- +   -

Biblioteka miejsko-powiatowa w Kwidzynie



BIERZEMY UDZIAŁ
W PROGRAMACH:
Nowak Aleksander
Tekst nadesłany do konkursu w 2013 roku.

O nieśmiertelności

    Subtelny szum drzew zlewał się z dźwiękami trzaskającego ogniska. Wiktor leżał na karimacie metr od niego, wpatrując się ślepym spojrzeniem w gwieździste niebo. Wiatr, wściekle targający liśćmi ponad jego głową, zawiał od strony wody i Wiktor przechylił głowę by na nią spojrzeć. Zaledwie parę metrów od brzegu wyspy, na której się znajdował, ciemna woda marszczyła się jakby zapraszając go. Po chwili odwrócił głowę i zaczął wpatrywać się w ognisko, mały festiwal płomieni, w którym każdy pojedynczy języczek starał się zabłysnąć jaśniej niż pozostałe. Chociaż na chwilę być najlepszym, niedoścignionym, stanąć ponad wszystkimi. I tak bez końca. Ten bezsensowny, wyniszczający wyścig szczurów mógł się już skończyć wiele godzin temu, gdy już płomienie pożarłyby wszystko dookoła siebie, a jednak Wiktor wciąż karmił je coraz to nowymi gałęziami. Męczył je z czysto egoistycznej fascynacji; uwielbiał obserwować ogień. Ich wieczna rywalizacja przypominała mu dawne czasy, gdy był taki sam jak te płomyczki. Maluczki, a jednak pragnący być kimś, chciał za wszelką cenę zabłysnąć, wyjechać do stolicy, zarabiać miliony, jeździć drogimi samochodami, żyć jak pan. Już nawet mu się udawało. Pracował po osiemdziesiąt godzin tygodniowo, piął się w hierarchii firmy wyżej i wyżej, a jego roczna pensja już prawie sięgała sześciocyfrowej sumy. Wtedy w jego życiu pojawił się Łukasz, typowy nikt, bez edukacji, z żałosną pensją dla siebie, żony i dwóch malutkich córek. Ten nikt wywrócił jego życie do góry nogami, wyciągnął go z wyścigu szczurów, pokazał inny styl życia. To było prawie osiem miesięcy temu, w Nowy Rok. A teraz, Wiktor siedział patrząc beznamiętnie w ogień, ze świadomością, że Łukasza już nie było.
?Mogę się dosiąść?? Młody dziewczęcy głos zapytał.
?Siadaj, Ania? Wiktor wyszeptał obojętnie. Szczupła blondynka, która siadła obok niego właściwie nazywała się Anastazja, ale wszyscy wołali na nią Ania. Była młodszą siostrą Łukasza. Miała trzydzieści dwa lata, czyli niewiele mniej od Wiktora. Oboje żeglowali już po tym jeziorze kilka dni wraz z dwoma innymi znajomymi, którzy mieli swoją własną łódkę.
?Wszystko w porządku??  zapytała cichutko.
?Łukasz nie żyje. Jak wszystko ma być w porządku?? Wiktor odburknął z irytacją.
?Przepraszam?dziewczyna westchnęła smutno. Oboje trwali w ciszy przez parę minut.
?Głupie to? Wiktor wyszeptał po chwili.
?Co?
?Śmierć. Przecież on chciał tylko przyjechać do nas, popływać dwa lub trzy dni. To nie były jakieś wielkie plany, tylko głupi weekendowy wyjazd. I zginął przez co? Kierowca jadący z naprzeciwka stracił panowanie nad kierownicą wjechał na przeciwny pas? Wiktor prychnął wściekle? To wszystko jest bez sensu.
?Czasem tracimy bliskich zupełnie niespodziewanie, przez przypadek. Takie jest życie? Anastazja zauważyła z zaskakującym spokojem w głosie. Pewnie po prostu tłumiła trawiący ją ból.
?Taka jest śmierć? Wiktor ją poprawił? Życie ma swój sens, a to śmierć uderza z nikąd, bez planu, bez motywu. Wciąż nie mogę tego zrozumieć- zawiesił głowę smutno.
?Rozumiem co czujesz.
?Nic nie rozumiesz.
?Znałam go trzydzieści dwa lata. To ty nie wiesz co ja?
?Tutaj nie chodzi o czas.
?Wiktor?? Anastazja chciała coś powiedzieć, ale on już wstał i odszedł kilka kroków, zatrzymując się zwrócony do niej plecami. Targały nim silne emocje, których on sam nie rozumiał.
?On nie musiał umierać. Wystarczyłby nowszy samochód, poduszki powietrzne, lepsze opony, mocniejsza rama, a wszystko byłoby?
?Stało się. Nie ma sensu rozważać co by było gdyby? Dziewczyna przerwała mu nagle. Mężczyzna odwrócił się ku niej z wolna? Chodź, płyńmy do domu. Pogrzeb już jutro? Anastazja wstała i stanęła obok niego.
?Daj spokój, wypłyńmy o świcie. Zdążymy? Wiktor zasugerował błagalnie.
?Wiktor, po prostu chodź już? ona również nie była w dobrym nastroju, a niegdysiejszy biznesmen jedynie ją irytował swoim dziecinnym zachowaniem. Wstała i w milczeniu zaczęła odchodzić.
?Wypływamy za dziesięć minut- poinformowała lakonicznie. W jej głosie wyraźnie było czuć złość. Pospiesznym krokiem szybko zniknęła w ciemnościach lasu rozpraszanych jedynie słabą latarką. Wiktor westchnął ciężko, zgasił ognisko wiadrem wody, które czekało tuż obok niego i, szybko zwijając karimatę, pobiegł za nią, nie zwracając uwagi na chaszcze na jego drodze, a skupiając się tylko na tym, by dogonić Anastazję. W momencie, gdy zadrapania od cierni nieznanych mu pnączy piekły go już niemiłosiernie, w końcu ją znalazł. Zrównał z nią krok i spojrzał na nią uważnie, pewny, że coś powie. Ona jednak zacisnęła mocno zęby i milczała. Wiktor był pewien, że zobaczył łzę cieknącą po jej policzku.
? Ja tylko?? zaczął mamrotać nieśmiało.
?Nie wysilaj się, i tak nie zrozumiem? Anastazja odwarknęła wściekle. Teraz na pewno płakała. Mężczyzna westchnął głęboko i spuścił głowę.
?Przepraszam. Nie chciałem tego powiedzieć. Po prostu cała ta sprawa mną wstrząsnęła. Poczułem się taki?? Wiktor szukał właściwego słowa? ?śmiertelny.
?Wszyscy jesteśmy śmiertelni. Wszyscy co do jednego? dziewczyna wyszeptała cichutko.
?Straszne.
?Nie straszne, a piękne. Śmierć to tylko drzwi na drugą stronę, do wiecznego szczęścia. Nie można być nieśmiertelnym, przedtem nie umierając? Anastazja mówiła teraz z lekkim, smutnym uśmiechem.
?Paradoks. Gdy umrzesz, nie możesz być nieśmiertelny. Ciebie już po prostu nie ma? Wiktor odparł sceptycznie.
?Ty nie wierzysz w Boga, prawda?? Blondynka spojrzała na niego uważnie, gdy on powoli pokręcił głową. Na jej twarzy zarysowała się emocja, której kompletnie się nie spodziewał; politowanie.
?Nigdy nie lubiłem idei jakiegoś lalkarza stojącego ponad nami i ciągnącego za sznurki.
?Wiktor, Wiktor?? Anastazja westchnęła ciężko? Ty kompletnie nic nie rozumiesz.
?Wiem, że Boga?
?Wierzysz w Jego nieobecność, może nawet mocniej niż ja w Jego wszechobecność.
?Nie żartuj sobie ze mnie.
?Właśnie straciłam brata. To wspaniały moment by sobie pożartować, prawda?? Blondynka rzuciła szorstko. Resztę drogi do łodzi przeszli w milczeniu. Wiktor był wściekły; z jednej strony na siebie, za to, że za nic nie potrafił zachować się taktownie. Z drugiej strony na Anastazję, która oskarżyła go o wiarę, nawet jeśli w niespotykanym znaczeniu tego słowa. Od zawsze odcinał się od wszelkich wierzących, osobiście dopilnował wypisania się ze wspólnoty Kościoła. Już od dawna nie miał z nimi nic wspólnego, a ona bezczelnie śmiała zrównać go z wierzącymi.

    Doszli na brzeg w ciągu zaledwie kilku minut. Dwaj właściciele łódki, bracia Adam i Michał, już na nich czekali w małej, skromnej kabinówce. Biała, łuszcząca się farba pewnie pamiętała czasy, gdy Wiktor pierwszy raz szedł do szkoły. Obaj młodzi, zaledwie dwudziestoletni chłopacy siedzieli na łodzi, gotowi by już odpłynąć.
?Anastazja, płyniemy?? Adam zapytał. Ona kiwnęła lekko głową i siadła przy sterze.
?Pozwolisz?? Poprosiła cicho wyciągając dłoń do rumpla, a chłopak przytaknął i odsunął się.
?Wiktor, odepchnij nas i płyniemy!? Michał zawołał do Wiktora wciąż stojącego na brzegu.
?A cuma?
?Już odcumowane? Michał wyjaśnił, operując w międzyczasie przy żaglach. Wiktor zdjął sandały i wszedł do chłodnego jeziora. Wzdrygnął się lekko, mimo że była noc. Spodziewał się cieplejszej wody, w końcu był sierpień. Zaparł się o muł i pchnął łódkę mocno. Ta, opornie, ale zaczęła powoli sunąć po dnie, aż w końcu przestała ocierać o piach, a zabujała się delikatnie. Wiktor pewnym susem wskoczył na rufę łodzi, która nieznacznie obniżyła się. Usiadł obok Anastazji delikatnie trzymającej rumpel, w międzyczasie, gdy dwaj chłopacy siedzący na burtach wiosłowali. Gdy odpłynęli prawie sto metrów od wyspy, dziewczyna kazała postawić żagle. Bracia wykonali zadanie w niecałą minutę, Anastazja wzięła szot grota, a Wiktor zajął się drugim żaglem, fokiem. Oboje siedzieli w milczeniu, którego nie śmiał przerwać im nawet wiatr, za słaby by jakkolwiek hałasować, ale wystarczająco silny by nieść żaglówkę po powierzchni jeziora powoli. Dziewczyna patrzała przed siebie utrzymując kurs. Wiktor gapił się w górę podziwiając tysiące gwiazd unoszących się na ciemnoniebieskim firmamencie. Niebo przed nim było piękne tej nocy, nie skażone szkaradną szarością nawet najmniejszej chmurki. Co prawda kątem oka dostrzegał jakieś zachmurzenie za nimi, ale nie zwracał na nie uwagi. Anastazja odwróciła się i uśmiechnęła patrząc na Wiktora.
?Łukasz uwielbia nocne rejsy. Mówi, mroczne wody, w połączeniu z jasnym, gwieździstym niebem mają w sobie coś magicznego. Jakby duchy świętych wyglądały z Nieba by ulitować się nad nami maluczkimi? powiedziała oglądając nieboskłon błogo. Wiktor tylko wzruszył ramionami i opuścił wzrok.
?Poetyzujesz? stwierdził krótko.
?Nie masz czasem ochoty trochę poetyzować? Uwierzyć, że oprócz tego tak często szarego, brzydkiego świata czeka na nas inny, nieporównywalnie piękniejszy, który wynagrodzi nam wszelkie krzywdy?? Dziewczyna zapytała rozmarzonym głosem.
?Masz na myśli Niebo? Nie wierzę w nie? Wiktor zaprzeczył twardo.
?To ty użyłeś tego słowa.
?Nie wierzę w żadne inne światy i tego typu metafizyczne, pseudo-głębokie brednie mające na celu jedynie wprawienie człowieka, jako istoty wybranej, w dumę, a przez to napełnienie portfeli wybranej grupy społecznej, czyli kapłanów wszelkich nacji i religii? Dawny biznesmen szybko poprawił się, zanim jego rozmówczyni znowu zarzuciłaby mu wiarę.
?I w ten sposób czar przepięknej nocy prysł? Anastazja wyszeptała z rozczarowaniem patrząc wysoko ponad sobą. ?Musimy się kiedyś o to pokłócić? Stwierdziła całkiem poważnie. Wiktor spojrzał na nią z niedowierzaniem i roześmiał się.
?Co?? Anastazja zapytała z zaskoczeniem.
?Pokłócić się?
?Kompletnie różnimy się w tej kwestii, chętnie bym z tobą podyskutowała? wyjaśniła. Wiktor tylko wzruszył ramionami.
?Twoja wola? wtedy łódź zaczęła zwalniać. Wiatr nagle zelżał, łódź poruszała się już tylko samym impetem. Gdzieś daleko za nimi, słychać było potężny grzmot. Adam i Michał przyszli szybko na rufę.
?Co się dzieje?? zapytał Wiktor.
?Wiatr ucichł? Anastazja stwierdziła lekko luzując grota. Wtedy nagle szarpnęło łodzią; wiatr zawiał gwałtownie z tyłu, a ta momentalnie przyspieszyła. Wszyscy usiedli dla bezpieczeństwa, a Anastazja starała się opanować sytuację. Po chwili już pewnie trzymała rumpel, wiatr się ustabilizował. W tym samym momencie gwałtownie ucichł. Dziewczyna westchnęła głęboko, wyraźnie zirytowana. Odwróciła się i zobaczyła, że z tyłu, zbliża się do nich wielki front czarnych, burzowych chmur.
?Idzie burza, a my utknęliśmy w ciszy tuż przed nią? Adam zauważył, zmartwiony.
?Będzie dobrze, tylko załóżcie sztormiaki? Anastazja poleciła. Obaj bracia wskoczyli do środka i wyrzucili na zewnątrz dwa sztormiaki. Wiktor podał jeden dziewczynie, a sam wstał i zaczął zakładać swój. Sterniczka, pośpiesznie zakładając płaszcz wciąż siedziała przy sterze, jednak nie zwracała uwagi na znajomego, zajęta własnym strojem.
?Wiktor, siadaj!? krzyknęła wściekła, gdy zorientowała się, że ten stoi. W tym samym momencie wiatr nagle zawiał z tyłu przerzucając oba żagle na drugą stronę. Bom grota, gruba drewniana bela lecąca na poziomie głowy zdzieliła Wiktora w potylicę potężnie, wyrzucając go za burtę. Anastazja obserwowała go nieprzytomnego wpadającego do wody, gdy nagły wiatr popchnął żaglówkę mocno do przodu. Maszt, zatrzeszczał niebezpiecznie. Gdyby wiatr był trochę mocniejszy, niechybnie by pękł.
?Człowiek za burtą!? dziewczyna krzyknęła, obserwując Wiktora.  Zarówno Adam jak i Michał wypadli z kabiny bez sztormiaków.
?Daj ster? Michał, jako najlepszy żeglarz, zasugerował.
?Dam sobie radę!? Odwrzasnęła Anastazja.

    Wiktor ocknął się z chwilowego otępienia, gdy całym ciałem wpadł do lodowatego jeziora. Zachłystnął się wodą i zaczął się krztusić, ale już znalazł się pod powierzchnią, przez co do ust wlało mu się jej jeszcze więcej. Udało mu się wybić na chwilę na powierzchnię i nabrać powietrza, ale wtedy fala, która przyszła z nikąd, zalała go. Ciężki sztormiak zaczął ciągnąć go na dno, a w dodatku nie miał na sobie żadnej kamizelki ratunkowej. Wiktor szarpał się z plastikowym płaszczem, uparcie nie chcącym się rozpiąć. Zaklął w duchu, zdając sobie sprawę, że schodził niżej i niżej pod powierzchnię. Sekundy mijały przeraźliwie długo. Było tam strasznie ciemno, płuca desperacko domagające się tlenu płonęły żywym ogniem. Siłował się z ciężkim jak z ołowiu sztormiakiem w nieskończoność. Już udało mu się go rozpiąć, ale wtedy poczuł, jak opuszczają go ostatnie siły. Płaszcz zsunął mu się z rąk i zniknął w odmętach. Ale to wszystko było już na nic. Pociemniało mu przed oczami. Zrozumiał, że to koniec, nie był w stanie wypłynąć na powierzchnię.
?By być nieśmiertelnym najpierw trzeba umrzeć? Głupota? pomyślał. ?Przecież właśnie umieram, a nigdy mi nie było tak daleko do nieśmiertelności tak daleko jak teraz? Wiktor nie chciał umierać. Marzył, by móc dosięgnąć powierzchni, raz jeszcze zaczerpnąć głębokiego oddechu chłodnego, nocnego powietrza. Z głębi serca starał się unieść choć odrobinę w górę, oddalić od siebie widmo śmierci. Czując jej lodowatą dłoń na szyi wiedział, że to nie jest brama do lepszego świata. Coś tak przeraźliwego, bolesnego, nie może być bramą. Śmierć to koniec. Definitywny, ostateczny. Po niej nie osiągamy nieśmiertelności. Tam nie czeka już nic. Wiktor wyciągnął obie ręce w górę w desperackim geście.  Wtedy poczuł, że ktoś go chwyta. Zaczął unosić się coraz wyżej i wyżej aż w końcu dotarł na powierzchnię.
?Tu jesteśmy! Mam go!? Krzyczał głos tuż obok niego. To był Adam, który go trzymał i podał mu koło ratunkowe. Resztką sił Wiktor oparł się na nim, delektując się powietrzem. Zdołał uśmiechnąć się lekko do Adama unoszącego się w wodzie tuż obok niego.
?Do usług? Ten powiedział zanim Wiktor zdążył cokolwiek wyksztusić. Łódka już powoli do nich podpływała. Anastazja zakręciła tuż obok nich, stanęła pod wiatr wytracając całą prędkość. Michał chwycił ledwie trzymającego się Wiktora i wciągnął go szybko na pokład. Adam międzyczasie chwycił się burty i sam szybko podciągnął do góry, wrzucając wcześniej koło do kokpitu. Wiktor pół siedział pół leżał oparty plecami o kadłub łodzi. Adam usiadł obok Michała, który podał im obu ręczniki.
?Wiktor, setki razy ci mówiłam, nie wstawaj, gdy jesteś na łódce. Gdybyś siedział, nic takiego by się nie stało? Anastazja powiedziała z wyrzutem.
?Ania, nikomu nic się nie stało  i to się liczy? Adam zauważył.
?A ty nie powinieneś tak wyskakiwać?? Już chciała skrytykować jego nieodpowiedzialność,  kiedy Wiktor jej przerwał.
?Masz rację? przytaknął uśmiechając się lekko? Musimy się kiedyś pokłócić? stwierdził enigmatycznie. Złość na jej twarzy zniknęła ustępując miejsca ciekawości. Gapiła się na niego przez kilka sekund zastanawiając się co miał na myśli, a wiedząc, że on jej tego nie wyjaśni. Nie przy Adamie i Michale. Westchnęła ciężko i wybrała grota, raz jeszcze obierając kurs prosto na najbliższą miejscowość.

    Pogrzeb odbył się następnego dnia, po południu. Było słonecznie, ale dosyć chłodno jak na sierpień, szczególnie, że wiał mocny wiatr. Miejscowość, w której go zorganizowano była jakieś trzydzieści kilometrów od domu Łukasza, w miasteczku gdzie się urodził. Ceremonia rozpoczęła się w malutkim, miejscowym kościółku, a trumnę złożono na niewielkim cmentarzu tuż za nim. Niosło ją sześć osób; Anastazja, Magda, czyli żona Łukasza, jego ojciec oraz trzech przyjaciół, których imion Wiktor za nic nie mógł sobie przypomnieć. Przez cały czas trwania uroczystości niegdysiejszy biznesmen czuł się niezręcznie; najpierw, pierwszy raz od lat, uczestniczył we mszy świętej, później słuchał modlitewnych śpiewów, a na końcu mowy przygotowanej przez kapłana. Szczególnie ta ostatnia była wysoce niezręczna, jako że ksiądz mówił bardzo wiele o tym, jak dobre życie Łukasza, wzorcowego chrześcijanina pomagającego każdemu bez wyjątku, pokornego i bogobojnego, miało być wynagrodzone w życiu wiecznym w Niebie. Wiktor śmiał się w duchu z księdza, zastanawiając się ile zarobił na odprawieniu pogrzebu.
?Życie wieczne? pomyślał z nutką pogardy. ?Oni wszyscy naprawdę w to wierzą, niemal dławią się swoim opium dla mas, a ci pseudo-bliscy Boga czy czego tam tylko wyciągają od nich pieniądze za byle obrządek? patrzył na cały ten cyrk z wieńcami i zniczami z dziwnym, niezrozumiałym dla siebie rozbawieniem, jakby litością nad dziećmi, które wciąż gubiły się w mgle, którą on już dawno rozwiał. Ale wtedy jego wzrok spoczął na trumnie i zaczął go trawić strach. Osoba, z którą był tak naprawdę najbliżej przez ostatnie pół roku zginęła, a sam otarł się o śmierć. Lękał się śmierci, tej dębowej trumny, kapłana, wieńców i zniczy. Nie chciał zniknąć na zawsze, a jako jedyny w tym tłumie wiedział, że czeka to ich wszystkich. Wiktor zaczął czuć zawroty głowy, żołądek go bolał. Ciarki przeszły po całym jego ciele, czuł niepokojący chłód na plecach. Nie potrafił skupić się na niczym, a tylko tej dębowej trumnie. Czekał tylko aż pogrzeb dobiegnie końca, aby mógł się wymknąć. Minuty dłużyły się nieznośnie, a on czuł się tylko gorzej i gorzej. Aż w końcu, ksiądz udzielił błogosławieństwa wszystkim zebranym i ich pożegnał. Koniec. Wiktor odetchnął z ulgą i powoli zaczął wracać do swojego samochodu. Po drodze zamienił słowo z kilkoma znajomymi Łukasza, których kojarzył, w myślach jednak będąc już w samochodzie. Już się przy nim znalazł, otwierał drzwi, kiedy usłyszał znajomy głos.
?Gdzie się tak spieszysz?? Anastazja zapytała z niedowierzaniem. Była tuż za nim. Wiktor westchnął głęboko i odwrócił się powoli.
?Muszę już jechać? powiedział słabo.
?Bez pożegnania?
?Do zobaczenia. Mogę już jechać?
?Wiktor?
?Anastazja, spieszę się? Wiktor powiedział niecierpliwie.
?Pojechać, gdzie? Gdzie tak możesz się spieszyć, by nawet nie przyjść na stypę po pogrzebie przyjaciela? ? dziewczyna widocznie nie zamierzała odpuścić.
?Z powrotem do stolicy. Moja firma otwiera zagraniczną filię, potrzebują jeszcze kilku osób by uzupełnić kadrę. To jest moja szansa by tam wrócić? wyjaśnił.
?Wrócić? Teraz? Myślałam, że chciałeś się stamtąd wyrwać. Czy nie to powtarzałeś Łukaszowi przez ostatnie sześć miesięcy?? Anastazja patrzyła na niego z niedowierzaniem.
?Nie zrozumiesz? Wiktor chciał otworzyć drzwi, ale ona je zablokowała ręką. Zawsze była uparta, nie pozwalała się zbyć tak łatwo jakby tego chciał.
?Więc wytłumacz. Chodzi o Łukasza, prawda? ? Dziewczyna zgadła. Biznesmen roześmiał się cicho i pokręcił głową powoli.
?Ty nic nie rozumiesz? wyszeptał i chciał otworzyć drzwi, ale ona wciąż je trzymała.
?Więc pozwól mi zrozumieć? jej głos brzmiał jak prośba, co wcale nie oznaczało, że Wiktor miał jakikolwiek wybór.
?Zatęskniłeś za pieniędzmi, wielkim miastem?? Anastazja dalej zgadywała.
?Możesz tak zgadywać w nieskończoność.
?Albo mi po prostu powiesz. Możemy tu tak stać nawet w nieskończoność, aż w końcu mi wytłumaczysz skąd ta zmiana? dziewczyna wciąż trwała przy swoim. Wiktor tylko prychnął z irytacją.
?Nie możesz iść do swojego kościółka pomodlić się za brata i dać mi spokój? ? zapytał, widocznie już wściekły całą tą wymianą zdań. Na twarzy Anastazji rysowało się teraz
niedowierzanie.
?Więc o to ci chodzi. We wiarę? domyśliła się.
?Nie, nie o to? Wiktor zaprzeczył, coraz bardziej nerwowy.
?Właśnie, że o to. Ty się boisz? wyszeptała z niedowierzaniem.
?Daj. Mi. Spokój. Mogłabyś? ? powiedział powoli, rozjuszony.
?Boisz się śmierci, prawda, Wiktor?? Anastazja zapytała i widząc wściekłość rysującą się na jego twarzy wiedziała, że ma rację.
?Anastazja?? Chciał zaprotestować, ale zwyczajnie nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Był w stanie jedynie piorunować ją wzrokiem w milczeniu.
?Tak naprawdę sama śmierć Łukasza nie była tak przerażająca jak wczorajszy incydent na jeziorze, prawda? Łukasz to był tylko element układanki. Ważny, ale w przeciwieństwie do tamtej nocy, nie kluczowy. ? domyśliła się.
?Po co to drążysz? ? Wiktor odwarknął.
?Bo uciekasz od nas jak tchórz, a ja chcę wiedzieć dlaczego. I już wiem? wyjaśniła z subtelną nutką triumfu w głosie.
?Mogę więc już jechać?? zapytał desperacko.
?Lękasz się śmierci, bo nie wierzysz w nieśmiertelność. Dlatego brałeś udział w całym tym wyścigu szczurów. Pieniądze były dla ciebie tylko środkiem. Desperacko pragnąłeś odgonić się od widma śmierci. Kupiłeś super bezpieczny samochód, zatrudniłeś kucharkę, która gotuje bardzo zdrową, grecką kuchnię, co dzień łykałeś wszystkie znane ludzkości witaminy. Jak ognia unikałeś alkoholu, papierosów czy wszelkich innych używek takich jak nawet kawa. Zdobyłeś pistolet do samoobrony i regularnie trenowałeś strzelanie i samoobronę. Codziennie znajdowałeś czas by ćwiczyć niemniej niż dwie godziny dziennie, by pozostać w niemalże atletycznej formie. Często byłeś u przeróżnych lekarzy na profilaktycznych kontrolach. Pedantycznie wręcz dbałeś o wszelkie zasady bezpieczeństwa gdziekolwiek byłeś.
?Skąd to wszystko wiesz? ? Wiktor zapytał zdumiony.
?Sam to nam kiedyś powiedziałeś, nie pamiętasz? ? Anastazja patrzyła na niego                            z zaskoczeniem. Mężczyzna nie potrafił nawet skupić myśli ?Wracając do tematu, to wszystko było tylko środkiem, który miał ci zapewnić twoją własną nieśmiertelność na Ziemi. Oddaliłeś od siebie widmo śmierci tak bardzo jak to tylko możliwe, nawet zapomniałeś o celu tych działań. Ale gdy Łukasz wyciągnął cię z tego wyścigu szczurów, to wszystko zniknęło; zacząłeś jeździć zdezelowanym samochodem, z czasem zapomniałeś o zdrowej diecie                     i ćwiczeniach, zdarzyło ci się napić piwa czy posiedzieć w pomieszczeniu przesyconym dymem papierosów. A gdy Łukasz zginął w tym samym samochodzie, którym jeździłeś dziesiątki razy, a ty sam prawie utonąłeś przez własną nieostrożność, nagle przypomniałeś sobie o śmierci. Poczułeś się nagle śmiertelny jak każdy z nas. I to cię przeraziło. Nieumyślnie przypomnieliśmy ci, że ty też możesz umrzeć i nie potrafisz znieść tej myśli. Właśnie dlatego wracasz, prawda? Nie dla pieniędzy, ale własnej, małej nieśmiertelności. Prawda, Wiktor? ? Anastazja skończyła swoją przemowę obserwując go uważnie. Wiktor westchnął ciężko.
?Mogę już iść? ? zapytał.
?Czy to prawda? ? dziewczyna zapytała stanowczo.
?Tak! ? Wiktor wrzasnął wściekle. Wtem odwrócił się od niej i oparł o swój samochód. Nie wiedział co ze sobą zrobić. ?Mogę już jechać? ? poprosił cicho.
?Wiesz, że na tym świecie wszyscy umrzemy, prawda? ? Anastazja przybrała teraz łagodny głos.
?Mogę jechać? ? wyszeptał błagalnie. Dziewczyna westchnęła ciężko. Zrozumiała, że go nie zatrzyma.
?Jedź już do swojej stolicy, kreuj swą iluzoryczną nieśmiertelność. A nam, maluczkim, zostaw umieranie. Tylko wiedz, że twoja iluzja nie będzie trwała wiecznie? Anastazja odsunęła się od samochodu, a on wsiadł do niego szybko i trzasnął drzwiami wściekle. Bez słowa zapalił silnik i odjechał nie żegnając się z nią, nawet na nią nie patrząc. Jechał tak szybko jak tylko mógł, uciekając od tego małego miasteczka. Zapiął pas i włączył radio. Nie mógł się doczekać stolicy, gdzie czekała jego mała nieśmiertelność.

Autor: Sable
Nogowski Kacper
Praca zgłoszona na konkurs w 2014 roku

,,Miłość?

 
Miłość jest jak zapach fiołków i konwalii,
jak słowika wiosną najpiękniejszy śpiew.
Miłość to jest niebo usłane gwiazdami
i nadmorskiej plaży piaszczysty kres.
Jest dniem najjaśniejszym,
najciemniejszą nocą,
najgorętszym latem,
 najmroźniejszą z zim.
Jest wiosny zielenią,
jesieni czerwienią,
jest wszystkim na świecie,
Tobą jest i Mną.