszedł z nich ten mężczyzna. Trzymał coś w dłoni ? powiedziała z przerażeniem.
-Czy to był nóż?
-Tak! - odparła i zakryła dłonią usta. - Nie miał na głowie kaptura ani czapki. Dokladnie widziałam jego twarz ? dodała.     
    Nareszcie jest jakiś świadek, pomyślał Jim i zaprowadził kobietę do Boba, by sporządził autroportret podejrzanego.





Rozdział dziewiąty




    Isabella wróciła z porannego spaceru. Zdjęła z głowy kapelusz i powiesiła go za wieszaku tuż obok lustra. Przyjrzała się swojemu odbiciu i delikatnie przejechała palcami po twarzy. Musiała przyznać, że im była starsza, tym wyglądała bardziej korzystnie.
    Cieszyła się, że pomimo swoich pięćdziesięciu sześciu lat nadal była atrakcyjną i zadbaną kobietą. Jej mąż zawsze to w niej doceniał.
    Zawołała syna, jednak odpowiedziała jej cisza. Obeszła wszystkie pomieszczenia. Na dole Tonyego nie było. Weszła na górę i zajrzała do jego sypialni.
    Ubrania leżały porozrzucane. Zdziwiła się tym faktem, gdyż jej syn zawsze lubił porządek.
-Tony? - zawolała ponownie.
    Coś skrzypnęło jej nad głową. Spojrzała do góry i zobaczyła, że sufit się lekko ugina. Tu się schowałeś, pomyślała.
    Otowrzyła drzwi i weszła na strych. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Uśmiechnęła się na widok syna. Siedział do nie plecami i zawzięcie przeglądał jakieś notatki.
    Podeszła do niego i oparła mu dłonie na plecach.
-Wreszcie cię znalazłam ? powiedziała. - Chciałam spytać, czy masz ochotę na naleśniki? - spytała, lecz odpowiedziała jej cisza. - Tony, co się dzieje? - odwróciła syna twarzą do siebie. W jego oczach dostrzegła łzy. Chciała pogłaskać go po policzku, lecz gwałtownie odtrącił jej rękę.
-Zostaw mnie! - krzyknął i podniósł się ze starej kanapy.
-Synku, co się stało? - spytała łagodnie i spojrzała na dokumenty, ktore trzymał jej syn. - Co tam masz?
-Nie masz prawa tak do mnie mówić! - rzekł groźnie. - Nie jestem twoim synem! - krzyknął.
-Tony... Tony, co ty opowiadasz?! - zapytała Isabella ze łzami w oczach.
-To, co słyszałaś! - odrzekł i również się rozpłakał. - Wierzyłem ci, a ty przez ten cały czas mnie oszukiwałaś! Mnie i ojca! - zarzucił jej. - Jak mogłaś! Myslałaś, że nie dowiem się w końcu prawdy? - spytał i otarł zły z policzków.
-Sk... skąd się dowiedziałeś? - spytała. - Jakim cudem? - dopytywała.
    Mężczyzna popatrzył na nią gniewnie.
-Masz! - rzucił jej papierami w twarz. - To przez ciebie to zrobiłem! - krzyknął i wybiegł.
    Jim siedział w swoim gabinecie i czekał, aż Bob dostarczy mu portret mordercy. Nadal nie mógł dojść do siebie po tym, jak zobaczył ciało Mandy. Wiedział, że czasem bywała zbyt wścibska a nawet niemiła. Jednak nikt nie załuguje, by zginąć w taki sposób.
-Jak dlugo jeszcze? - zapytał sam siebie.
    Telefon zawibrował mu na biurku. Jim pochylił się i zobaczył numer Melindy. Prędko podniósł komorkę i wcisnął zieloną słuchawkę.
-Cześć, Jim ? przywitała się kobieta.
-Cześć ? odparł krótko. Zastanowił się, czy powienien powiedzieć Melindzie o tym, że Mandy została zamordowana. Postanowił odłożyć to na później.
-Słuchaj, przemyślałam sobie to wszystko i chciałabym się z tobą dzisiaj zobaczyć ? wyjaśniła. - Masz czas koło dwudziestej? - zapytała z nadzieją w głosie.
-Przyjadę do ciebie ? powiedział. - Mam nadzieję, że tym razem zjemy kolację ? dodał.
-Przygotuję coś specjalnego ? odparła.
    Czyżby to oznaczało, że jednak odpowiedź brzmi: tak, zastanawiał się Jim. No nic, wytrzyma do wieczora. Nie będzie zawracał sobie teraz tym głowy, bo w przeciwnym razie na da rady skupić się na pracy.
-Co robisz, Mel? - spytał. Tak bardzo chciał być teraz obok niej.
-Czekam na syna Isabelli ? wyjaśniła. - Chce jakiejś porady prawnej ? dodała.
-Rozumiem.
    W słuchawce zapanowała cisza.
-Tęsknię za tobą, Mel ? wyznał szczerze Jim. - Nie mogę się doczekać, kiedy cię zobaczę. Pragnę wziąć cię w ramiona i złożyć na twych ustach gorący pocałunek ? dokończył.
-Wytrzymasz do wieczora? - zapytała Melinda i uśmiechnęła się do siebie.
-Chyba nie mam innego wyjścia ? odparł zrezygnowany. - Tym czekaniem doprowadzasz mnie do szału.
-Może dostaniesz małą nagrodę wieczorem ? powiedziała zagatkowo. - Muszę kończyć, Jim. - Do zobaczenia wieczorem ? rzekła.
-Do zobaczenia. Kocham cię ? powiedział i rozłączył się.
    Oparł głowę o fotel i uśmiechnął się łobuzersko. W końcu się odezwała. Miał nadzieję, że wieczorem nie czeka go przykre rozczarowanie.
    Nie mógł sobie przypomnieć, jak wyglądało jego życie bez Melindy.
    Doszedł do wniosku, że już nigdy nie chciałby tego doświadczyć. Ta kobieta była dla niego wszystkim. Gdyby nagle odeszła, zostałby z niczym.
-No, no ? Bob zagwizdał. - Ktoś tu się nam zakochał ? stwierdził.
    Jim wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-A żebyś wiedział ? przytaknął. - Nawet nie wiesz, jakie to cudowne uczucie ? dodał.
-Może i wiem. Tyle, że moja miłość w dalszym ciągu pozostaje nieodwzajemniona ? stwierdził i machnął ręką. - Nieważne. Popatrz, co tu mam ? powiedział i powiesił na tablicy rysopis mężczyzny, który podała mu kobieta.
    Jim podniósł się z miejsca i stanął obok Boba. Interesujące, pomyślał. Mogł przysiąc, że gdzieś już widział tą twarz. Tylko gdzie, zastanowił się.
-Rozwiesiłem go na wszystkich tablicach. Może ktoś go rozpozna. Przesłalem też faksem na każdy komisariat ? wyjasnił.
-Dzięki, stary ? Jim poklepał go po plecach. - Tym bardziej, że to już nie należało do twoich obowiązków.
-Eh, chciałem się na coś przydać ? odrzekł. - Wiem, że i tak macie dużo na głowie. Gdzie jest Lucy? - spytał po chwili.
-Poszła kupić coś do jedzenia ? wyjaśnił Jim, wpatrując się cały czas w portret mordercy. - Gdzieś skurczybyka już widziałem ? powiedział głośno.
-Jim, jest tylu podobnych do siebie facetów ? odparł Bob. - Może go z kimś pomyliłeś.
-Nie! - zaprzeczył gwałtownie. - Te oczy wydają się znajome ? stwierdził i oparł sobie brodę na dłoni. - Co z Jackmanem?
-Pan doktor został wypuszczony przed godziną ? powiedział Bob. - Szkoda, że nie widziałeś, jak się cieszył.
-Pomyliłem się, oskarżając go o morderstwo ? przyznał Jim. - Jednak nadal uważam, że jest człowiekiem pozbawionym wszelkich zasad moralnych ? dokończył.
-Słuchaj, zostawmy jego przeszłość. Miejmy nadzieję, że w areszcie nauczył się trochę dyscypliny i chłopaki go trochę przeszkolili.
    Jim uśmiechnął się ze zrozumieniem.
-Need znowu zaszczycił swoim towarzystwem? - spytał rozbawiony.
-Oczywiście ? odrzekł Bob. - Zgadniesz, co tym razem?
-Kradzież wózków z hipermarketu?
-Nie, to było miesiąc temu. Nie jesteś na bieżąco, Jim.
-Hm... - zastanowił się. - Nic nie wymyślę, mów.
-Ukradł publiczną toaletę ? powiedział Bob.
    Jim parsknął śmiechem.
-Ten to ma pomysły! - podsumował. - Jak tym razem się tłumaczył? - spytał z ciekawością.
-Twierdził, że chciał sobie przypomnieć lata dzieciństwa, kiedy pewne sprawy... - Bob odchrząknął.
-Tak, wiem! - Jim powstrzymał go gestem dłoni. - Oszczedź mi tego, proszę.
-A was co tak bawi? - spytała Lucy.
    Weszła do pokoju i postawiła opakowania z jedzeniem na biurku Spencera.
-Czyżby Melinda się odezwała? - dodała i napiła się coli z lodem. - Mm, tego mi było trzeba.
    Bob patrzył na nią porządliwym wzrokiem. Kropla lodu kapnęła jej i spłynęła wprost w dekolt Lucy. Bob przełknął głośno ślinę.
-Bob właśnie opowiadał mi o Needzie ? wyjaśnił Jim. - Ale Melinda też dzwoniła. Zaprosiła mnie do siebie na wieczór.
-Moje gratulacje ? powiedziała Lucy. - Nad czym tak stoicie? - zapytała i wzięła kawałek hamburgera do ust.
-Bob skończył portret mordercy ? odrzekł Jim i przesunął się, by Lucy mogła go zobaczyć.
-O cholera! - krzyknęła.
    Mężczyźni popatrzyli na nią zaskoczeni. Lucy podeszła bliżej i przyjrzała się rysunkowi.
-Jasny gwint! - dodała nieco ciszej i opadła na krzesło. - Znam go.
-Co?! - spytali równocześnie.
-Jak to go znasz? Skąd? - spytał poważnie Bob.
-Poznaliśmy się jakiś czas temu w tym barze niedaleko naszego biura ? wyjasniła.
-Bywasz w Malibu? - zapytał zaskoczony Bob.
-Jasne ? odparła. - A co, nie wyglądam? - rzuciła na niego wściekłe spojrzenie. - Wyobraź sobie, że moje życie nie kręci się tylko wokół pracy ? skłamała.
-Przestańcie ? nakazał Jim. - Skup się, Lucy.  
-Odprowadził mnie dwa razy do domu. Pojawiał się znikąd. Rozmawialiśmy ze sobą. To wszystko ? przyznała. - Gdybym wiedziała... - westchnęła głęboko.
    Bob podszedł i objął ją ramieniem.
-To nie jest twoja wina, Lucy ? powiedział i pogłaskał ją delikatnie po głowie.
-Gdybym wiedziała wcześniej, może Mandy... - urwała.
-Cii. Nie myśl o tym ? rzekł. - Jim także twierdzi, że gdzieś go już widział.
-Naprawdę? - sytała i spojrzała na Spencera.
-Tak mi się zdaje. Nie mogę sobie tylko przypomnieć, gdzie widziałem tego mężczyznę ? przyznał Jim.
-Lucy, pamiętasz, jak miał się nazywał? - spytał Bob.
-Kazał do siebie mówić T. B. - wyjaśniła. - Nic więcej o nim nie wiem ? wzruszyła ramionami.
    Jim spojrzał na rysunek. T. B. powtarzał w myślach. Jego myśli mimochodem skierowały się ku Melindzie i wtedy zapaliła mu się zielona lampka.
-Wiem! - krzyknął. - Wiem, gdzie go widziałem.
-Mów szybko ? polecił Bob.
-Spotkałem go w kancelarii, jak pojechałem po Melindę ? wyjaśnił. - To jest syn jej sekretarki ? dodał po chwili.
-Jak on się nazywa, Jim?!
    Jim zasnatowił się chwilę. T. B. Próbował sobie przypomnieć tamto spotkanie. Wyobraził sobie Melindę, jak mu go przedstawiała. Back, Balk... Nie, to nie to.
    Black, przypomniało mu się.
-Tony Black ? powiedział po chwili. - Tak mi go przedstawiła Melinda.
-Wiesz, gdzie on mieszka? - zadał pytanie Bob.
-Nie ? przyznał i sięgnął po telefon. - Zaraz dzawonię do Melin... - urwał i spojrzał przeważony na Lucy. - O Boże!
-Coś nie tak? - zapytała. Jim?!
-Rozmawiałem z nią nidawno ? zaczął. - Spytałem, co robi. Powiedziała, że czeka na syna Isabelli, bo miała mu udzielić porady prawnej ? dokończył.
-Nie ma czasu do stracenia ? powiedziała Lucy. - Jedź do Melindy ? poleciła. - My z Bobem udamy się do mieszkania pani Black. Może jeszcze jest w domu. Ruszajcie się! - nakazała.
    Jim dopadł samochodu jako pierwszy. Z impetem otworzył drzwi i szybko odpadlił silnik. Serce biło mu jak oszalałe. Wyjechał na ulicę i dodał gazu. Miał nadzieję, że nie jest za późno.




    Melinda postawiła kawę i ciastka na stole. Spojrzała na Tonyego, ktory stał przy oknie. Myślami był daleko.
-Tony, kawa już gotowa ? powiedziała. - Chodź, usiądź ? poleciła i poklepała miejsce obok siebie.
-Wolę postać ? odpowiedział. -Jesteś pewna, że ci nie przeszkadzam? - spytał i obejrzał się na Melindę.
-Już ci mówiłam, że mam czas ? wyjaśniła. - O czym chciałeś ze mną porozmawiać? - zapytała łagodnie. - Coś się stało, Tony?
-Co byś zrobiła, gdyby najbliższa ci osoba od lat cię oklamywała? - zadał jej pytanie.
    Melinda zamysliła się. Widocznie chodziło o coś poważniejszego niż tylko przejściowe problemy, pomyślała.
-Próbowałabym z tą osobą porozmawiać. Chciałabym się dowiedzieć, jakie okoliczności zmusiły ją do tego, by postąpiła tak a nie inaczej ? odpowiedziała Melinda zgodnie z prawdą.
-Gówno prawda! - krzyknął Tony i podszedł do niej. Chwycił ją za ramiona i lekko potrząsnął. - Powiedz mi, czy zawsze jesteś taka spokojna i opanowana? - zapytał. - Wszystko załatwiasz tak "po dobroci"? - zadał kolejne pytanie i puścił ją.
    Melinda opadła na kanapę i rozmasowała bolące ją ramię.
-Przepraszam, poniosło mnie trochę. Po prostu nie mogę patrzeć, jak ktoś cierpi ? wyjaśnił.
-Co masz na myśli? - Melinda wstała i podeszła do niego.
-Czy nie chciałaś nigdy załatwić sprawy jakoś tak, no wiesz... tak bardziej drastycznie? - spytał z dziwnym błyskiem w oku i zaczął zbliżać się do Melindy.
-Tony, ta razomowa zaczyna mi się niepodobać ? broniła się. Cofnęła się do tyłu, jednak napotkała ścianę. Miała odciętą drogę ucieczki.
    Tony chwycił ją za rękę, rozlewając przy tym kawę i potrącając talerzyk z ciastkami i poprawdził ją na górę.
    Wepchnął ją do sypialni i zamknął drzwi na klucz.
-Jestem adopotowany ? wyjaśnił jej. - Moja matka oszukiwała i mnie i mojego ojca. Znalazlem dokumenty, które świadczą, że wzieła mnie od innej kobiety, która nie chciała swojego dziecka ? dokończył, a w jego oczach pojawiły się łzy. - Jej córka urodziła się martwa, więc po prostu zrobiła sobie wymianę, rozmiesz? - spytał i pchnął ją na łóżko.
-Staram się. To musiał być dla ciebie szok, kiedy się dowiedziałeś ? odparła Melinda. Wiedziała, że sytuacja, w jakiej się znalazła, jest nieciekawa. Jednak próbowała jakoś załagodzić ten wybuch gniewu Tonyego.
-Nic nie wiesz! - powiedział. - Ty nie byłaś adoptowana. Nie żyłaś w nieświadomości ? dodał. - Ale to jeszcze nic ? stwierdził. - Chcesz wiedzieć, jak nazywała się moja biologiczna matka? - zapytał Melindy. Jej milczenie uznał za zachętę. - Moja prawdziwa matka nazywała się Franco ? powiedział i patrzył na reakcję Melindy. - Mówi ci to co, złotko? - spytał słodkiem głosem.
    Melinda wpatrywała się w niego z przerażeniem.
-Przecież to jest panieńskie nazwisko mojej matki ? odparła szeptem. - Jak to możliwe? Chyba nie chcesz powiedzieć, że... - zawahała się i przygryzła dolną wargę.
-... że twoja matka oddała swojego syna do adopcji? Tak, własnie to chcę ci uświadomić.
    Melinda zakryła twarz dłonią. Niemożliwe, pomyślała. To się dzieje naprawdę.
-Od jak dawna wiesz, że jestesmy spokrewnieni? - spytała.
    Tony zaśmiał się złowieszczo.
-Prawie półtora roku ? wyznał. - Na początku byłem zszokowany. Przez przypadek odkryłem dokumenty adopcyjne na strychu ? zaczął. - Jednak stwierdziłem, że nie warto zawracać sobie tym głowy, że nie powinienem wracać do przeszłości, odgrzebywać jej. W tym czasie mój ojciec był bardzo chory. Oboje z matką zdawaliśmy sobie sprawę, że niedługo od nas odejdzie.
-Dlaczego nie porozmawiałeś z rodzicami, kiedy twój ojciec jeszcze żył? - spytała Melinda i usiadła na brzegu łóżka.
    Tony machnął ręką.
-To już nieistotne ? powiedział. - Miałem nadzieję, że po jego śmierci matka wyzna mi prawdę, ale ona zawzięcie milczała. W końcu nie wytrzymałem i zacząłem szukać jakiś informacji ? dodał. - Dowiedziałem się, że moja biologiczna matka zmarła kilka lat temu i że mam siostrę ? rzekł i uśmiechnął się do Melindy. - Wiesz, jaki byłem szczęsciwy, że nie jestem sam na tym padole łez ? wyznał. - Skontaktowałem się z twoim mężem, jednak on nie chciał o niczym słyszeć.
-Phil wiedział, że mam brata? - zapytała zaoczona. - Dlaczego nic mi o tym nie powiedział? - Dlaczego nie przyszedłeś najpierw do mnie?
-Powiedział, że jako twój szef musi dbać o twoją opinię i byle jaki bękart mu w tym nie przszkodzi ? wyjaśnił.
-A to łajdak!
-Też tak pomyślałem. Potem dowiedziałem się o waszym rozwodzie, o tym, że cię zdradza.
-Czy to...
-Nikt nie miał prawa krzydzić bezkarnie mojej siosty ? przerwał Melindzie. - Zrobiłem to dla ciebie ? wyjaśnił. - Na początku chciałem się na tobie zemścić. W końcu to ty znalaś naszą mamę. To ciebie tuliła do snu, opiekowała się tobą, gdy byłaś chora ? wyliczał. - Jednak potem cię poznałem i zrozumiałem, że jesteś tak samo samotna jak ja.
-Nie miałeś prawa tego robić! - krzyknęła i rzuciła w niego poduszką.
-Musisz jeszcze poćwiczyć ? powiedział i zaśmiał się cicho. - Nawet nie wiesz, jaki byłem zdenerwowany, kiedy sekretarka Spencera nazwała cię suką ? powiedział przez zaciśnięte zęby.
-Tony, czy móglbyś otowrzyć pokój. Dziwnie się czuję ? wyznała szczerze Melinda.
-I tak właśnie powinnaś się czuć! Teraz przyszła twoja kolej ? powiedział i z kieszeni wyjął mały scyzoryk. - Dla ciebie przygotowałem coś ekstra.
-Zaczekaj! - powstrzymała go Mel. - Dlaczego chcesz mnie zabić? - spytała.
    Prychnął i spojrzał na nią jak na wariatkę.
-To bardzo proste. Czy jesteś gotowa razem ze mną wymierzać sprawiedliwość? - zapytał z nutką ironii w głosie.
    Melinda milczała.
-To, co robisz jest złe, Tony ? próbowała zyskać na czasie.
-Widzisz, już się migasz. Myliłem się. Nie masz mojego charakteru. Szkoda, bo mógłby być z nas niezły duet ? stwierdził i zaczął zliżać się do Melindy.




    Jim zaparkował pod jej domem. Szybko wysiadł z samochodu. Po drugiej stronie ulicy zauważył starego mini vana. Podbiegł do drzwi i oworzył je z hukiem.
-Melinda! - krzyknął na całe gardło.
    Wpadł do pokoju i zobaczył rozlaną kawę i porozrzucane ciastka. Wystraszył się nie na żarty.
-Melinda! - zawołał, wbiegając po schodach.
    Złapał za klamkę do jej sypialni. Drzwi były zamknięte.
-Póść mnie ? usłyszał głos Melindy. - Zostaw, słyszysz!
-Melinda? - zawołał Jim.
-To boli, proszę nie! - krzyczała. - Jim, pomórz mi!
    Odsunął się i wziął rozpęd. Jednym kopniakiem wyważył drzwi. Wpadł do środka i zobaczył przywiązaną do łóżka Melindę. Była w samej bieliźle. Nad nią klęczał Tony i nacinał jej uda.
    Jim dopadł go w tej samej chwili i rzucił nim na ziemię. Skoczył do niego i zaczął go uderzać pięściami.
    Tony nie pozostawał mu dłużny. Już po chwili to Jim leżał pod nim. Mężczyźni tarzali się po podłodze. W końcu Tony siegął po lampkę i wymierzył cios w skronie Jima. Padł na podłogę.
Jim! - krzyknęła Melinda. - Coś ty mu zrobił! - krzyknęła ze łzami w oczach.
-Teraz już nikt nam nie przeszkodzi ? powiedział i ponownie pochylił się nad kobietą.
    Melinda wydarła się z bólu. Wiedziała, że już teraz nikt jej nie pomoże. Żałowała, że nie powiedziała Jimowi wcześniej, co do niego czuje.
    Tony zadał kolejny cios. Ból przeszył ją na wskroś. Był tak silny, że nawet nie miała siły już krzyczeć.
    Lewa ręka była słabiej zawiązana od prawej. Wierciła się, próbowała ją uwolnić.
-Teraz dokończymy ? oznajmił Tony i zblizył się do Melindy. - Przystawił nóż do gardał kobiety.
    W tym samym czasie Melinda uwolniła rękę i ostatkiem sił sięgnęła po wazon, który stał na szafce z boku łóżka.
    Z impetem rozbiła go na głowie Tonyego. Mężczyzna zamrugał gwałtownie oczami i opadł na nią całym ciałem.
    Z trudem wydostała się spod niego. Rozwiązała drugą rękę i podbiegła do Jima.
    Kucnęła przy nim i przyłożyła mu ucho do serca. Wyczuwała ciche bicie. Żył, odetchnęła z ulgą.
-Jim, słyszysz mnie? - spytała i poklepała go po policzkach. - Jim! - krzyknęła.
    Padła na kolana i zalała się łzami.
-Proszę, nie rób mi tego ? powiedziała łkając. - Otwórz oczy ? nakazała. - Musisz je otworzyć! Chcę, żebyś na mnie patrzył, kiedy ci to powiem. Jim! - potrząsnęła nim. - Proszę, ocknij się! Na Boga, otwórz te oczy! - krzyczała nad nim. - Kocham cię, słyszysz?! - zapytała i przytuliła się do niego. - Tak bardzo cię kocham ? wyznała i poczuła jak ktoś delikatnie ściska jej dłoń.
    Podniosła głowę i zobaczyła, że Jim wpatruje się w nią słabym wzrokiem.
-Nie krzycz tak, Melindo ? powiedział.
-Kocham cię ? wyznała i pocałowała go w usta.
-Wiem, trudno było nie usłyszeć ? odparł. - Pomóż mi się podnieść ? polcił.
    W tym samym momencie usłyszeli synały syren. Do pokoju wpadła Lucy z Bobem.
-Dzięki Bogu ? powiedziała kobieta.
 
                    Prolog



-Cii, jeszcze chwila ? poleciła Jimowi Melinda. - Nie waż się owierać oczu.
-Wciąż nie rozumiem, dlaczego robisz z tego taką tajemnicę ? powiedział.
    Weszli po schodach i skierowali się do mieszkania Jima. Melinda otworzyła drzwi i wpuściła go do środka.
    Jim potknął się o coś i zaklął głośno.
-Już mogę? - spytał zniecierpliwiony.
-Tak ? odparła i zapliła światło. - Otwieraj! - poleciła.
    Jim otworzył oczy i ze zdumieniem rozglądał się po mieszkaniu.
-Posprzątałaś! - wykrzyknął uradowany i zaczął chodzić tam i z powrotem.
-Musisz wiedzieć, że skoro mam się do ciebie wprowadzić, musisz mieć w domu czysto ? oznajmiła.
-To znaczy, że się zgadzasz? - spytał Jim i objął Melindę.
-Tak. Czas zacząć nowe życie ? odpowiedziała i pocałowała go mocno w usta.
-Wiesz co?
-Mm? - spytała.
-Pragnę zacząć te życie własnie od tej chwili ? powiedział i oddał kobiecie pocałunek.
-Wiesz, że Lucy zgodziła się pójść na kolację z Bobem? - zapytała Mel.
-Cii, nie psuj tej chwili ? upomniał ją Jim, jednocześnie prowadząc Melindę w stronę sypialni.

   
Makowski Tomasz

Praca zgłoszona na konkurs w 2014 roku


Dzikie Szeregi Pobiedy

Oberster Joseph Hritzer przechadzał się niespokojnie po podobozie swojego oddziału. Stali razem z wielką armią Kniazia Aleksieja Trubeckiego  tuż za granicą Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wojna już została wypowiedziana, tylko patrzeć gdy siwy bojar poderwie obóz na nogi i ruszy swą potęgą miażdżyć upadającą Rzeczpospolitą. Austriacki dowódca piechoty, rodem z Linzu, został wynajęty przez samego cara Aleksieja Romanowa do wyszkolenia moskiewskiej piechoty i stworzenia z nich oddziału niemieckiego autoramentu, jak to robią od wielu lat Polacy. Gdy przybył w raz ze swoją rotą do Trubecka, gdzie miał stawić się i oddać pod rozkazy kniazia Trubeckiego, oniemiał. To co zobaczył, przechodziło ludzkie pojęcie.  Za drewnianą bramą grodu, porozrzucane nieregularnie stały baraki wojskowe pozbijane z nieokorowanych bali.  Wokół nich zbijały się tłumy brodatych, można by rzec, bestii. Strzelcy odziani w grube kaftany oraz jeźdźcy okryci kolczugami, zapomnianymi  w Europie Zachodniej półtora wieku temu, ale na wschodzie wciąż popularnymi. Co niektórzy siedzieli na zdeptanej trawie i grali w kości, inni stali przy palikowych barierkach biegnących wzdłuż drogi i przyglądali się wchodzącym piechurom. A ich wzrok nie był bynajmniej przyjazny. Był dziki  i wrogi. Bardzo tu pasuje termin ?patrzeć wilkiem?.  Gdy oddział minął część wojskową, ujrzał przed sobą kolejną bramę, tym razem kamienną. Z jej okienka wychyliła się głowa w czerwonej strzeleckiej czapce i gromko zakrzyknęła:

? A wy kto?!

Przewodnik, który im towarzyszył odkąd przybyli do portu pod Iwanogrodem, podszedł  bliżej i zaczął rozmawiać ze strażnikiem. Był to ormianin, najęty przez cara do tego typu posług z powodu znajomości języków oraz niezwykłym umiejętnościom krasomówczym. Wojska jadące na służbę do cara często słyszały straszne historie, o tym, jak wygląda Rosja i co tam się dzieje. Przewodnik umiał zniwelować strach opowieściami  o pięknie Kremla czy potędze wojsk caratu. Po dłuższej chwili przyglądania się tynkowanym i malowanym na kremowo murom z zakrytymi drewnianym daszkiem  blankami i okrągłymi wieżyczkami, usłyszeli gromkie:

? Zachoditie!

Coś trzasnęło, coś stuknęło i wielkie drewniane drzwi rozsunęły się z łoskotem na dwie strony.  Po drugiej stronie muru przywitał ich gestem pozdrowienia wyższy dowódca wojskowy.

? Witajcie druhowie we włościach mego pana Aleksieja Trubeckiego! ? rzekł po polsku ?Nazywam się Olgierd Kormiłło i jestem komendantem tutejszej załogi. Póki co zajmę się wami.

? To waść posługujesz się polskim językiem?-spytał zdziwiony Joseph, który również poznał tą trudną mowę będąc jako młody chłopak w służbie u pana Koniecpolskiego.

-Tu, na tych ziemiach, prawie każdy ją zna - rzekł nostalgicznie komendant ? Ci z nas, co już szable w rękach mogą dzierżyć, pamiętają jak to jeszcze dziesięć wiosen temu władał nami łaskawie król Władysław Waza. Ale w roku pańskim 1645. nasz kniaź oddał się pod protekcję carowi, tym samym włączając Wielkie Księstwo Trubeckie do Rosji.

? A ten co nas witał z bramy z muszkietem w ręku? Przysiągłbym, że po rusku mówił.

? Ten, jak i cała ta dzicz za murami miejskimi, to wojska przysłane nam przez cara. To z nich waść masz zrobić doborowe pułki.

? Nie będę miał chyba łatwego zadania. Znaszli waćpan tego żołnierza? Bitny on i karny?

? Jeśli chodzi o waleczność, to bardziej zawziętego na wroga ze świecą szukać. A na Polaków, to tylko Kozacy bardziej zawzięci. A i tych w naszych szeregach nie brakuje. Ruszą hurmem wyżynać lachów jak tylko zabrzmią rogi i chorągiew ze św. Jerzym załopoce nad ich zastępami.  Upada Rzeczpospolita. Powstała ciemność i powoli ją zakrywa, aż w końcu w całości pochłonie. I choć jak Rosja długa i szeroka  nie ma w niej tak wykształconych, światłych i znających sztukę wojenną ludzi  jak w Polsce, to pewne jest zwycięstwo  Moskali. A dla czego? Bo car ma władzę. Ma władzę i wiarę ludu, a polski król tego nie ma.

? Wnioskuję z waścinej wypowiedzi, żeś niechętny Rosjanom. Czemuż to?  Czy żeś sam nie jest jednym z nich?

? Ja jestem Litwinem. Nie byłoby mnie tu, gdybym nie był za granicą tego państwa  uważany za nic niewarte ścierwo. Ale niestety, na Litwie i w Polsce byłbym teraz pole orał. Wychowałem się w wsi nieopodal. Z niej mając lat piętnaście zbiegłem i dołączyłem do tutejszej załogi. Byłem poszukiwany przez mojego seniora, pana Ławrzyckiego, ale gdy kniaź zbuntował się przeciw Rzeczypospolitej, kazał wszystkich lachów powieszać. I on między innymi zawisł na bramie własnego majątku.

Dopiero teraz Joseph zauważył, że jego rozmówca jest przybrany bardziej modą litewską, niż   w stroje, jakie nosili wojskowi rosyjscy. Miał na sobie błękitny kontusz z wysokim kołnierzem oraz czerwoną delię spiętą łańcuchem ze sprzączkami z wygrawerowanym herbem kniazia Trubeckiego- Pogonią Litewską. Na głowie miał wysoką czapkę futrzaną a do pasa przytroczoną ciężką szablę

? Dobrze waszmość, rozgadaliśmy się, a tu trzeba do obowiązków wracać. Będziecie stacjonowali w koszarach razem z naszą załogą. A od jutra zaczniecie szkolenia.

Jak się później okazało, Trubeck nie jest tak okropnym miejscem jak się wydawało na początku.  W centrum stała piękna cerkiew i wielki ratusz. Stary kniaź dbał o swoje dobra i starał się utrzymywać miasto i zamek w jak najlepszym porządku. Okazało się, że cała ta dobudówka wraz z drewnianą palisadą, powstała w parę tygodni, gdy na miejsce przybyli carscy żołnierze i nie było dla nich miejsca w koszarach.

Po paru tygodniach pobytu w Trubecku, wszystkie wojska oprócz nielicznej załogi wyszły w drogę. Joseph objął komendę nad całą piechotą. Nie był zbyt zadowolony z efektów swej pracy. Wprawdzie nauczył żołnierzy paru szyków i zasad, ale wciąż pozostali to dzicy Moskale. Zamiast  forkietów używali berdyszy, a zamiast porządnych, długich włóczni mieli zwykłe dzidy. Austriak, pomimo znajomości ogromu sił Rosjan, nie wierzył w ich zwycięstwo. Wciąż pamiętał opowieści o Kircholmie. Sam też służył Polakom, najpierw jako młodzian u Koniecpolskiego, potem już jako weteran wojny trzydziestoletniej u Jeremiego. Był świadkiem pogromu pod Konstantynowem, gdy to sama jazda liczącej 8 tyś. wojów dywizji pokonała i rozgromiła aż 60 tyś. kozackich rezunów pod wodzą samego straszliwego Krzywonosa. Wciąż pamiętał i wierzył polskiego ducha. Bardzo był nierad, że musi służyć  Rosjanom. ? No ale cóż?-myśli sobie-?gdy tylko termin mojej umowy minie, przejdę do Polaków. Nawet żołdu nie będę brał, byleby pomóc uratować ten kraj?? Na tych rozmyślaniach przyłapujemy go też na samym początku tej opowieści. Przebyli już granice                    i szykowali się do pierwszej walnej rozprawy. Stanęli na pewien czas nad Desną, nieopodal Smoleńska i przygotowywali już oblężenie, gdy nagle doszła ich piorunująca wieść ? ?Lachy idą!?. Z warowni wyruszyła przeciw nim dywizja wojsk litewskich pod dowództwem porucznika Władysława Jerzego Chaleckiego. Żołnierz to był sławny już za czasów wojen z Gustawem Adolfem, więc nasz bohater utwierdził się w przekonaniu, że wojska ruskie czeka klęska pod kopytami skrzydlatych huzarów.

Był wieczór i na wszystkich podobozach spożywano wieczerzę. Strzelcy, w środku których podobozu znajdował się podobóz niemiecki, raczyli się suszoną dziczyzną i gorzałką, której zapach - pomieszany z wonią potu i innych ludzkich wydzielin ? dominował w całym warownym obozie.Joseph spacerował po ścieżce wydeptanej między ich namiotami a siedzibą kniazia Trubeckiego. Był zdziwiony, że w związku ze zbliżającym się starciem nie wydają żadnych rozkazów. Intrygowało go też, że nie widział przestrachu u żołnierzy. Bawili się świetnie i nic sobie nie robili ze zbliżającego się niebezpieczeństwa. W końcu nie wytrzymał i postanowił spytać księcia o rozkazy. Ruszył dziarskim krokiem w kierunku jego namiotu. Gdy doszedł, ze środka usłyszał gwar uczty. Wszedł i powiedział żołnierskim tonem:

? Dowódca piechoty, oberster Joseph Hritzer melduje się na rozkazy. Czy są dla mnie jakieś instrukcje? Szykować wojska do wymarszu?

Bojarowie, wyżsi dowódcy oraz sam kniaź buchnęli śmiechem. Wszyscy byli już trochę podpici.

? Waść się tak nie śpiesz, mości pułkowniku, wszystko jutro obaczysz-odpowiedział z dobrotliwym uśmiechem władyka ? Jutro pohulamy na Lachach, dziś ucztujemy. I ty też dosiądź się do naszego stołu, bo mi się twoja żołnierskość podoba

? Mi mości książę nie przystoi ? zaczął się wykręcać wojak.

? Co u was nie przystoi, to u nas przystoi. Siadaj waćpan, jak cię kniaź prosi ? powiedział jakiś brodaty bojar z blizną na oku ? dajcie mu tam mięsiwa i kielich miodu!

Po raz pierwszy pan Hritzer miał okazję przyjrzeć się dokładniej kniaziowi. Był to człowiek przeciętnej postury, jednak pomimo wieku wciąż krzepki i surowy. Nosił gęstą, siwą brodę i zaczesane za uszy długie włosy. Nos orli a usta zawsze zdobił delikatny uśmiech. Oczy miał błękitne i co ciekawe, w odróżnieniu od innych bojarów siedzących przy stole, biło od nich pewną szlachetnością i dobrodusznością. Był to zresztą człowiek wielce dobry, żyjący po chrześcijańsku i oprócz geniusza wojennego posiadający umiejętność pomagania bliźniemu. Ale był wielce zawzięty na Polaków odkąd jego syn został zabity podczas walk przy odłączeniu się Trubecka od Rzeczpospolitej i dlatego bardzo chętnie ruszał na tę wyprawę. Potrzebował zemsty.

Siedzieli i rozprawiali, jakie to cuda będą wyczyniać w zdobytych miastach i wszyscy śmiali się i radowali. Wszyscy oprócz Josepha Hritzera i Olgierda Kormiłły. Wreszcie obaj postanowili wyjść pod pretekstem doglądania porządku w swoich oddziałach. Szli w milczeni do rozstaju, z którego jedna droga prowadziła do obozu jazdy a druga do piechoty. Komendant rzekł na odchodnym.

? Jutro czeka nas sądny dzień, waść. Przygotuj się!

Austriak nic nie odpowiedział. Podał mu rękę i w zamyśleniu oddalił się kierunku swego podobozu.

Następnego ranka obudził go śpiew. Melodyjny, piękny śpiew wydobywający się z tysięcy gardzieli. Wyszedł w pośpiechu z namiotu i ujrzał morze odkrytych głów żołnierskich patrzących w jeden punkt ? trzymającego krzyż popa prowadzącego przed bitewną mszę. Joseph widział tych wszystkich ludzi i nie mógł dowierzyć, jaki to religijny naród. Patrzyli w kierunku wzgórza, z którego było prowadzone nabożeństwo jakby widzieli tam samego Chrystusa lub ich patrona, św. Jerzego. Po skończonej służbie na wzniesienie wjechał konno wraz z orszakiem książę, w błyszczącej zbroi lamelkowej i z przybranym piórami szyszakiem na głowie. Pochylił się do duchownego, odebrał błogosławieństwo, po czym odwrócił się do tłumu i krzyknął:

? Druzja! Za sławu, za pobiedu, za wielikuju Rosiju, w pieriod!

Odpowiedział mu na to krzyk tysięcy żądnych lackiej krwi żołnierzy. Dowódcy skoczyli do swoich oddziałów. Szybko zaczęli formować szyki i po dwóch godzinach był gotowi do drogi. Wtedy na ich czele stanął ów dowódca, za nim jechał żołnierz z buńczukiem, a po jego bokach załopotały chorągwie. Jedna ze św. Jerzym, druga jego własna, z Pogonią Litewską. Podniósł buławę i dał znak. Ruszyli. Po niezbyt długim czasie ujrzeli przed sobą przednie straże wrogich wojsk, które na ich widok zawróciły i pognały w kierunku ich głównych sił. Nie gonili ich. Woleli poczekać na całe siły. Kniaź kazał im rozstawiać się i czekać na szarżę litewskiej jazdy. Stali tak i niecierpliwili się, a w szczególności nasz bohater. Czekał. Nie mógł się doczekać, aż nie zobaczy husarzy, a jednocześnie panicznie się bał, że te okropne wojska razem z nim zostaną po prostu zmiażdżone kopytami ciężkich koni. Nerwowo rozglądał się po otaczających go wojskowych. Wokół niego, w bloku centralnym stała piechota. Berdysze, muszkiety i krótkie włócznie, oto w co byli uzbrojeni. Nie wiele sobie po tym obiecywał. Na skrzydłach stali konni. Na tych to żołnierz po prostu nie mógł patrzeć. Ich główną broń stanowiły łuki. Łuki! Łukiem bawił się jego dziesięcioletni synek, strzelając do wron w podgrodziu Linzu. Oh, biedny mały Olaf? Został sam z matką, podczas gdy jego ojciec wyjechał na nieroztropną wyprawę do tego dzikiego kraju. Wyrzucał sobie teraz też, że go opuścił, i możliwe, że już nigdy do niego nie wróci. Do niego i do jego matki, którą tak kochał.

W końcu usłyszeli tętent koni i dęcie rogów ? wróg nadjechał. Dywizja Chaleckiego stanęła naprzeciw nim. Do przodu wysunął się jeden mąż ? zapewne sam Chalecki ? zrobił kilka ruchów buzdyganem, po czym kawaleria rzuciła się do ataku. Joseph postąpił krok do przodu i uniósł pałasz. Dowódcy poszczególnych rot zaczęli wydawać komendy: strzelaj i ładuj. Jeźdźcy zaczęli padać jak muchy. Husarzy, których tak wyczekiwał pan Joseph , oraz których tak się obawiał, można by policzyć na palcach u rąk. Większość atakujących konnych to byli drobni szlachcice tworzący oddziały lekkiej jazdy, niewiele lepsze od konnych rosyjskich. Nasz bohater patrzył na zdarzenia z coraz większym osłupieniem. Mało który jeździec docierał do linii piechoty, a jeżeli już docierał, to był rozszarpywany przez kłębiących się strzelców. Po lewej huzar został rozszczepiony na pół berdyszem, po prawej kawalerzystę zatłukli kolbami muszkietów. Obłęd! Oberster zaczął tracić kontakt z rzeczywistością. Powoli i bezwładnie opuścił broń i oparł się na niej. Jego niemiecki oddział przestał walczyć, zresztą nie było to konieczne. Konni już w ogóle nie docierali do pieszych wojsk. W międzyczasie kniaź poderwał do walki jazdę, która z obu stron najechała na wciąż próbujących ataku Polaków. Ale Austriak nie zwracał na to uwagi. Zapadł w letarg. Wtem nagle na prawym skrzydle zapanowało zamieszanie. Znajomy głos, który stamtąd doleciał ocucił na chwilę jego zmysły.

? Bracia! Kto gotów jest polec za prawdziwą ojczyznę, za mną! Na trubecczyków!

Był to krzyk Olgierda Kormiłły. Krzyk nagle przerwany, bo przeszyty strzałą któregoś z wiernych kniaziowi drużynników. Bunt został stłumiony w zarodku i nawet nie zdążył się rozrosnąć. Potem już ruska jazda zacieśniała obręcz wokół szlacheckiej kawalerii. Piesi Moskale  nie wytrzymali. Rzucili muszkiety na ziemię i skoczyli z berdyszami i włóczniami, wyrzynać lackie plemię.

Panował kompletny chaos i jedyny, który stał wtedy niewzruszenie, to właśnie Oberster Joseph Hritzer. A ostatnie co usłyszał przed kompletnym zapadnięciem się w ciemność było gromkie, wykrzyczane przez dzikie szeregi: Pobieda!