Biblioteka - debiuty
- +   -

Biblioteka miejsko-powiatowa w Kwidzynie



BIERZEMY UDZIAŁ
W PROGRAMACH:
Pokrzeptowicz Ewa
Proza zgłoszona do konkursu w 2013 roku. Pierwszoosobowa narracja na kilka chwil przed końcem.

Prisoner
    Więźniem. Jestem zwykłym więźniem. I człowiekiem. Sobą. Nikim więcej. Więźniem,                           w znaczeniu tego słowa dosłownym i przenośnym. Bo jak inaczej nazwać człowieka, który tkwi niezauważany w plątaninie własnego umysłu i ciała, jak kanarek zamknięty w za ciasnej klatce?
    Więźniem. Więźniem samego siebie. Więźniem swoich uczuć, pragnień, nawyków? i nie zmienię tego, choćbym chciał i starał się ze wszystkich sił.
    Więźniem. Więźniem codzienności, trosk, tego, co ludzkie.
    Siedzę na zimnej podłodze w celi.  Opieram się o równie chłodną ścianę. Moje myśli też powoli, acz nieustannie ogarnia chłód. Spoglądam na ostatnie promienie rzucane przez zachodzący, samotny księżyc. To ostatni jego zachód, jaki jest mi dane oglądać w życiu. Moje życie nie było jakieś nadzwyczajne. Ot, garść smutnych, wesołych i dziwnych wspomnień. Garść ludzi, tych raz miniętych na ulicy, spieszących w swoją stronę, nie wiedzących o moim istnieniu i tych, z którymi spędziłem większość swojego życia. Garść cech, które budowały i nadal budują moją zawikłaną osobowość.
    Siedzę na zimnej podłodze. Sam na sam, ze swoimi myślami i ostatnimi oddechami życia, które mi pozostały. Skazali mnie. Za co? Za wydarzenie, które przerwało moje szare, nudne życie i pozwoliło oderwać się od rzeczywistości. Czy to przestępstwo? Nie wiem. Nie mnie to oceniać. A szkoda, bo byłoby ciekawie.
    Moja sprawa zakończyła się trzy dni temu w zwyczajnym sądzie. Nie warto było się nawet tłumaczyć sędziom. Oni wszyscy postrzegają nas, stojących za barierką tak samo: jak morderców, przestępców, ludzi, którzy nie powinni istnieć i plamić świata swoja obecnością. Dlaczego? Nie wiem. A przecież część tych ludzi pojawia się w sądzie nie z własnej winy. Często przez przypadek, błąd, którym było znalezienie się w niewłaściwym miejscu i czasie. Sędziowie myślą, że niczym Bóg sądzący umarłych, siedzący wysoko w niebie na tronie, między zastępami aniołów, wiedzą wszystko. I mogą sądzić bez słuchania tłumaczeń, dla nich nie mających sensu, dla skazanych będących jedyną szansą na ucieczkę od wyroku i śmierci. Dlaczego tak myślą? Nie wiem.
    Jest tyle rzeczy, których nie wiem i równie dużo, o których mam jakiekolwiek pojęcie. Tak jak każdy człowiek. Uczy się żyjąc. Żyje ucząc się. Uczy się żyć. Niestety, niewielu się to udaje. W końcu na świecie jest tyle błędnych ścieżek, tyle złych dróg. Tyle złych słów. Tyle złych ludzi i czynów. Tyle wszystkiego, co w oka mgnieniu potrafi zgubić człowieka, a tak mało tego, co go wyciągnie z najgłębszego bagna i wskaże właściwą drogę. Ci, którzy zbłądzili w głębi ducha usiłują sobie wmówić, że ?to wina ludzkiej słabości? albo ?nie miałem innego wyjścia? czy ?to wszystko seria niefortunnych wypadków?.
    Ze mną tak nie jest. Wiem, jaki byłem, co robiłem, jak żyłem. I uważam, a nawet jestem pewny, że żyłem dobrze. Może i skrzywdziłem parę osób, ale życie to w końcu gra, w której każdy stara się dostać to, co najlepsze, nie zważając na innych. Taki jest świat, w którym żyję. Taki jest świat, w którym my wszyscy żyjemy.

    Więźniem. Więźniem, pilnowanym przez  strażników nazywanych ?honorem?, ?uczuciami?, ?prawem?. Strażników, którzy są popierani przez tysiące, nierozumiejących ich idei i sensu ludzi. Mało komu udaje się z więzienia życia uciec. I najczęściej jest to ucieczka na tamten świat. Świat, który rzekomo ma być lepszy, milszy, weselszy. A co jeśli on w ogóle nie istnieje? Jeśli Bóg, Anioły, piekło, niebo są  tylko wymysłem, małą nadzieją, że po śmierci nasze winy będą darowane i będziemy mogli żyć otuleni mgłą radości i beztroski? Co, jeśli spowiedź i wiara są tylko po to, aby człowiek miał nadzieję i powód do życia? Aby miał czego się trzymać, w co wierzyć, gdy nadejdą dla niego najgorsze chwile? Aby chociaż ten ostatni, jedyny promyk nadziei, najmniejszy, trzymał go przy życiu?
    Moja świadomość. Zapadam się w siebie. Nic nie widzę. Nic nie czuję. Nic nie słyszę. Odczuwam obecność moich myśli. Jestem moimi myślami.
    Przed oczy mojej wyobraźni napływają obrazy.
Szkoła. Nigdy nie uczyli mnie niczego pożytecznego. Zawsze były to rzeczy najmniej istotne. Prawie wszystko z tego było mi w życiu niepotrzebne. Nauczyciele, mówiący na lekcji tylko po to, żeby mówić. Nie zależało im na tym, czy ktoś ich słucha. Czy kogoś w ogóle czegokolwiek nauczą. I uczniowie, dla których szkoła była męczarnią. Gdyby tylko mogli uciekliby z niej. Chodzili do niej tylko dla tego, że kazano im.
Rodzina. Jedni z nielicznych ludzi, którzy mi coś dali, czegoś nauczyli. To oni zawsze delikatnie, acz stanowczo pokazywali mi moje błędy. To zawsze oni wspierali mnie na każdej drodze, jaką obrałem. Byli przy mnie. Bili brawo za każdym razem, gdy coś osiągnąłem, niezależnie od tego, czy było to coś wielkiego czy wręcz przeciwnie, małego.
    Przyjaciele. Ci najprawdziwsi, którzy byli jak rodzina. Ci, z którym mogłem robić wszystko. Ci, którzy budowali moją osobowość. Ci, którzy nauczyli mnie wielu rzeczy i równie dużo pokazali. Ci najprawdziwsi, dla których warto zrobić wszystko. I ci, których należy zostawić, aby później się nie zawieść.
Ludzie. Jest ich mnóstwo. Dzielą się na grupy, których jest prawie tyle samo, co ich samych. Są ludzie, którzy cenią sobie samotność. Są i tacy, którzy samotności się boją.  Są tacy, którzy dążą do celu nie bacząc na nic. I tacy, którzy po drodze do spełnienia swoich marzeń nie chcą nikogo skrzywdzić. Są bezwzględni. I pomocni. I dobrzy. I źli. I smutni. I radośni. I wiele, wiele więcej?
    Otwieram oczy. Uśmiecham się. Czemu w ostatnich moich chwilach mam przypominać sobie dokładnie wszystko, co robiłem? Czemu mam być smutny? Już w dzieciństwie postanowiłem, że przejdę przez życie z uśmiechem. Czemu mam myśleć o tym, czy byłem dobry, jak dużo ?złych? czynów popełniłem? Nie będę na to tracił czasu. Miałem swoje życie? Miałem. Nadszedł czas to skończyć? Najwyraźniej. Nie będę się opierał. Po co? Nic mi to nie da. Wolę pójść na miejsce mojej śmierci z uniesioną głową.  Nie wierzę, że po mojej śmierci ?coś będzie?. Moje życie rozpoczęło się na Ziemi i tu się skończy. Pogodziłem się z tym. I tak bym kiedyś umarł. Tak jak wszyscy. Tak jak wszystko. Wszystko ma swój początek. I wszystko ma swój kres. To, czym wypełnimy czas pomiędzy zależy tylko od nas i naszych chęci. Ale nie wszyscy wykorzystują szanse nazwaną życiem. Niektórzy pogrążają się w alkoholizmie, inni staczają się na dno poprzez zadawanie się ze złymi osobami, jeszcze inni postanawiają nie zwracać uwagi na innych, nie przejmować się nimi. Czego później żałują.

Dźwięk otwieranych drzwi. Wstaję z ziemi, cały czas lekko się uśmiechając. Spoglądam na strażników. Patrzą się na mnie ze zdziwieniem. Czy to takie dziwne, ze jestem odważny i nie boje się śmierci? Zamykają za mną celę, skuwają ręce. Czego się boją? Nie mam broni ani żadnych szans na ucieczkę. Ale nie komentuję tego głośno. Wychodzimy przed budynek. W twarz uderza mnie wiatr. Czysty, świeży, orzeźwiający. Gdy stawiam kolejne kroki, spokojnie przemierzając więzienny dziedziniec, targa moją bluzą tak, jakbym był ptakiem w locie, wysoko na niebie. Czuję się dziwnie. Jakbym był wolny, ale przecież to wszystko, co jest dookoła mnie, przeczy temu. Obserwuję promienie wschodzącego słońca. Nie widziałem go trzy dni, ale stęskniłem się za nim. Jego promienie są takie piękne. To piękno codzienności, tak często nie zauważane przez ludzi.
Dochodzimy na miejsce mojej śmierci. Wygląda całkiem zwyczajnie. Gdyby nie kajdanki na nadgarstkach, ogrodzenie i strażnicy, czułbym się jak na letnim spacerze. To miejsce jest takie spokojne, jakby nieświadome tego, co się tu za chwilę wydarzy. Spoglądam na tego, który ma wykonać na mnie wyrok. Też wygląda spokojnie i zadziwiająco normalnie. Ale z bliska widać, że w jego oczach czai się strach. I zdziwienie. Boi się zabić? Dziwi się mojej odwadze? Pewnie tak. Nie wiem, ludzie są bardzo skomplikowani.
Podchodzę bliżej. Mógłbym przysiąc, że czuję jak śmierć na nas patrzy. Robię jeszcze parę kroków do przodu. ?Kat? ma już wszystko przygotowane. Podchodzi do mnie. A zatem to jest koniec.
                    ***
Samotna postać stoi za ogrodzeniem. Cały czas była świadkiem wydarzeń. Długi, czarny płaszcz skutecznie maskuje wygląd jej sylwetki. Kaptur zasłania twarz tak, jakby ja pochłonął mrok. Nie da się ustalić wieku, płci ani emocji tajemniczej postaci. Wiadomo tylko, gdzie patrzy. Na miejsce śmierci, która odbyła się na dziedzińcu więzienia. Po chwili zakapturzona osoba odzywa się. Cicho, ale bardzo wyraźnie.
- Iść na miejsce śmierci z uniesioną głową? To oznaka odwagi. A może nieświadomego strachu przed śmiercią? Przed tym, że trafi się do gorszego miejsca? Może to strach przed końcem? Odwaga? Czy strach?
Po chwili odchodzi, pozostawiając za sobą ciszę, jakby nigdy jej tu nie było.

SERDUSZKO
Paciorek Wiktoria
Proza zgłoszona do konkursu w 2013 roku. Opowieść o Lilii i Mateuszu, których życie wypchnęło na mieliznę.

Nić żywota
Lilia miała zaledwie 6 lat, gdy straciła rodziców. Oboje zginęli w wypadku samochodowym. Mimo że od tamtego feralnego dnia minęło kilkanaście lat, pamięta wszystko, jakby zdarzyło się wczoraj. Wracali z urodzin babci, było całkowicie ciemno. Nagle na ulicy tuż przed samochodem pojawił się pieszy, był w ciemnym ubraniu, dlatego nikt go nie mógł zobaczyć. Ojciec Lilii w ostatniej chwili odruchowo odbił samochodem w bok ? prosto w drzewo. Rodzice zmarli na miejscu, zaś dziewczynce cudem udało się przeżyć. Przez kilka lat mieszkała u babci, powoli dochodząc do siebie po tym tragicznym zdarzeniu. Brakowało jej mamy i taty, ale była tam szczęśliwa i czuła się kochana. Niestety babcia miała udar mózgu. Udało jej się przeżyć, ale nie była już w stanie zajmować się wnuczką. Lilia trafiła do domu dziecka. Nie potrafiła się tam odnaleźć, czuła się naprawdę samotna. Powrócił do niej ból po stracie rodziców i tęsknota za babcią. Znów miała koszmary związane z wypadkiem. Bała się zasnąć, w nocy siedziała na łóżku z nogami oplecionymi ramionami i kolanami pod brodą. Płakała. Miała wrażenie, że nie ma na tym świecie już nikogo, kto by potrafił ją wesprzeć, że nikomu na niej nie zależy, że nikt jej nie potrzebuje, nikt o niej nie myśli. Rano wstawała z czerwonymi, spuchniętymi oczami. Nikt na to nie zwracał uwagi, a nawet jeśli ktoś zauważył, nie obchodziło go to. Wiedziała, że nie ma prawie żadnych szans na adopcję. Ludzie zazwyczaj przygarniali malutkie dzieci, starsze były zwykle skazane na pobyt w domu dziecka aż do 18 roku życia. Potem musieli sami o siebie zadbać. Lila z jednej strony chciała już opuścić ten okropny dom, a z drugiej przerażała ją perspektywa samotnego życia. Nie widziała dla siebie żadnej przyszłości. Po około dwóch spędzonych tu latach pojawiła się rodzina, która chciała ją zaadoptować. Dziewczyna była zaskoczona, nie spodziewała się tego. Dla niej to był niemal cud. Wreszcie mogła opuścić dom dziecka i zaznać upragnionej rodzicielskiej miłości, za którą tak bardzo tęskniła. Zaadoptowało ją pewne małżeństwo. Rodzice byli dość młodzi, mieli nieco ponad 30 lat. Kobieta miała na imię Alicja i wydawała się uosobieniem anioła. Była piękna, wyrozumiała i troskliwa, przypominała Lilii matkę. Dziewczyna od razu ją pokochała. Mężczyzna był przeciwieństwem swojej żony - gburowaty i złośliwy egoista. Nie ukrywał, że nie podoba mu się pomysł adopcji. Traktował swoją nową córkę jak obcą osobę. Dziewczynkę to bardzo bolało. Starała się być dla niego najbardziej miła i uczynna, jak tylko potrafiła, lecz jego spojrzenie pozostawało zimne i obojętne. Na szczęście jej nowa mama ? Alicja ? kochała Lilię całym sercem. Dziewczynka mogła jej o wszystkim powiedzieć, a kobieta zawsze miała dla niej czas, słuchała z uwagą i potrafiła ją pocieszyć. W Lilii pojawiła się iskierka nadziei. Poczuła, że wreszcie ma szansę na szczęście i spokój, że nie jest skazana na wieczną samotność i zagubienie. Jej życie całkowicie się odmieniło, przestało być puste i bezcelowe. Teraz miała kogoś, kto sprawiał, że czuła się kochana i potrzebna. Znów znalazła miejsce, które mogła nazwać domem. Jej radość zdawała się nie mieć końca? Gdy jednak nadeszły jej siedemnaste urodziny, po powrocie ze wspaniałych  zakupów, zastała Alicję leżącą bez ruchu na podłodze w kuchni. Nie oddychała.  Dziewczyna niczym oszalała wołała ojca, ale nie było go w domu. Czym prędzej zadzwoniła po karetkę i próbowała ratować matkę. Pogotowie przyjechało bardzo szybko, lecz nie udało im się uratować kobiety. Okazało się, że przyczyną jej śmierci była wrodzona wada serca. Lilia wróciła ze szpitala do pustego domu. Zaczęła krzyczeć i płakać. Znów wszystko straciło sens. Zniknęła wszelka nadzieja. Jej życie ponownie stało się bezsensowne i puste. Wróciła do punktu wyjścia. Z powrotem stała się dzieckiem, które siedziało nocami z kolanami pod brodą i zastanawiało się, czemu spadają na nie wszystkie nieszczęścia. Dlaczego wszyscy ludzie, którzy ją pokochali, odeszli? Miała wrażenie, że to ona sprowadza na wszystkich kłopoty, jakby ciążyła nad nią jakaś klątwa. Teraz już widziała, że nie ma dla niej przyszłości. Czuła się, jakby kręciła się w kółko, po ulotnych chwilach szczęścia zawsze przychodziły cierpienie i pustka. A teraz było jeszcze gorzej. Ojciec zaczął pić, kiedy wracał do domu, stawał się agresywny i ją bił. Lilia uważała, że zasługuje na takie traktowanie, obwiniała się za śmierć rodziców, Alicji i chorobę babci. Gdy nie mogła już wytrzymać sytuacji w domu, postanowiła uciec. Zabrała ze sobą trochę pieniędzy, jedzenia i ubrań. Spakowała wszystko do dużego plecaka i wyszła z domu, który kiedyś był dla niej najbezpieczniejszym miejscem na ziemi, a teraz zamienił się w piekło pełne smutnych wspomnień. Sądziła, że ojciec nie przejmie się jej zniknięciem. Pewnie nawet się ucieszy - pomyślała - dla niego to jeden problem mniej. Nie wiedziała, gdzie pójdzie i co będzie robić. Nie miało to dla niej znaczenia. Po prostu szła przed siebie. Gdy zbliżał się wieczór, udała się na dworzec, chciała tam się przespać tej jednej nocy, a później? sama nie wiedziała. Usiadła pod ścianą ponurego budynku i zaczęła powoli żuć kanapkę. Po chwili podeszło do niej trzech podpitych bezdomnych. Lilia zrozumiała, że ma kłopoty. Próbowali zabrać jej plecak, dziewczyna zaczęła się z nimi szarpać, ale nie miała szans wygrać starcia z trzema dorosłymi mężczyznami. Bała się, że to będzie jej koniec. Przypuszczała, że jak zabiorą jej bagaż, dadzą jej spokój, ale nie mogła do tego dopuścić, bo przecież nie poradziłaby sobie bez pieniędzy, ciepłych ubrań i jedzenia. Nagle jeden z napastników odleciał pod ścianę, za nim drugi. Trzeciego odepchnęła z całej siły, przewracając go. Wszyscy trzej czym prędzej uciekli, przeklinając dziewczynę i? stojącego obok niej młodzieńca, który przed chwilą ją obronił. Lilia osunęła się pod ścianę ze zmęczenia i przyjrzała się chłopakowi. Był od niej może kilka lat starszy, miał duże, zielone oczy i ciemne włosy. Był ubrany w powycierane spodnie, znoszone buty i ciepłą bluzę.
-Nie wiem, jak mam ci dziękować? - powiedziała Lilia - Gdyby nie ty? Nawet nie chcę myśleć, jak bym skończyła, gdyby zabrali mi plecak.
-Nie masz za co dziękować - uśmiechnął się i pomógł jej wstać - Jestem Mateusz, ale wolę, jak mnie nazywają Mat. A ty ?
-Lilia.
-Piękne imię. Mogę ci mówić Lila ?
-Jasne. I jeszcze raz dziękuję - powiedziała z uśmiechem.
-Uciekłaś z domu, prawda ?
Dziewczyna skinęła smutno głową.
-Dlaczego uciekłaś ?
Lilia opowiedziała mu całe swoje życie ? od wypadku samochodowego do śmierci Alicji i ucieczki z domu. Dziwiła się samej sobie, że tak od razu mu wszystko powiedziała, ale czuła, że może mu zaufać. Gdy skończyła opowieść, on tylko położył jej dłoń na ramieniu w geście pocieszenia. W jego spojrzeniu nie było litości, było za to zrozumienie. Dziewczyna wyczuła, że on też przeszedł w życiu trudne chwile.
-A twoja historia?- zapytała.
Opowiedział jej o kłótniach między rodzicami, rozwodzie, ojcu, który odkąd miał nową rodzinę, przestał interesować się Mateuszem i o ojczymie, który wyrzucił go z domu po śmierci jego ukochanej matki. Dowiedziała się, że od jakiegoś czasu pomieszkuje w piwnicy pewnej staruszki,  która pozwala mu tam zostać w zamian za pomoc. Stara się sam na siebie zarabiać, ale nie może znaleźć stałej pracy, bo nie miał możliwości ukończenia szkoły. Nie wie, co zrobi w przyszłości, ale nie chce spędzić całego życia samotnie, w piwnicy. Lilia wysłuchała go z uwagą. Mieli ze sobą wiele wspólnego. Oboje czuli się samotni, oboje nie mieli na świecie nikogo bliskiego.
-A ty masz gdzie nocować? -zapytał.
-Zamierzałam przespać się tu - wzruszyła ramionami.
-Żartujesz?! Sama się przed chwilą przekonałaś, jacy ludzie tu przebywają. A może wpadniesz do mnie, do piwnicy ?
Lilia zawahała się. Praktycznie nie znała Mateusza, ale z drugiej strony nie uśmiechała jej się perspektywa spędzenia nocy samotnie, na dworcu. Zdecydowała się.
-Nie chciałabym ci robić problemów? Ale skoro proponujesz, z chęcią.
Uśmiechnął się w odpowiedzi.
Piwnica była całkiem inna, niż Lilia sobie wyobrażała. Spodziewała się ciemnego miejsca pełnego szczurów i pająków, ale było tu ciepło, jasno i całkiem przytulnie. Stało  kilka szafek, mały stolik, na ścianach wisiały stare, zakurzone półki, na podłodze leżał duży, znoszony plecak i materac. Nie brakowało tu kurzu i pajęczyn, ale to było z pewnością lepsze miejsce niż dworzec. Mateusz odstąpił jej materac, a sam przespał się na kocu. Lilia została tu na kilka nocy, aż w końcu zaczęła postrzegać piwnicę jako swój dom. Ona i Mateusz zakochali się w sobie. Nie wiedziała, jak sobie poradzą, ale nie czuli się już samotni. Problemy i wspomnienia dawały im w kość, ale mieli siebie nawzajem.
Pewnego wieczoru Mat wrócił do piwnicy dziwnie podekscytowany i pobudzony.
-Znalazłem lek na nasze problemy!- wykrzyknął w progu.
Lila popatrzyła na niego pobłażliwie. Lek na ich problemy?  Takie coś nie istnieje.
-O czym ty mówisz? - uniosła brwi ze zdziwienia.
Mateusz triumfalnie pokazał jej malutką torebeczkę wypełnioną białym proszkiem. Dziewczyna zamarła. Tego się nie spodziewała.
-Czy to jest to, co ja myślę, czy? - zaczęła.
-Zapominasz o wszystkim, problemy znikają, stajesz się szczęśliwy? Pomyśl tylko!
Pokręciła głową.
- W życiu! Czy ty sobie w ogóle zdajesz sprawę, do czego to prowadzi? To świństwo zrobi ci sieczkę z mózgu!
-Spróbuj, naprawdę warto! Poczujesz się, jakby te wszystkie wypadki się nie zdarzyły, zapomnisz o nich i będziesz w końcu szczęśliwa.
Walczyła z samą sobą. Wiedziała, jakie konsekwencje ma wciąganie kokainy, ale ból po stracie ukochanych osób nie dawał jej spokoju. Postanowiła, że spróbuje, tylko raz, jeden, jedyny raz?
Przez ten jeden, jedyny raz oboje się uzależnili, a ich życie zamieniło się w prawdziwe piekło. Kokaina dawała im chwilę szczęścia, ale po niej przychodził czas przygnębienia i depresji. Miewali omamy i urojenia. Smutek mogła ukoić tylko kolejna dawka. Mało jedli, zresztą nie mieli za co kupować jedzenia. Wszystko wydawali na narkotyki. Lila próbowała się hamować, ratować siebie i jej chłopaka, ale brakowało jej silnej woli i wsparcia, tym bardziej, że z Matem było jeszcze gorzej niż z nią. Zaczęła mieć myśli samobójcze, nie miała siły żyć. Któregoś dnia Mateusz poczuł się słabo, osunął się na podłogę i stracił przytomność. Lilii stanęła przed oczami Alicja, którą też znalazła na podłodze nieprzytomną. Nie udało się jej wtedy uratować. Ale przecież teraz nie może stracić Mata! Życie zabrało jej już zbyt wiele ukochanych osób, nie może odebrać jej i jego! Czuła się bardzo źle, ale ta obezwładniająca myśl dodała jej nagle energii i siły. Pobiegła do najbliższego mieszkania, aby wezwać pomoc i zaczęła reanimować chłopaka. Łzy spływały jej po policzkach, karetka wciąż nie przyjeżdżała, a ona nie miała sił. Nie mogła go stracić! Znów wszystko wymykało jej się z rąk i rozpadało na kawałeczki. Po chwili usłyszała sygnał pogotowia. W samą porę, bo dziewczyna osunęła się nieprzytomna na ziemię obok ukochanego.
Lilia powoli otworzyła swoje duże, czarne oczy. Ujrzała nad sobą zmęczoną twarz Mateusza. Łza spłynęła jej po policzku.
-Umarliśmy? - spytała.
-Żyjemy, dzięki tobie - powiedział, po czym pocałował ją w usta.
-Nie chcę cię już nigdy stracić. Bez ciebie nie istnieję.
-Zawsze przy tobie będę i nigdy cię nie zawiodę, obiecuję ci. To ja nas w to wszystko wciągnąłem i omal nie zabiłem nas obojga. Przepraszam.
-To nie twoja wina. Życie cię do tego doprowadziło. Nas doprowadziło.
Pokiwał smutno głową, ale wiedział, że nigdy sobie tego nie wybaczy.
-A tak w ogóle, to masz gościa.
Uniosła brwi ze zdziwienia. Gościa? Nie miała przecież nikogo bliskiego.
-Zostawię was samych - powiedział i czule pocałował ją w czoło, po czym wyszedł.
Do sali wszedł? jej przybrany ojciec. Spojrzała na niego smutno zaczerwienionymi, spuchniętymi oczami. Przeprosił ją za wszystko, powiedział, jak bardzo jest mu wstyd, wyjaśnił, że zrozumiał swoje błędy. Szukał jej, kiedy uciekła. Przestał pić, jest na odwyku. Zapytał ją, czy chciałaby wrócić do domu, zaproponował, żeby Mateusz zamieszkał z nimi. Chciał zacząć wszystko od nowa. Lilia zgodziła się.
Przed Lilią i Mateuszem była jeszcze długa droga. Czekał ich odwyk, musieli ukończyć szkołę, zdać maturę, może nawet iść na studia? Mieli przed sobą dużo pracy i przeszkód, ale poczuli, że mają szansę na swoją przyszłość. Mieli siebie nawzajem, mogli liczyć na wsparcie ojca Lilii, który całkowicie się zmienił. Stał się taki, jaka była jego żona ? troskliwy i opiekuńczy. Wierzyli, że im się uda, że nić żywota połączy ich już na zawsze. Mieli nadzieję, że w końcu zaznają upragnionego spokoju i szczęścia.

Wiktoria
Pruski Paweł
Cass
Powieść Fantastyczna (PROLOG)

Opisując czasy zamierzchłe trzeba mieć o nich jakiekolwiek wiadomości, jeśli chce się być rzetelnym źródłem. Możesz wierzyć lub nie, ale jestem świadkiem wydarzeń, które opisuję. Jestem Arnhengar, kronikarz piątej krainy i od trzech wieków opat klasztoru Późnej Wiosny ze wschodniej krainy Beringartu. Świat, w którym żyjesz jest zakłamany, nieprawdziwy ,rozejrzyj się. Czy to wszystko nie wydaje Ci się bezsensownym snem? Tak też jest prawdziwa historia, którą powinieneś znać i która jest zupełnie odmienna od tej, którą sądzisz że znasz ,sięga o wiele dalej niż przypuszczasz. Obecnie jesteśmy w dwudziestej erze zaćmienia Wirundrata , są to czasy niespokojne , lecz w twojej świadomości nic się nie dzieje. Jesteś bezpieczny, zapewne omamiony jednym z ziół Tryliantarów z dolnego miasta Ieentrydu, nie wiesz co się dzieje wokół ciebie. Zapewne gdy dokładniej się nad tym zastanowisz, to stwierdzisz ,że nie wiesz jak naprawdę masz na imię, z której krainy pochodzisz czy z jakiego rodu się wywodzisz.Nie mam pojęcia w jakim stopniu twoja świadomość jest zatruta i jak przyjmiesz fakt, iż właśnie w tej chwili, w jakiś niezwykły sposób czytasz pismo, w którym zawarłem całą prawdę o tym, co dzieje się dookoła ciebie, a raczej dookoła Twojego ciała. Nadeszły trudne czasy, przyjaciele stają się wrogami, wrogowie zaś jednoczą się ze sobą. Nastała wojna pomiędzy wielkimi zakonami. Ludzie sądzą, że będzie ona większa od Wielkiej Wojny, która miała miejsce 300 lat temu. Przyznam się ,że nie jestem dumny ze swojej postawy podczas owej wojny , lecz wtedy każdy robił wszystko by przeżyć i aby zdobyć jak najwięcej za pomocą swojej pięści . Na długi czas przed starciem byliśmy szkoleni do walki, lecz król Meadart nie miał pojęcia, jak wielką armią dysponuje Vetros z Illirgri. Trudno się więc dziwić, iż gdy do walki przyłączyły się nie tylko Drakary , lecz także rasy dotąd nie widywane lub dawno zapomniane ,wielu osłupiało na ich widok i poległo przy pierwszym spotkaniu z tymi okrutnymi bestiami, inni zaś uciekali i zostawiali walkę Bohaterom , którzy słynęli z wielkiego męstwa, woli walki, siły czy potęgi umysłu jaką dysponowali.
Byłem młodym, niedoświadczonym w boju mnichem, który dopiero czwarty rok był strażnikiem Tekrantaru, a któremu broń służyła tylko do straszenia własnych braci klasztornych, którzy nie byli w żaden sposób powiązani z wojennym trybem życia. Opat Dezerterus - taki przydomek nadali mi bracia, gdy dowiedzieli się, że uciekłem z pola bitwy. Dzisiaj jestem dojrzałym mężczyzną i wielce szanowanym Bratem Cienia Wiosny, pełnym żądzy krwi. Zniszczono mój dom, przy życiu pozostawiono tylko dwóch z moich sześciuset braci. Zakonnik, którym byłem lata temu, dziś już nie istnieje. Stał się on pragnącym zemsty zabójcą, który za wszelką cenę pragnie odzyskać Isgloud , jeden z legendarnych kamieni, który przez neony należał do mego zakonu i rozwijał w jego mieszkańcach nadludzkie umiejętności. Szukam go po całym świecie, jest to zadanie powierzone mi przez Bogów. Jakie jest Twoje zadanie? Ty musisz się obudzić, jesteś ostatnim Widertarionem , tylko dzięki Tobie wojna może się skończyć, tylko Ty możesz zjednoczyć kamienie i wszystkie osiem zakonów. Czasu jest mało, pozwól mi działać, odnajdę kamień, Ciebie i w końcu wyrwiesz się z tej ciemnej powłoki, wstąpiwszy z powrotem na ścieżkę żywych.