Biblioteka - debiuty
- +   -

Biblioteka miejsko-powiatowa w Kwidzynie



BIERZEMY UDZIAŁ
W PROGRAMACH:
Widz Marcelina
Praca zgłoszona na konkurs w 2014 roku

Dance Macabre


1348, Anno Domini

Strzeżcie się, powiadam
Śmierci, co czarną postać przybrała
I w imię Boga za grzechy ludzkie rozgrzeszała
Od matek dzieci, od bezbronnych dusze
Nie dane nam będzie spocząć w spokoju
Gdy Czarna Zaraza przyjdzie, zaraz po niej brutalne żniwo, i zabierze
Od matek dzieci, od bezbronnych dusze
Strzeżcie się, powiadam
I módlcie do Boga, Stwórcy jedynego
A będzie wam dane.

--------------------------------------------------------
? fragment anonimowej modlitwy, datowanej na lata 1348-1453. Wtedy to Europę opanowała epidemia dżumy, zabijając około 1/3 ludności. Czarna zaraza, jak ją kiedyś nazywano, wybiła średniowieczne wioski, miasta, całe królestwa. Zabijała szybko, bo w niecały tydzień. Matki. Dzieci. Biednych. Bezdomnych. Bogaczy. Dla nikogo nie miała litości.




Uwertura.
-Mamusiu, mamusiu! Dlaczego te obrazki są takie straszne?
Swoimi pulchniutkimi paluszkami wskazuję na przeciwległą ścianę świątyni, całą usianą polichromowanymi dziełami sztuki. Niektóre z nich przedstawiają zmizerniałą postać na krzyżu, jeszcze inne korowód tańczących kościotrupów. Wszystkie, bez wyjątku- małe czy duże, malowane na drewnie czy pozłacane i zdobione drogocennymi kamieniami, powodują u mnie dziwne ssanie w okolicach żołądka. To pewnie strach.
-Bo wszystkie dotyczą tego samego, kochanie. ?rodzicielka z wielką chęcią odrywa się od przydługiego kazania by ledwo widocznym, subtelnym ruchem głowy wskazać na tańczące trupy. ?Przypominają nam o tym, co nieuchronne.
Nie mam bladego pojęcia jak rozumieć słowo ??nieuchronne??, ale skoro padło z ust mamy to musi oznaczać pewnie coś bardzo, bardzo mądrego.
? Czyli będę musiała tańczyć tak jak oni? ?pytam cicho i tym razem odwracając uwagę opiekunki od mszy. Wpatruje się teraz w obraz, jej długie, miejscami przyprószone siwizną włosy zakrywają mi jej oczy prawie całkowicie, mogę jednak zgadywać, że jest pogrążona w głębokim rozmyślaniu. Wyłącza się coraz częściej, robi tak od niespodziewanej śmierci naszego tatusia, a ja wiem, że to nie wróży niczego dobrego. Szczerze mówiąc, bardzo się jej wtedy boję. Jest inna. Nieobliczalna.
? Zapewne ? odpowiada w końcu powoli i wyraźnie, choć nawet teraz myślami jest zupełnie gdzie indziej. ? A umiesz tańczyć tak jak oni, Danielle?
W odpowiedzi na ciche pytanie wydymam policzki w geście najszczerszego wzburzenia, zwracając przy tym na siebie uwagę nie tylko Klary, mojej siostry bliźniaczki, dotychczas zaabsorbowanej łysiną księdza, ale także kilku sąsiednich ławek.
? Dobrze, już dobrze, tylko cicho ? mama stara się uratować sytuację, jakoś załagodzić rzednące miny ??ławkowych wiernych??.
? Ale ja przecież nie znam ani rytmu, ani melodii! ? wybucham ze łzami w oczach. ?Jak on się w ogóle nazywa? Ten taniec?
I nagle jej mina się zmienia- z pobłażliwego uśmiechu w drobny, ledwie dostrzegalny dla niewprawnego oka grymas. A jednak.
? To taniec śmierci, Dan ? szepcze ? Dance Macabre.
-Ojeju, jaki piękny tytuł! Mamusiu, to ja już teraz zacznę się go uczyć, dobrze?
***
Jako dziecko potrafiłam być naprawdę nieznośna ?uśmiecham się do siebie samej na wspomnienie tych kilku beztroskich lat dzieciństwa. Uparta. Złośliwa. Mogłam zadawać pytania do upadłego, dopóki nie uzyskałam na nie jasnej i czytelnej odpowiedzi, albo, co było bardziej prawdopodobne, do momentu gdy znużony słuchacz nie zasnął lub kopniakami nie wyeksmitował mnie z pomieszczenia. A ona? Tylko ona potrafiła mnie do końca usatysfakcjonować, ujarzmić moją chęć poznawania wszystkiego wokół... tak, nadawała się tylko do tego.
To może zabrzmieć niezwykle gruboskórnie, ale z drugiej strony, taka jest prawda- matka była nieudolną kobietą. Mimo olbrzymiej miłości jaką nas darzyła, to znaczy mnie i Klarę, nie była w stanie wyżywić naszych krów, nie wspominając już nawet o dwójce wiecznie głodnych, wymagających nieustannej opieki dzieciach. A to wszystko przez ten rozkaz z góry. Kilkanaście lat temu naszemu krajowi zagrożono bitwą, poszło o jakieś tereny na wschodzie, my jednak nie posiadaliśmy tak licznej ilości zbrojnych ? król zarządził więc, że każdy mężczyzna, posiadający więcej niż piętnaście wiosen na karku musi stanąć do boju, gotów umrzeć za swoją ojczyznę. Nasz ojciec nawet nie próbował postawić się głowie państwa, chcąc nie chcąc musiał się więc z nami pożegnać. Uściskał Klarę, poczochrał moje niesforne kosmyki, ucałował mamę i? Odszedł, tak po prostu. Z uśmiechem na ustach, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo był on wymuszony.
Co prawda, nie pamiętam tamtego okresu zbyt dobrze, wiem jednak, że to właśnie wtedy rozpoczęły się nasze, ciągnące się po dziś dzień problemy; po orzeźwiającej kąpieli w jeziorze wróciłyśmy do domu, zastając matkę klęczącą nad listem, oznaczonym królewską pieczęcią z borsukiem i kwiatem dzikiego bzu. Płakała. Jak przez mgłę widziałam jej twarz, wypraną z jakichkolwiek emocji, pustą. Oczywiście nie wiedziałyśmy co się dzieje, wieść o śmierci ojca poległego na granicy ukrywała przed nami dosyć skrzętnie, jednak jak to bywa w każdej wiosce, wieści rozchodzące się metodą pantoflową potrafią dotrzeć do każdego. I tak było z nami.
Jednak bardziej zaczęłyśmy się wtedy martwić o matkę- nie o swoją znikomą edukację w wieku dziewięciu lat, nie o plony zbliżające się coraz to większymi krokami, niewydojone krowy czy bydło, ale właśnie o nią. Nie potrafiła znaleźć żadnej pracy, coraz częściej popadała w letarg, niemalże godzinami potrafiła wpatrywać się w jakiś przedmiot przypominający jej o mężu by po tych dziesięciu, piętnastu minutach od nowa podjąć tą samą rozmowę. Konszachty z samym szatanem- tak powiadali nasi miastowi lekarze. Kara od Boga za grzechy ludzi na tym świecie- tak prawili inni, opłacani przez kurczącą się w zastraszającym tempie resztkę pieniędzy. Nie wierzyłam ani jednym, ani drugim.
-A potem i tak umarła. Jak zresztą wszyscy dookoła. ?teraz z moich spierzchniętych ust wydostaje się pełne pogardy sapnięcie, przypominające po trochu łkanie. Ale tylko trochę.
Miałam jej za złe, że nas zostawiła, że bez słowa zamknęła się w sobie i tak po prostu się poddała. Ale co ja, wtedy jeszcze dziesięciolatka, mogłam zrobić?
? Dosyć już tych wspominek. Jeszcze tego brakowało, żebym się rozkleiła. Został mi jeszcze jeden punkt do sprzedaży a tu słońce już się schowało ? mruczę do siebie, jednocześnie ciaśniej opatulając się płaszczem. Nie bez zbędnego ociągania podnoszę się z ziemi, tobołek z suszoną wołowiną oraz jagnięciną z opakowanymi warzywami przewieszam przez ramię i tak przygotowana ruszam w dalszą drogę.
Po jej śmierci zostałyśmy same, do tego stan Klary z dnia na dzień zaczął się pogarszać ? były takie dni, że bliźniaczka z uśmiechem zajmowała się naszym malutkim gospodarstwem, ale zdarzały się też takie, podczas których cierpiała z przymkniętymi powiekami i ustami, zakrwawionymi od ich ciągłego przegryzania. Lekarze do dzisiaj nie znaleźli wytłumaczenia na jej chorobę, nic więc dziwnego, że czułam się wtedy taka bezradna? Nie miałam wyjścia. Żadnego. W wieku dwunastu lat zaciągnęłam się na dwutygodniowe warsztaty, zaledwie miesiąc później zdobyłam drobną pracę u kupca, stałego bywalca w naszym małym mieście. Musiałam sobie jakoś radzić, prawda?
? No proszę, co sprowadza cię do moich skromnych progów, Dan? ? mój ostatni, najwierniejszy klient już czeka na skrzyżowaniu głównej drogi prowadzącej z miasta do wioski. Beztrosko oparty o łopatę, z przydługimi białymi kosmykami zakrywającymi przynajmniej pół twarzy i najszczerszym uśmiechem na jaki go stać cierpliwie czeka aż podejdę bliżej.
? Zadajesz to samo pytanie prawie codziennie, Karl. Nie znudziło ci się to? ? ja także się uśmiecham, po czym z ulgą wymalowaną na twarzy rzucam tobołek w jego stronę. ? Dzisiaj tylko suszone, przykro mi, wiem jak bardzo lubisz drób.
? Drób nie drób, jest coś co lubię od niego jeszcze bardziej ?podchodzi kilka kroków w moją stronę, jego twarz znajduje się zaledwie kilka centymetrów od mojej a ja mimowolnie cofam się na dwa metry, wyciągając jednocześnie rękę do przodu. Praca jak każda inna, ale jego zboczenie zawodowe naprawdę zaczyna działać mi na nerwy.
Mężczyzna zamiast położyć denary na wyciągniętą w czytelnym geście rękę łapie za nią i nadal z uśmiechem ciągnie mnie w stronę samotnej chatynki, z każdej strony otoczonej nagrobkami, teraz ciemniejącymi z sekundy na sekundę.
? Co ty wyprawiasz? ? nawet nie próbuję się wyrwać. To zadziwiające, jak w takim chuderlawym ciele może być gromadzony tak duży zapas siły oraz energii?
? Jak to co, Dan? Idziemy na herbatkę.
? Wiesz, jak tak bardzo brakuje ci towarzystwa, to mógłbyś wybrać się w końcu do miasta. Albo chociaż zapytać czy mam czas i ochotę, żeby z Tobą przesiadywać ?mruczę obmyślając plan ucieczki.
? A może po prostu czujesz się nieswojo na cmentarzu?
? Każdy czuje się w takim miejscu nieswojo ? wzdycham, ale, widząc brew Karla uniesioną do góry dodaję ze śmiechem ? No oczywiście prócz ciebie.
? No, daj spokój, mała. Jutro dzień święty, więc to pewne, że nie idziesz do pracy, po za tym jest już ciemno, a chyba chcesz bym cię potem podwiózł do domu, prawda?
? Poradzę sobie bez Ciebie ? fukam.
-Napadną cię po drodze i cały twój dzisiejszy zarobek szlag trafi ? dodaje wpatrując się we mnie błagalnie ? Tylko na herbatkę. Dorzucę złotą monetę?
? Dwie.
Śmieje się gardłowo, ale nie odwraca się jeszcze w moją stronę- przekręca klucz w zamku, mechanizm z cichym chrupnięciem puszcza a moim oczom okazuje się przestronny pokój jadalny z małą, przytulną dobudówką.
? Nie ma mowy.
***
Czekając aż mężczyzna zaparzy kociołek rozglądam się po pomieszczeniu, z nieskrywaną ciekawością wpatruję się w misternie zdobione meble, które przenoszą mnie na sekundę w świat wytwornych sal i komnat królewskich ? zziębnięta jeszcze przez chwilę ogrzewam ręce i stopy przy buchającym wesoło ogniu. Czuję się prawie jak w domu. Prawie, tak, to chyba dobrze powiedziane.
? Coś taka dzisiaj markotna? ? zagaduje Karl, wsypując herbatę do wrzącej wody, jednak gdy nie odpowiadam dodaje bezmyślnie: -Jak praca?
Przecież dobrze wie, że nie jest ani trochę dobrze.
Przez chwilę na poważnie zastanawiam się nad odpowiedzią, wdycham czarujący aromat rozchodzący się po izbie aż wreszcie odzywam się przyciszonym głosem.
? To, że zamierzam zwierzyć się komuś z moich problemów i przypuszczeń wcale nie oznacza, że jesteś moim przyjacielem, dobrze to sobie zapamiętaj.
? Jak zwykle lubisz kopać leżącego, to bolało.
? Od jakiegoś czasu całe miasto zachowuje się inaczej niż zwykle ? ciągnę, nie zwracając najmniejszej uwagi na docinki białowłosego, cały czas mieszającego napój. -Jakby czegoś się obawiali, czegoś co ma związek z żywnością. Nie mam bladego pojęcia o co chodzi, ale ludzie w mieście powoli rezygnują z niepewnych zakupów, za to ryb i towarów zza morza nie biorą już w ogóle. Dodatkowo import oraz sama sprzedaż w tym miesiącu, w porównaniu do poprzedniego, wygląda bardzo nieciekawie.
? Może to tylko chwilowy zastój, co, maleńka?
? Nie sądzę. ? Wpatruję się w Karla przewiercając go na wylot. ? W tym całym szaleństwie moi stali klienci pozapominali, że żywność jaką sprzedaję pochodzi z naszego królestwa, od naszego producenta, nawet z niej już rezygnują! ? wybucham ni z tego, ni z owego.
? Spokojnie spokojnie, wszystko wróci do normy. ? Karl podnosi swoje kościste ręce na znak samoobrony.
? A z resztą, co ty możesz wiedzieć! ? rzucam na odczepnego.
? Co mogę wiedzieć? ? zniża głos do prawie niemego szeptu a jego oczy, dotychczas wielkie błyszczące diamenty zwężają się do rozmiarów wąskich szparek. ? W moim fachu też się sporo pozmieniało, jakbyś raczyła zauważyć, panno Danielle. Teraz mogę odpocząć dopiero późnym wieczorem, a ty dobrze wiesz, co to oznacza. W ogólnym rozrachunku prawie dwa razy więcej, zawsze z niewyjaśnionych przyczyn, bez jakichkolwiek rozpoznanych schorzeń czy chorób.
? Ale ty jako jedyny w takim razie na brak pracy nie możesz narzekać ? odwarkuję, głowę chowając między nadal lekko drżące kolana. Chcę tak zostać już na wieczność.
? Dan? Danielle? Nie złość się już, chciałem tylko dać ci do zrozumienia, że? że każdemu jest ostatnimi czasy ciężej. Ale to minie, zobaczysz?
Podnoszę nieobecny wzrok i zatrzymuję go na pociągłej twarzy długowłosego Karla, nadal udając jednak śmiertelnie obrażoną.
? Mała, daj spokój. Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy też się na mnie obraziłaś, pamiętasz?
Rzeczywiście, to był mój pierwszy tydzień pracy, a wizja spotkania z mrożącym krew w żyłach grabarzem spędzała mi sen z powiek. Zatrzymał się dokładnie w tym samym miejscu, z łopatą nonszalancko przewieszoną przez ramię i uśmiechem co najmniej zadziwiającym- rzuciłam w jego stronę drób owinięty w materiał i z przerażeniem zażądałam, żeby rzucił w moją stronę dwie złote monety. A on? Zaczął się śmiać, tym swoim dziwacznym, gardłowym rechotem przestraszył mnie do tego stopnia, że upadłam nabijając sobie przy tym porządnego guza.
?  ?Panie grabarzu, proszę się ode mnie odsunąć!??
? ?Nie bój się mnie, mała?? ? zagadnął nic nie robiąc sobie z mojej paniki, spokojnie podszedł w moją stronę i poczochrał niesforne włosy tak, jak robił to kiedyś mój ojciec. Nawet jego dłoń z długimi, chudymi palcami przypominała mi o mojej rodzinie. Kompletna głupota.
? Nie bój się mnie, mała ? szepcze odrywając ręce od mieszania, już nadto przegotowanej jak na mój gust, herbaty i nachyla się nade mną. ? Bo będę musiał użyć mojej tajnej rozweselającej broni ? dodaje i niemal natychmiast czochra mnie po włosach, psując przy tym starannie upięty kok.
Klara pracowała nad nim cały poranek, ozdabiając wybrane kosmyki zebranymi prymulkami z ogródka. Raczej nie będzie zadowolona, gdy zobaczy co pozostało po jej usilnych staraniach doprowadzenia mojej burzy spalonych słońcem włosów do porządku.
? Ale z ciebie ckliwy, rozpamiętujący stare czasy facet ? burczę, a moja mina, na wpół udobruchana, na wpół rozzłoszczona jest chyba głównym powodem kolejnej salwy niespodziewanego gardłowego śmiechu mężczyzny.
? Będzie dobrze, zobaczysz ? uśmiecha się promiennie i wstaje, by nalać wrzątek do dwóch przygotowanych wcześniej kubków, ja natomiast wstaję z krzesła, żeby choć na chwilę rozprostować kości. Podchodzę do zaparowanego od wewnątrz okna, przybrudzonym rękawem koszuli toruję sobie widok na mroczną panoramę ciągnącą się aż pod horyzont i? i właściwie to sama się sobie dziwię, że nagle wybucham śmiechem.
? Piękny widoczek. Wspaniale tak sobie wstać z rana, wyjrzeć przez okno                        i wpatrywać się w same nagrobki.
Gdy wzrok przyzwyczaja się już do panującej na zewnątrz ciemności wyłapuje jakieś drgnięcie, przelotnie, jakąś sylwetkę psującą cały zarys- przywieram więc do szyby jeszcze bardziej, stoję niemal zahipnotyzowana zdając sobie wreszcie sprawę, co to takiego. Przy jednym z większych płytach nagrobkowych stoi młody chłopak, jego krótko przystrzyżone czarne włosy, i wytworne ubranie z charakterystycznymi dla wyższego stanu społecznego mankietami tej samej barwy lśnią delikatnie w świetle księżyca. W dłoni ściska czaszkę, a ja mam dziwne przeczucie, że należy do człowieka. Choć może, należała.
? Reiner! ? krzyczę, oczu nie spuszczając jednak z demonicznej postaci. ? C-czy ty nie masz aby syna?
Oniemiały Karl, nie wiem czy zdziwiony bardziej pytaniem o posiadanie dziecka czy wołaczem z użytym nazwiskiem, którego mało kto już w ogóle używa, przestaje przeszukiwać szafki ? Syna? To miło, uważasz, że jestem aż taki stary, prawda?
? Nie, Karl, zobacz! ? krzyczę nadal wpatrując się w zajętą sobą postać. Dopiero teraz, po dokładniejszych oględzinach, zauważam drobniejsze szczegóły, jakim są szczury dookoła chłopaka, a także przepaska zakrywająca jego prawe oko. ?Chłopak! Stoi, tutaj!
? Co? Jaki?
Dotychczas zakryta przez ciemne kosmyki twarz odwraca się w moją stronę a oko owego osobnika przeszywa mnie na wylot. Czerwień, taka soczysta, podobna trochę do brunatnej krwi zalewa mnie całą, powoduje, że zastygam w miejscu i jak urzeczona chłonę cmentarną iluzję. ?Reiner, on się we mnie wpatruje, ja? -Sine wargi ciemnowłosego rozciągają się w uśmiechu, a ja sama już nie wiem, czy to co widzę nie jest aby przypadkiem, tylko przywidzeniem, chorym majakiem z przepracowania. ? Ja.. On jest taki piękny.
? Przywitaj się należycie ? obcy głos rozlega się z różnych stron, z podziemi, z nieba, z każdego zakątka na tej ziemi. ? Przywitaj się ze mną, Danielle.
? Nie, Dan, nie słuchaj go! ? tą upragnioną rozmowę przerywa szarpnięcie grabarza, czuję jak siłą ciągnie mnie na podłogę ale ja, głucha na jakiekolwiek prośby opieram się jeszcze przez chwilę.
? On mnie woła Karl, zna nawet moje imię! Zostaw mnie w spoko? ? dłużej nie mogąc jednak wytrzymać stalowego ucisku białowłosego zostaję brutalnie popchnięta na podłogę. Chwilowo ogłuszona bolesnym upadkiem rejestruję jak mężczyzna zakrywa mi uszy i zawiązuje jakiś szorstki, nieprzyjemny materiał na obłąkane oczy. A potem? Potem wszystko zostaje spowite w ciemność.
? Wiedziałem, że to tak się kiedyś skończy, kwestią czasu było pojawienie się pierwszych znaków w okolicach cmentarza?
? Go? Jakiego go? ? szepczę nadal nie otwierając jednak napuchniętych oczu. Nawet na leżąco czuję jak moje odrętwiałe ciało walczy o każdą możliwą porcję odżywczego ciepła, ale po bliższych oględzinach zapisuję sobie w pamięci, że szczęśliwie wszystko mam na miejscu. Nerka jest, żołądek także, nie brakuje ani kończyny ani głowy ? lepiej być nie mogło.
? Och, ocknęłaś się już.
? Lepiej odpowiedz na moje pytanie!
? Lepiej to się uspokój ? przedrzeźnia mój nadal lekko nieobecny ton głosu. ? Cieszę się, że powróciłaś z martwych.
? Martwych? Skoro byłam nieprzytomna to do kogo przed chwilą mówiłeś? ?pocieram skronie by wykrzesać z siebie potrzebnej energii, a gdy mężczyzna po dłuższej chwili milczenia nie odpowiada dodaję z wyrzutem: ? Skoro byłam? nieprzytomna? Mogłeś zrobić ze mną co chciałeś, aż się boję o tym myśleć.
Nagle zdaję sobie sprawę, że stajemy, a więc, wracając do orientacji w terenie? Jechaliśmy. Prawdopodobnie wozem Karla, on pewnie dosiada swojego gniadosza, to tłumaczy dlaczego tak słabo go słyszę, ale jakim cudem w takim razie jest mi tak strasznie wygodnie??
? Jezusie drogi, Karl! ? piszczę gramoląc się z jednej z trumien, równiutko ustawionych z jednej i drugiej strony drewnianych barier na podskakującym przez wyboje wozie. ? Chciałeś mnie pogrzebać żywcem, czy jak?!
? Gdybym rzeczywiście chciał to uczynić, to na pewno nie zdołałabyś się już z niej wydostać, Dan ? mamrocze białowłosy jednym płynnym ruchem zmuszając posłusznego konika do dalszej wędrówki. ? Zaledwie pięć minut temu leciałaś mi przez ręce, oczywistym więc było, że musiałem cię odwieźć do wioski.
? I musiałeś mnie pakować do trumny! ? krzyczę z wyrzutem, kucając między dwoma drewnianymi skrzyniami. Jest mi coraz zimniej, dygocę raz po raz, siorbię nosem i nie mogę się skupić na żadnej pochwyconej myśli, o przeraźliwych zawrotach głowy już nawet nie wspominając.
? Proszę mała, tak mi dziękujesz za uratowanie tyłka.
? Uratowanie? Co tu było do uratowania? Ja? Chciałam go tylko zobaczyć! ? robię krótką przerwę na wychylenie się z wozu by uchwycić minę białowłosego. ? Sam przyznaj mi rację, ten chłopak mi się nie przywidział. Widziałam go. I ty także.
? Tam nic nie było, Danielle, dobrze Ci radzę, zapomnij o tych swoich wybujałych fantazjach. ? Karl już kolejny raz daje mi do zrozumienia, że nie chce o tym rozmawiać. Ja jednak nie daję za wygraną, zupełnie nie zwracając uwagi na jego grymas oraz rozproszone oczy badające każdy centymetr kwadratowy drogi zasnutej w mroku drążę dalej. Ucieczka nie jest w moim stylu.
? Fantazjami nazywasz coś, co wydarzyło się naprawdę?
? To nie wydarzyło się?
? Dlaczego zaprzeczasz? Jaki jest sens wypierania się tego wszystkiego?!
? Ponieważ to tylko Twoje wyobrażenie! Bajka, rozumiesz?! ? pierwszy raz przyłapuję przyjaciela-grabarza na krzyku, i, szczerze mówiąc, zdaję sobie sprawę, że właścicieli tak potężnego, niosącego się echem głosu można zliczyć na palcach jednej ręki.
? Nienawidzę cię.
? Zupełnie jak dziecko. ? Karl zatrzymuje powóz, zsiada z konia wcześniej przywiązując wodze do łęku i za nic mając moją minę przekazującą coś w stylu: ??jeśli mnie choćby dotkniesz, spłoniesz w najgłębszych czeluściach piekła?? bierze mnie na ręce.
? Uważasz się za dorosłą, pracujesz, starasz się jakoś ułożyć sobie życie z Klarą, a jak przyjdzie co do czego, to na wierzch wychodzą najgorsze z możliwych cech charakteru ? mamrocze stawiając mnie na drodze prowadzącej prosto pod mój dom i dopiero wtedy z powrotem wsiada na parskającego gniadosza. ? Osoba starsza stara się ze wszystkich sił przekazać ci, byś na siebie uważała. Danielle, proszę. Choć raz jej posłuchaj.
Na języku mam już całkiem dobry komentarz ośmieszający Karla jako ??doświadczoną starszą osobę??, która żyje na naszym świecie aż dwadzieścia dwie wiosny, ale zanim zdążę otworzyć usta wóz rusza, wzbija tumany kurzu i pyłu od którego przez chwilę nie widzę nic prócz czubków butów aż znika zupełnie, pozostawiając mnie samą na środku, nadal lekko utrudniającej oddychanie, drogi.
Uparta? Złośliwa? Przesiąknięta dumą i chorobliwą żądzą wywyższenia się ponad prostych wieśniaków? Kłamałam, mówiąc, że te i inne jakże pozytywne cechy charakteru znikły całkowicie wraz z upływem czasu. Tak właściwie, to ostatnimi czasy składam się praktycznie tylko z nich.
? Zobaczysz, Karl! ? krzyczę jeszcze, wpatrując się w ciemność. Zaciskam także pięść- długo i mocno, aż knykcie bieleją, a po wewnętrznej stronie spalonych słońcem dłoni ukazują się małe półksiężyce.
A niech to, czeka mnie długa kąpiel w jeziorze i obcinanie paznokci przed jutrzejszym Dniem Świętym. Albo ich ciągłe obgryzanie, zależy też, na co wystarczy mi siły i czasu.
? Zobaczysz! Jeszcze odnajdę tego chłopaka i z nim porozmawiam, czy tego chcesz, czy nie!
***
Szczury. No właśnie, szczury! Te parszywe gryzonie od jakiegoś czasu pobijają rekord w uprzykrzaniu ludzkiego życia, przebywając we wszystkich możliwych miejscach, ciemnych zakamarkach, tyłach szaf, szafeczkach, stodołach ? gdzie dusza zapragnie! Gdy tylko staram się je przegonić lub brutalnie potraktować wiekowym stołkiem kuchennym rozpierzchają się w każdym możliwym kierunku, a swoim piskiem potrafią doprowadzić do szewskiej pasji; wiecie, nawet w nocy oczami wyobraźni widzę ich mordercze spojrzenia, niemal słyszę jak śmieją mi się w twarz wołając: ??i tak mnie nie złapiesz, i tak mnie nie? no i po co ci ten but? I tak nie dorzucisz!??
A rano, wychodząc na podwórze, by zrobić codzienny obchód po zwierzynie, zbieram prawdziwe plony zdechłych gryzoni, z tymi swoimi czerwonymi oczkami na wierzchu i pianą w pyszczku. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że normalne zwierzęta raczej się tak nie zachowują, chociaż? ze szczurami nigdy nic nie wiadomo. Właśnie tak brzmi pierwsza święta zasada życia na wsi.
? Zaraz ci te małe nóżki powyrywam, no chodź tu! ? stoję właśnie na stołku, nieporadnie macham rękami i nogami, starając się jednocześnie utrzymać jakoś równowagę i wycelować w oszalałego zwierzaka, najspokojniej w świecie podgryzającego cenne zapasy w spiżarni. Moja poranna gimnastyka zostaje jednak przerwana przez pisk dochodzący z podwórza ? doskonale zdaję sobie sprawę, że w tamtym miejscu powinna się znajdować Klara, z trzema, ewentualnie czterema butelkami świeżego mleka i koszem jaj ? z tą różnicą jednak, że gdy przybiegam na miejsce niejakiego zdarzenia kosz, omijany przez kolejną gromadę szczurów, leży na trawie. A wokół tego wszystkiego rozbite jajka, zupełnie jak chaos i czarna dziura w jednym.
? Ja?przepraszam ? bliźniaczka siorbie nosem raz po raz, usilnie próbując pozbierać skorupki. Jednak po którymś z kolei podejściu daje za wygraną, wiedząc, że najpierw musi pozbyć się tych kilku litrów mleka, nawiasem mówiąc, dosyć ciężkiego balastu. ?Nadepnęłam na tego obrzydliwego szczura i? się wystraszyłam.
Dwudziesty trzeci gryzoń w przeciągu czterech dni, wliczając ostatni Dzień Święty, drugi kosz do naprawy, kolejne śniadanie bez jajek sadzonych. Znowu.
? Jesteś na mnie zła? ? szepcze tym swoim chwytającym za serce głosikiem. Przebiegła, mała? Dlaczego to właśnie jej w przydziale przypadła uroda i wdzięk?
? Nie. Nic się nie stało ? mruczę pod nosem.
Ale ja nie jestem ani ojcem, ani matką ? potrafię się jej przeciwstawić. Jestem jej siostrą, mało tego, siostrą bliźniaczką, jedyną pozostałą przy życiu rodziną, podporą i barierą jednocześnie.
? Za karę ty robisz śniadanie!
W takiej sytuacji, chcąc czy nie chcąc, jesteśmy na siebie skazane.

***

Leżę nad brzegiem naszego jeziorka, wyleguję się tak już od południa, trawiona na zmianę poczuciem winy i błogim uczuciem odprężenia. Słońce leniwie zatrzymuje się na moim ospałym ciele, jeszcze nie zachodzi, chyba tak samo utyrane pracą od świtu do zmierzchu. Nie ma wystarczającej ilości siły, jeszcze chwila, moment? chyba daje za wygraną. Pozwala mrocznym cieniom pod postacią sylwetek drzew i roślin wodnych, tudzież skrzypów oraz tataraków, podpełznąć coraz bliżej i bliżej, aż te po jakimś czasie przysłaniają ostatnie już połacie nasłonecznionych traw.
Za mną siedzi Klara. Co prawda nie zarejestrowałam momentu gdy przyszła, byłam widocznie zbyt pochłonięta obserwacją słońca, ale gdy tylko poczułam czyjeś drobne palce rozczesujące moje wypłowiałe, wysuszone od promieni słonecznych kosmyki już wiedziałam.
? Nawet nie wiesz jak się cieszę, że zrobiłaś sobie chwilę przerwy ? zaczyna cicho, zajmując swoje długie palce zaplataniem małych warkoczyków ? Ciągle biegasz zapracowana, bez przerwy zarabiasz, sprzątasz, opiekujesz się mną i tak dalej. Sądzę, że należy Ci się zasłużony odpoczynek.
Odwracam się gwałtownie, wpatrując się w bliźniaczkę spod przymrużonych powiek, a moje milczenie przerwane zostaje dopiero po nagłym ataku niepohamowanych drgawek i potężnych kichnięć.
Biorę się w garść dosyć szybko.
? Odpoczynkiem nazywasz wyrzucenie z pracy? Tak po prostu, o, na zbity pysk?!
? Hanz przedstawił ci powody, chyba wystarczająco przekonywujące ? ciągnie dalej całkowicie niewzruszona, a ja nabuzowana odwracam głowę.
Stanowczo zakazałam rozmów na temat mojej pracy, nie tylko ostatnimi czasy- na długo przed moimi warsztatami u tutejszego kupca, Hanza, Klara miała mi złe, że tylko ja zamierzam pracować. Uważała to za wyjątkowo niesprawiedliwe i krzywdzące, choć z drugiej strony doskonale zdawała sobie sprawę, że nie nadaje się do żadnych prac fizycznych. Była na to za krucha, zbyt delikatna. No więc, tematy jakkolwiek z tym związane zgodnie zostały ochrzczone jako tabu. Dotychczas Klara nigdy o tym nie wspominała? Aż do teraz.
? Po za tym, bardzo martwię się, gdy na całe dnie wychodzisz do miasta, szczególnie od jakichś, powiedzmy? dwóch tygodni?
? Co miasto ma do tego? To znaczyłoby, że nie możemy wybrać się tam na twoje comiesięczne badania, bo? no właśnie, bo co?
-Bo Trawi mnie jakieś niezrozumiałe przeczucie, że nie jesteś tam całkowicie bezpieczna. A nawet jeśli to do ciebie nie przemawia? -zgrabnie zatyka mi spierzchnięte usta dłonią ? ? to przypomnij sobie, o czym plotkują miastowi. O czym mówi Hanz. Mike. Albo nawet Karl.
Odpycham rękę bliźniaczki, nie daję jednak po sobie poznać, jak bardzo wściekła jestem, jeszcze nie teraz.
? I ty im wierzysz? Niewyjaśnione choroby, nagłe zgony, spadek sprzedaży naszych produktów ? to tylko i wyłącznie niefortunny zbieg okoliczności! ? moje policzki płoną. ? Jesteś taka sama jak Karl, jak ten pusty, nadęty, białowłosy błazen!
? Złorzeczysz, a zaledwie trzy dni temu byłaś na kazaniu, wstydziłabyś się.
? Wstydziłabyś się to ty, za ciągłe matkowanie.
? Dan, ja staram ci się tylko pomóc! ? Klara, jako jedna z nielicznych, zaraz przed Karlem oczywiście, potrafi przecierpieć moje nagłe wybuchy i nastroje najdłużej, ale nawet ona ma swoje granice. Zwłaszcza, gdy nasze kłótnie dotyczą radzenia sobie we dwójkę. A gdy schodzi na tematy rodziny, zaczyna robić się naprawdę gorąco?
? To proszę, powiedz mi, z czego będziemy żyły gdy nie zdobędę kolejnej pracy.
? Jakoś sobie poradzimy. Damy radę. Matka nie chciałaby, żebyś wpakowała się w kłopoty ślepo biegając za chlebem.
? Ona nie chciałaby, żebyśmy przy pierwszej lepszej okazji pomarły z głodu, Klaro.
Świat jest okrutny. Niezwykle okrutny i niesprawiedliwy. Przecież już i tak spotkało nas tyle zła, odrzucenia, chorób, stanęłyśmy oko w oko z samą śmiercią i pechem, zupełnie jakbyśmy ciągle wołały je po imieniu. ??Tak, tu chodźcie, zapraszamy, zapraszamy!?? A one i tak nas prześladują, chodzą za naszymi wychudzonymi cieniami jak widma, mroczne zjawy. Atakują- raz za razem, bez chwili wytchnienia. I przybierają postacie. Najróżniejsze. Najpierw ojciec, którego nawet za dobrze nie pamiętamy, nieuleczalna choroba matki, wykrzywione miny sąsiadów, lekarze, z pełną powagą oznajmiający, że nasza rodzina zsyła na siebie gniew Boga, że to dzieci samego diabła. Coraz to słabsza Klara, jej nieme cierpienie ciągnące się miesiącami, moja bezradność, bezsilność, głód.
Gdzie jest ten nasz Bóg, gdy najbardziej go potrzebujemy? I czy rzeczywiście chce z nas zrobić męczenników, kogoś w rodzaju aktora na scenie, byśmy byli przykładem ludzkiego grzechu? A może to właśnie szatan, a może i on i Bóg są tak naprawdę jednym i tym samym? Kim On tak naprawdę jest? I kto zdołałby usłyszeć moje prośby, znaleźć poprawną odpowiedź na dręczące mnie pytania?
Przecież musi nam ktoś pomóc! Jesteśmy jeszcze dziećmi. Nadal, tylko dziećmi?
Umyślnie ignoruję przybierające na sile wołania i niespodziewane szarpnięcia za koszulę- dotąd nie miałam pojęcia, że Klara ma tyle siły, pewnie dobrze się czuje, nie odwracam się jednak by sprawdzić, czy nadal mnie szarpie, krzyczy, wrzeszczy, czy może robi coś jeszcze głupszego. Niczym głuchoniema daję się prowadzić w stronę naszej chatki, opuszczam miejsce zdarzenia bez żadnego słowa, bez jakiegokolwiek spojrzenia w stronę siostry bliźniaczki, choćby przelotnego.



Preludium.
Moment, w którym, nie zważając na kłótnie i niesnaski, jesteśmy zmuszone rzeczywiście udać się do miasta, nadchodzi szybko, i, co gorsza, zupełnie niespodziewanie. A dzieje się to dnia niezwykle zimnego, gdy wszystkie chmury świata zbierają się nad jednym celem, a Bóg wysyła na nasz świat niemożliwe do ogarnięcia ilości wody, które nie wiedzieć po co psują wczesno-jesienny krajobraz. Jednym słowem ? całodniowa plucha i błoto dostające się dosłownie wszędzie. Dwie doby od naszej kłótni, pięć od Dnia Świętego i dokładnie sześć od tajemniczego spotkania na cmentarzu, wliczając do rachunków dzień dzisiejszy. Dobrze wiem, że o tym ostatnim nie zapomnę nigdy, dodatkowo zbyt duża ilość wolnego czasu zmusza mnie do ciągłego rozmyślania na temat ??jednookiego z cmentarza??, jak go po cichu nazywam.
? ...do miasta jeszcze tylko troszkę, i bardzo dobrze, mam dosyć? a ty? Tak tak, nie wiem, czy? ale możliwe, że?
W końcu przyłapuję się nawet na tym, że mimowolnie odtwarzam jego pociągłe rysy twarzy, bladość karnacji kontrastującej z krwistoczerwoną tęczówką oka, jego szeroki, i, jakże przerażający uśmiech ? karcę się za to raz i drugi, ale chyba bez przekonania.
? Dan!
Tak naprawdę to wcale nie chcę o nim tak szybko zapominać.
? Danielle! Słuchasz ty mnie aby?
? Co? Och, ależ oczywiście, że nie ? wyrwana z otępienia przegryzam dolną wargę, nakazując sobie jednocześnie wewnętrzny spokój. Nadal jestem obrażona na Klarę, właściwie to nie mam nawet najmniejszej ochoty, ani by wymieniać z nią puste, nic nie znaczące uwagi na temat pogody, ani odprowadzać do miasta na comiesięczne badania lekarskie. Zmusiła mnie do tego, podła szantażystka.
Reszta monotonnej wędrówki wygląda niemalże identycznie- tak samo zimno, tak samo mokro, tak samo nieprzyjemnie. Wytarta, miejscami podziurawiona peleryna od dawna nie zatrzymuje mego ciepła, pochłania za to wilgoć, i to dosyć umiejętnie. Stare buciory ze skóry, towarzysze wszelkich wypraw mojej matki, a teraz także                i moich, przeżywają swoją drugą, a nawet i trzecią młodość, a ja tylko czekam na ich jęk, zanim ostatecznie skonają. Do wyposażania można dołożyć jeszcze koszulę w całkiem dobrym stanie, bo uszytą przez bliźniaczkę, skórzany pas, sakwę z kilkoma złotymi monetami i grawerowany nóż, jedyny cenny przedmiot w promieniu kilku kilometrów ? w ogólnym rozrachunku mamy całkiem sprawne wyposażenie. Klara wygląda podobnie, co nie powinno raczej nikogo dziwić ? z tą różnicą jednak, że jej długie brązowe pasma włosów zawsze układają się tak jak sobie tego zażyczy, jej błyszczące karmelowe oczy świecą niezależnie od humoru, a twarz, chociaż najczęściej wykrzywiona bólem zawsze, ale to zawsze wygląda olśniewająco                      i świeżo. Moje wypłowiałe kosmyki, zapadnięte od ciągłego niewyspania oczy, sińce i zadrapania są tego kompletnym przeciwieństwem. Mało tego, nawet gdy rozkłada ją poważna choroba emanuje stoickim spokojem, i taką? bo ja wiem, niezależnością? Jakby była nie stąd, nie z Ziemi ? coś jak z legendy o wytwornej księżniczce zsyłanej z niebios. Aż dziw bierze, że nawet jak kicha wygląda olśniewająco i delikatnie zarazem. No właśnie, o chorobie mowa?
? Co ty masz z tym kichaniem? Mówiłam ci, że się przeziębisz, mówiłam, i doradzałam, a ty jak zawsze mnie nie słuchasz. Danielle, Boże Święty, jakie rozpalone czoło! ? zatrzymujemy się na tak zwanym poboczu, a ręka bliźniaczki mimowolnie ląduje na moim czole. Rzeczywiście, w połączeniu z jej lodowatymi palcami czuję się jak gejzer, ewentualnie wulkan ? opowiadał mi o nich ojciec, to chyba jedyna rzecz, jaką zapamiętałam z okresu dzieciństwa. Wiem tylko, że rozmiarem dorównują tysiącem wiosek połączonych w jedno i wybuchają w najmniej oczekiwanym momencie. W tej chwili naprawdę poważnie obawiam się, czy ja też aby nie zacznę zaraz pluć gorącem.
? Zostaw mnie, nie jestem chora! ? fukam, odtrącam rękę Klary, chwiejąc się na nogach ją wyprzedzam i jak gdyby nic podejmuję dalszą wędrówkę.
No bo przecież, ja..? Ja, nieustraszona Danielle mam być chora? To chyba jakaś kpina.
Poza gniewnymi pomrukami i obrażonymi spojrzeniami nic więcej już się nie dzieje, dlatego kolejny przystanek mamy dopiero przed samym murem ogradzającym miasto. Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest podwojona liczba strażników oraz drewniany pomost, z niewyjaśnionych przyczyn zamknięty o tak wczesnej porze. Po dalszej obserwacji dostrzegam także takie szczegóły jak: puste wozy wokół dziedzińca (a przecież powinny być pełne towarów), najbiedniejsze dzielnice wzdłuż zachodniej ulicy wyglądające na całkowicie opuszczone oraz pusty rynek na Głównym Placu Króla, a raczej? jego brak. Skrzętnie obliczyłyśmy, że trafimy akurat na Dzień Targowy; oczywiście po aferach z importem i samym kupnem towarów od niesprawdzonych producentów wiedziałam, że rynek nie będzie pękał w szwach, liczyłam jednak na coś więcej aniżeli opuszczone ulice rodem z mrożących krew w żyłach legend. Coś jest nie tak. Coś jest nie tak? Tylko co?
? Zachciało im się odpoczynku. Lenie! ? burczę rozwścieczona (co dowodzi jak łatwo można mnie wpędzić w czarny humor) i zostawiam nieświadomą jeszcze niczego Klarę, nadal stojącą przy wejściu do bramy wjazdowej. Szybko rzucam jeszcze na odchodne, na chwilę zapominając nawet o tym, że jestem na nią śmiertelnie obrażona:
? Sama trafisz? Tak, trafisz na pewno, wierzę w ciebie. Gdy zajdzie słońce, przy północnej części miasta, zewnętrzna część portu ? tak, tam gdzie kiedyś łowiłyśmy płotki! ?po czym bez słowa pożegnania ruszam do pierwszego miejsca, jakie przychodzi mi do głowy. A jest nim, jakże by inaczej, ??Karczma u Szczytnika??.

***
Zapuszczając się dalej w głąb miasta stopniowo, pomału, zdaję sobie sprawę z przynajmniej dwóch rzeczy ? jedną jest fakt, że im dalej skręcam na północ, tym więcej ludzi wylewa się z pomniejszych uliczek, co stwierdzam z wielką ulgą wymalowaną na mojej zmęczonej twarzy. Bałam się, co ja mówię, odczuwałam paniczny strach, że stało się coś naprawdę przerażającego, jednak teraz, ku mojemu bezgranicznemu szczęściu, nie ma już żadnego powodu, dla którego nadal ściskam rękojeść noża ? nie chowam go jeszcze jednak za pazuchę, tak, dla pewności. Widocznie tylko Brama Wjazdowa, biedniejsze dzielnice wokół niej oraz Plac Główny dostały nakaz ewakuacji. Z drugiej strony, niezmiernie ciekawi mnie dlaczego.
Kolejnym faktem, być może bardziej niepokojącym, jest moja pogarszająca się kondycja- coraz częściej muszę przystawać na krótkie odpoczynki, zupełnie bez powodu trudno mi złapać oddech, zauważam też, że mam dosyć opuchnięte gardło, co sprowadza się zapewne tylko do jednego ? tygodniowego wylegiwania się w łóżku. Szkoda tylko, że nikt z nas nie może pozwolić sobie na taki luksus.
Właśnie wtedy, podczas jednego z dłuższych przystanków, gdy zgięta w pół niemalże całuję brukowaną uliczkę wydając z siebie dziwaczne, niewyartykułowane rzężące dźwięki, podejmuję próbę nawiązania kontaktu z jakimkolwiek przechodniem. Zazwyczaj na mój widok, całej obładowanej jutowymi workami, przystają, uśmiechają się z pobłażaniem bądź zaczepiają krótkimi, urywanymi pytaniami o Klarę, pogodę na wsi, dzisiejszymi produktami do sprzedaży? Dzisiaj jednak, co można zauważyć z łatwością, w ogóle nie chcą ze mną mieć do czynienia, co wydaje mi się niezwykle nieuprzejme i nietaktowne ? jakby obawiali się, że w każdej chwili mogę ich zaatakować, brutalnie pociąć, czy obedrzeć ze skóry i na dokładkę chcieć jeszcze na siłę dorzucić ich świeże mięsiwo za zaniżoną cenę. Co za tupet.
? Tak, tak, uciekajcie ode mnie. Niech was szlag! ? burczę do siebie samej na widok kobiety, zakrywającej sobie usta chustką przepasaną u boku. Wbijam w nią morderczy wzrok po czym, chwiejąc się na nogach niebezpiecznie, ruszam dalej, kierując się tym samym prosto do najbezpieczniejszego miejsca na świecie.
Gdy byłam całkiem malutka, jeszcze na dużo przed nasilających się chorób w naszym domu, moja matka upodobała sobie przesiadywanie w przeddzień Mszy Świętej w Karczmie jej dawnego znajomego, Mike?a. Jako prawowity mieszczan posiadał dwa lokale w mieście, chyba najpopularniejsze i posiadające całą gamę piw imbirowych oraz miodów pitnych ? nie żeby mnie w tamtym czasie aż tak to obchodziło, jednak, właśnie w ten sposób zapamiętałam ciepły azyl pewnego barczystego mężczyzny. Słodki aromat miodu uderzający w nozdrza, wypolerowane kufle, błyszczące klingi mieczy zdobiące ściany, nie wspominając już o kłach czy zwierzęcych czaszkach w najróżniejszych kształtach, najspokojniej w świecie wiszących nad kominkiem ? wszystko to przyprawiało mnie o dziką fascynację pomieszaną po trochu z nienaturalnym strachem. Sam jej właściciel natomiast, małostkowy, gburowaty i niezwykle poważny- chyba nie muszę mówić, jak bardzo mnie kiedyś przerażał; od jakichś dwóch lat jestem mu jednak niezmiernie wdzięczna za tak chłodne podejście do rzeczywistości. Za dnia otaczają mnie sami weseli, pogodni ludzie, którzy potrafią tylko współczuć i gadać, gadać, gadać, gadać, gadać. O tym, jaka to ja jestem pokrzywdzona, jak ja to mam źle, jak niedobrze? szczerze mówiąc mam czasem tego po dziurki w nosie. Wtedy to zaglądam do ??Karczmy u Szczytnika??, a ilekroć się tam zjawiam Mike samym sobą poprawia mi humor tym swoim? całkowitym brakiem humoru. Jego lokal był, jest, i chyba już na zawsze będzie moim stałym drugim domem. A sam właściciel? To nie tak, że mam paranoję porównując wszystkich do mojego zmarłego ojca, ale tak jest prawda. Mike naprawdę za bardzo mi go przypomina.
Tak jest także i tym razem. Zupełnie nic nie zmieniło się od wiosny- ta sama, powodująca gęsią skórkę woń i to samo ciepło okalające lodowatą od mrozu twarz otula mnie delikatną mgiełką, niewidzialnym puchem, gdy tylko przekraczam lekko już spróchniały próg i pokazuję się w przejściu. Jest mi tak dobrze, tak ciepło, tak komfortowo?
? No proszę, czy mnie aby oczy nie mylą? ? przysadzisty mężczyzna odkłada przybrudzoną ścierę i, przepychając się wśród upchniętych jak sardynki klientów łokciami, tuszą, czy może i jednym i drugim, staje mi naprzeciw. Jego też właśnie tak sobie zapamiętałam. ? Gość w dom, Danielle.
Nie odpowiadam, a to dlatego, że potrzebuję dłuższej chwili na złapanie świszczącego oddechu. Bóg mi świadkiem, że w tej chwili mężczyzna wpatruje się we mnie z ukrytym niepokojem.
? Jest może Mike? ? pytam, podnosząc nieobecny wzrok, ale zaraz, nie czekając nawet na odpowiedź dodaję: -Zawołaj go tu.
Mina barmana zmienia się ledwie zauważalnie, jakby ten nie był w ogóle przyzwyczajony do mojego zachowania, jednak po chwili chyba przypomina sobie moje wizyty, bo, mruczy coś na odchodne, uśmiecha się do siebie samego i, nadal z tym samym pobłażliwym wygięciem warg znika w czeluściach drugiego pomieszczenia. Ja natomiast, przepychając się tak samo jak wcześniej Sam, toruję sobie drogę do kominka; zajmuję chyba jedyne wolne miejsce, samotne krzesło w zachodnim rogu Karczmy, nie zdejmuję jednak płaszcza. Nie zamierzam tracić tu więcej czasu niż jest potrzebne na krótką wymianę zdań, a już na pewno nie w towarzystwie całego miasta, które zebrało się ??U Szczytnika?? na kilka kufli.
? Coś tłoczno dzisiaj. Tak, tak, ludzie uciekający od problemów niczym rozbitkowie, trafiający prosto do mnie ? burczy znajomy głos z dezaprobatą, a ja już kilka mrugnięć okiem później mogę dostrzec jego właściciela. Gdy barczysty mężczyzna zauważa mnie, przycupniętą i całkowicie przemokniętą kręci głową jeszcze raz, by dać upust swoim emocjom. ? Tak samo chuda, a na dodatek zmoknięta kura. Tyle, że kury chociaż coś jedzą, nie to co ty. Sam, dwa kufle z miodem pitnym i wątróbka, tylko migiem! ? wrzeszczy ustawiony tyłem do adresata wiadomości, przysuwając sobie jednocześnie jedno z większych krzeseł i z wysiłkiem stawiając je naprzeciw mnie.
? Wcale nie jestem głodna ? szepczę, trzęsąc się już jak osika.
? Mokra też nie?
? Nie mam ani czasu, ani siły żeby się rozbierać. Po za tym, to chyba moja sprawa, czy jestem mokra czy nie, prawda?
Mike nie odpowiada, przewiercając mnie tylko parą uważnych, czarnych oczu (zresztą jak zwykle, zbytnio małomówny to on nie jest), uznaję więc to za zachętę do dalszej konwersacji. O dziwo, naprawdę lepiej rozmawia mi się z nim aniżeli z Karlem, co nakręca mnie tylko jeszcze bardziej i bardziej.
? Do rzeczy! ? zaciskam pięść w geście pełnym zniecierpliwienia. ? O co tu chodzi? O co tu we wszystkim biega?
Mike milczy, a ciemne tęczówki wyzywająco wpatrują się prosto na mnie.
? Dlaczego sprzedaż bezpośrednio z naszego królestwa przeżywa tak widoczny kryzys? Przecież było tak dobrze, cotygodniowe rynki pękały od nadmiaru produktów, wiesz o tym wprost doskonale!
Teraz jego oczy z zainteresowaniem zajmują się obserwacją czubków wytartych buciorów.
? Ludzie giną dzień po dniu, a my nie znamy ani chorób, ani przyczyn. Z jakiego powodu tak się dzieje? To nie jest zwyczajne? -nie ma odwagi żeby na mnie spojrzeć. Nawet nie próbuje. ? Słuchaj! Ludzie giną, tak po prostu, umierają! Zewnętrzna część miasta świeci pustkami, jakby jej ulicami przeszło coś bardzo niebezpiecznego, jakaś zaraza czy inne okropieństwo ? na wydźwięk słowa ??zaraza?? właściciel ??Karczmy u Szczytnika?? wzdryga się mimowolnie. Spoglądam na niego jeszcze raz. ?Zaraza? Wojna, tak? To o to chodzi? Mike, dlaczego nie chcesz mi nic powiedzieć?! Powinnam wiedzieć, przecież wiesz, znasz mnie doskonale?
Nagle zdaję sobie sprawę, że w pomieszczeniu jest zbyt cicho, biorąc pod uwagę ciągły gwar towarzyszący piciu ? pełna obaw gwałtownie się odwracam, by napotkać co najmniej dwadzieścia par oczu, zastraszonych tęczówek przepełnionych strachem, z wyrzutem wpatrujących się we mnie, stojącą w centrum tego wszystkiego. Nie zarejestruję nawet faktu, gdy, prawdopodobnie niesiona emocjami podnoszę się z siedzenia. Przełykając wielką gulę stwierdzam, że chyba nie ma już odwrotu, racjonalnego wyjścia z tej pokręconej sytuacji.
? Odpowiedz na moje pytanie! Teraz, W TEJ CHWILI!
? Danielle, uspokój się. Zawsze działasz zgodnie z tym, co podpowiada ci serce, choć czasem umysł wali drzwiami i oknami, a i tak nie może się nigdzie dostać. Widocznie uwięziłaś go zbyt dobrze. Ale z ciebie porywczy bachor, jak dziecko, normalnie jak dziecko ? odzywa się w końcu przyciszonym, aczkolwiek stanowczym głosem ? A wy, czego uszy strzyżecie? Nic innego do roboty nie macie?
Z wysiłkiem podnosi się z zajętego miejsca, jeszcze raz okrąża wzrokiem izbę, zapewne w poszukiwaniu niepokorych klientów ośmielających się zadrzeć z władcą Karczmy, a gdy nikt nie stawia oporu przeciąga się rozleniwiony i jednym, wyćwiczonym przez lata ruchem stawia na mój stolik tacę z parującym mięsiwem i ogromnych rozmiarów kufel.
? Jak ochłoniesz, to z chęcią porozmawiam.
***
Boże, odtąd czas wlecze się niemiłosiernie! Za każdym razem gdy Mike wyściubia nos zza progu, zrywam się na równe nogi, ale on tylko przecząco kręci głową, jakby chciał przekazać: "Jeszcze nie teraz, za dużo potencjalnych słuchaczy." I tak, siedząc, rozmyślając o wszystkim i o niczym opróżniam kufel, aż od ilości miodu pitnego w organizmie zaczyna mi się robić niedobrze- choć z drugiej strony, coraz to silniejszy, narastający falami ból głowy czy trudności z oddychaniem raczej nie powinny okazać się skutkami ubocznymi tego rodzaju napoju.
Bujam się na krześle otępiała, raz, i drugi, dwudziesty piąty i pięćdziesiąty ósmy, a od powolnego kołysania wchodzę w dziwaczny trans. I od nowa. Trzy. Cztery. Coraz więcej klientów opuszcza Karczmę, ale właściciel nadal trzyma mnie w niepewności. Osiem. Dziewięć. Przez malutkie, przybrudzone okienko usytuowane między ladą a pierwszymi w rzędzie stolikami obserwuję zachód słońca, od którego robi mi się w sercu coraz cieplej. Dziesięć. Jedenaście. Delikatnie zaróżowione ostatnie promienie dnia oświetlają izbę, czyniąc ją tym samym jeszcze bardziej... intrygującą. Wszystkie odcienie żółci tańczą wokół drewnianych belek, obrazów, ścian, a ja sama zafascynowana śledzę ich poczynania z na w pół otwartymi ustami. Dwanaście. Trzyna...
? Wielki pomór. ? Jeszcze chwila a na dźwięk upragnionego głosu odtańczyłabym zwariowany taniec radości, teraz jednak ani na chwilę nie jest mi do śmiechu- nie wspominając już o tym, że prawie spadam z krzesła, wywijając rękami młynki w górę, i w dół.
A on? On jak zwykle prawi bez owijania w bawełnę.
? Pomór, Danielle. Inaczej Czarna Zaraza. ? Gdy wreszcie znajduję oparcie dla nóg, wcześniej wiszących w powietrzu, nasz wzrok się spotyka, tylko na chwilę, ale ja już wiem, że ta rozmowa nie będzie należała do tych przyjemnych. ? Wiesz, co to oznacza?
Kręcę powoli głową. Nie mam zielonego pojęcia.
? Zaczęło się od statków stacjonujących w portach naszego królestwa -to one pierwsze przywiozły ze sobą Śmierć, chociaż większość z nas uważa, że to wina trędowatych, w co osobiście bardzo wątpię. Wracając do tematu, na łajbach szczury, gromadami, niemalże tysiącami roznoszące pomór.
? No tak, szczury! Mike, zapomniałam ci powiedzieć, ale wiesz, na wsi ostatnimi czasy jest ich coraz więcej. Te przeklęte gryzonie, szkodniki, zjadają całe zapasy i panoszą się po całej izbie!
Mężczyzna podnosi rękę na znak, bym siedziała cicho. Zupełnie nie rozumiem jego zachowania.
? Ty chyba jeszcze nie znasz powagi sytuacji, prawda? Ta zaraza atakuje każdego, nie ma litości dla dzieci, i tak dalej. Jest śmiertelna, Danielle, jeszcze nikt nie przeżył bezpośredniego spotkania z tym choróbskiem.
Robi mi się niezwykle gorąco, a nagłe drgawki już w ogóle nie pozwalają mi się skupić. Nadal nic nie rozumiem!
? Mike, przecież co jakiś czas Królestwo nachodzi jakaś pomniejsza choroba, każdy musi przez to przejść. Nie powinniśmy robić z tego aż tak wielkiej?
? Ty naprawdę nic nie rozumiesz, jak dziecko! W mieście od ostatniego tygodnia zmarło trzydziestu czterech ludzi, oni zdechli jak psy, bez rozpoznania tej choroby, bez lekarstw, upchnięci na szpitalnych łożach jeden na drugim konali, a my nie mogliśmy z tym nic zrobić!
Jeszcze raz przypominam sobie poważny ton głosu Karla, chociaż wcześniej wcale się tym nie przejmowałam. Jednak teraz już wiem, że nie powinnam tego bagatelizować.
?W moim fachu też się sporo pozmieniało, jakbyś raczyła zauważyć, panno Danielle. Teraz mogę odpocząć dopiero późnym wieczorem, a ty dobrze wiesz, co to oznacza. W ogólnym rozrachunku prawie dwa razy więcej, zawsze z niewyjaśnionych przyczyn, bez jakichkolwiek rozpoznanych schorzeń czy chorób.?
Prawie dwa razy więcej. Tak było tydzień temu, zaledwie tydzień temu?
? O Boże, Mike. Nie wierzę! Dlaczego nikt z miasta nas nie ostrzegł? U nas niczego takiego nie zaobserwowaliśmy, to nie może być prawda!
? Odpowiedź jest prosta, Dan ? bo nikt z miasta nie był u was. Rozkaz z góry, uratowalibyśmy was, gdyby? gdyby nie ty.
Czyżby miał mi za złe, że chcę poznać prawdę?
? Jasne, wszystko na mnie! ? znów krzyczę ze wściekłością buchającą jak z rozgrzanego pieca, tym razem jednak nie przejmuję się, że ktoś spoza może mnie dosłyszeć. Niech wiedzą. Niech przysłuchują się dobrze. ? Dlaczego lekarze nic z tym nie robią?!
? Bo nie potrafią! Olejki, ciągłe modlitwy, wywary, ocet siedmiu złodziei? Wszystko na nic, rozumiesz?! ? teraz to on krzyczy, wrzeszczy jak opętały, a ja zdaję sobie sprawę dopiero teraz, że jednak się zmienił. Jego oczy, uważne ciemne tęczówki nabiegłe są krwią, zapewne od ciągłego niewyspania i stresu, a masywne palce bezwiednie ściskają róg przybrudzonej piwem serwetki. ? Nie bez powodu nazwali ją Czarną Śmiercią ? po tych słowach pada na krzesło wykończony.
? Czyli w zewnętrznym mieście nie przeprowadzono żadnej ewakuacji, prawda?
? Sama odpowiedz sobie na to pytanie, Danielle ? szepcze, pocierając jednocześnie skronie.
No i gdzie jest ten nasz Bóg? Gdzie jest, i co robi, hę?
? Dlaczego czarna? ? pytam po chwili. Nadal zbieram myśli, krok po kroku, choć kolejne minuty rozmów rodzą tylko coraz więcej pytań, niż odpowiedzi.
? Co?
? Czarna. Kilka razy użyłeś takiego wyrażenia jak: Czarna Zaraza, Czarna Śmierć. Z jakiego powodu?
Mike już otwiera usta by odpowiedzieć, ja już jednak w ogóle go nie słucham, zbyt zajęta nagłym odkryciem, od którego niemal zrywam się na równe nogi. Za plecami właściciela karczmy, w tym jedynym, malutkim okienku dostrzegam bowiem znajomą sylwetkę ciemnowłosego chłopca zaglądającą w głąb pomieszczenia. Co prawda nie potrafię ujrzeć jego twarzy, mam jednak przeczucie, że ten spogląda prosto na mnie. Mało tego, że się uśmiecha.
Wstaję, próbując tym samym zmusić ociężały od bezczynnego organizm do ruchu. Niestety, ten reaguje ze znacznym opóźnieniem, przez co prawie ląduję na drewnianych belkach podłogi.
? ?i właśnie dlatego? Danielle, co ci? Danielle!
Przytrzymywana przez mocne dłonie właściciela jakoś daję radę powstać, najmniejszy ruch okazuje się być jednak nie lada wyzwaniem ? wyczerpuje mój zasób energii niemal natychmiastowo, nie zezwalając na nic więcej. Dalsze ruchy pamiętam jak przez mgłę, gęstą i nieprzyjemną. Wyrywanie się ze stalowego uścisku Mike?a, potępieńcze krzyki i wrzaski, wyzywanie gościnnego właściciela od syna szatana, umyślne wywrócenie kilku krzeseł, rozbicie kufla i, ku mojemu bezgranicznemu szczęściu, opuszczenie izby kilkoma chwiejnymi krokami, nie rejestrując nawet samego faktu jej opuszczania. Ostatecznie trzeźwieję chyba dopiero na przenikliwym mrozie, bo zimno, które odczuwam w każdych zakamarkach nieosłoniętych części ciała wydaje się aż nadto realne. Prawie doprowadza mnie do szaleństwa, a ??prawie??, robi tutaj dosyć małą różnicę.
Trzęsąc się więc raz po raz przenoszę wzrok na kamieniczki, wyłożone brukiem ulice oraz rynsztoki, teraz dosyć dobrze ukryte w wieczornych ciemnościach- szukam tylko jednego. Tylko i wyłącznie jego.
? Ej, ty! ? wrzeszczę w mrok, poruszając się wzdłuż pobocznej alejki w tej części dzielnicy. Jest mi przeraźliwie zimno, mokro, niewygodnie; siorbię i kicham na zmianę, ale zrządzeniem bożym idę dalej, przywołując ciemnowłosego na tysiąc różnych sposobów.
?Gościu z cmentarza!?, ?jednooki!?, ?dziwaku z przepaską na prawym oku!?? Ale żadne z tych określeń do niego nie przemawia, albowiem chłopak nie pokazuje się ani pięć minut później, ani tym bardziej po jeszcze dłuższym czasie penetrowania ślepych uliczek, studzienek, placów czy portów, aż wreszcie przestaję mieć jakąkolwiek nadzieję na jego odnalezienie. Właśnie wtedy, w drodze między opuszczonym przez ludzkie dusze rynkiem a Bramą Wjazdową w kąciku oka na kilka sekund miga mi charakterystyczny strój z makietami i długimi, ciągnącymi się aż do pasa rękawami- jednym słowem, typowy ubiór dzieciaka z bogatego domu. Coś mi jednak mówi, że owy chłopak nie jest tylko snobem mieszczanina, czy nawet, ba, czemu nie, doradcy króla; ta sama intuicja natychmiast rozkazuje mi, bym wyjęła nóż- gdy tylko wykonuję to polecenie bez uprzedzenia wywijam pokaźnego kozła, amortyzując upadek moimi już i tak wystarczająco posiniaczonymi rękami. Oprawiana w skórę rękojeść noża wyślizguje mi się z przepoconych palców, nóż z głośnym brzdękiem upada na bruk. Tak oto moja doskonała samoobrona leży zakopana między gruzami- dosłownie, jak i w przenośni.
Dokładnie w tym samym momencie mnie zauważa. Nie wiem, czy alarmuje go odgłos toczącej się broni, jęk towarzyszący upadkowi, czy może i jedno i drugie, nie ważne ? jestem natomiast świadoma, w jak niebezpieczną sytuację się wpakowałam.
Ignorując przeraźliwy ból w okolicach dolnych partii ciała oraz kompletny mętlik w głowie, dźwigam się do pozycji na wpół klęczącej i z wysiłkiem cofam się kilka stóp, aż chociaż częściowo ochrania mnie cień rzucany przez kamienice, usytuowane najbliżej wyjścia z miasta. Boże, dlaczego on wprawia mnie w tak paniczny strach? Dlaczego tak bardzo się boję, a mimo to zainteresowanie zawsze bierze górę?
Ciemnowłosy nieśpiesznym, równym krokiem podchodzi coraz bliżej i bliżej, przez co z łatwością mogę dostrzec najmniejsze szczegóły budowy jego ciała, jak i całego ubioru. Niemal tak samo szczupły co ja, chociaż wyższy tak z dwadzieścia, trzydzieści centymetrów; drobne ciało, wytworny kostium barwy tej samej co kruczoczarne włosy wprost doskonale kontrastujące z pociągłą twarzą i prawie całkowicie śnieżnobiałą skórą- aż dziw bierze, że nie przeźroczystą. No i te oczy? to znaczy, tak naprawdę tylko jedno, to nie zakryte przepaską. Nigdy w życiu nie widziałam tylu odcieni w jednym miejscu, od delikatnej czerwieni, aż po hipnotyzującą brunatną barwę?
? Och, Danielle. To wszystko da się cofnąć, to naprawdę da się jeszcze naprawić.
?ale to właśnie głos budzi najwięcej skrajnych emocji, całą gamę odczuć, nienawiść, gniew, smutek, nadzieję, niedowierzanie oraz zachwyt, wymieszanych razem w niebezpiecznie dużych ilościach i proporcjach.
? C-cofnąć? O c-co ci chodzi?
? Wcale nie muszę zostać twoim przewodnikiem, udam, że nigdy cię nie widziałem i wszystko będzie jak dawniej. Zgoda?
? Przewodnikiem? Dlaczego niby masz udawać, że się nie znamy? O co tu biega?! ?piszczę rozhisteryzowana.
? Ponieważ po dłuższej obserwacji dochodzę do wniosku, że masz coś jeszcze do wykonania, tutaj, na Ziemi.
Nadal wpatruję się w chłopaka z niedowierzaniem, można by nawet rzez, że łapczywie pochłaniam go wzrokiem.
? Nie rozumiem! Kiedy ja? ja? chcę tylko z tobą porozmawiać, nic więcej!
? Właśnie to robisz. ? Usta ciemnowłosego układają się w szeroki uśmiech, a on sam podchodzi do mnie jeszcze bliżej, aż od mojej twarzy dzieli go jedynie kilkadziesiąt centymetrów. O dziwo, w tej chwili opuszcza mnie cały paraliżujący strach, a na jego miejsce przychodzą zapomniane obrazy z dzieciństwa, na nowo odtwarzane w mym umyśle.
Mogłam mieć wtedy z siedem, góra osiem wiosen- nasz kościół odwiedziła pewna grupa nadwornych grajków i pieśniarzy, znanych w calutkim królestwie. Podczas jednego z Dni Świętych przybyli, wytwornie przebrani, z plikami kartek i karteczek i dziwacznymi grającymi pudłami zajęli miejsca w pierwszych rzędach ławek. Właśnie tak rozpoczął się koncert. Po raz pierwszy brałam udział w wydarzeniu na tak wielką skalę, jakież więc było moje zdziwienie, gdy zamiast prostych przyśpiewek muzycy pokazali nam wzruszające utwory o nieskazitelnej barwie i wykonaniu, jakiego chyba nigdy w życiu nie zapomnę. Była tam kobieta, o głosie wysokim i mocnym, zupełnie jak u słowika. I tak też śpiewała. Nie chodzi o to, że chcę sobie teraz powspominać dawne czasy, nie. Muzyka tej kobiety, tak samo wysoka i niezwykle dźwięczna żyła wtedy jakby własnym życiem, wznosiła się i opadała, ale zawsze samodzielnie. Gdy wpatruję się w powolne stąpanie ciemnowłosego, przypomina mi się właśnie ona, w umyśle niemal widzę taneczne ruchy, pojedyncze akordy, słyszę jak melodia ożywa wydobywając się z ziemi, jak powstając, rodzi się na nowo.
Ten chłopak sprawia wrażenie, jakby nie należał ani do piekła, ani do nieba, ani tym bardziej do świata śmiertelników ? on jest ponad to. Ponad wszystko.
? To co, umawiamy się, że od teraz nie wiesz kim jestem, a ja zwyczajnie zostawiam cię w spokoju. ? Po tych słowach odwraca się na pięcie, po czym bez choćby słowa wyjaśnienia odchodzi, to znaczy, zapewne by odszedł gdyby nie?
? Zaczekaj! Ja wcale tego nie chcę, nie chcę cię tak po prostu zapomnieć! Po za tym, mam do ciebie mnóstwo pytań. Chcę wiedzieć wszystko! ? krzyczę jeszcze za nim drżącym głosem.
Nie odpowiada, nawet się nie odwraca, widzę jednak, że przystaje, widocznie zaciekawiony przebiegiem dalszej rozmowy. W końcu, choć nie mogę się oprzeć wrażeniu, że właśnie dzięki temu, że przystanął, zbieram się w sobie i wyrzucam wszystko, co leży mi na sercu, a z każdym wypowiedzianym zdaniem czuję się coraz lżejsza, jakbym nagle straciła parę kilogramów.
? Kim jesteś? Jak się nazywasz? Dlaczego nosisz przepaskę na oko i, co chyba ważniejsze- jakim cudem znasz moje imię?! Z jakiego powodu tamtego wieczoru, dzień przed Mszą Świętą przesiadywałeś na cmentarzu, ściskając w ręku ludzką czaszkę? I, już na sam koniec, czy to właśnie ty jesteś odpowiedzialny za rozprzestrzenianie się w naszym Królestwie pomoru? Odpowiedz!
Jednak, ku mojemu zdziwieniu, zamiast odpowiedzi słyszę śmiech, niski i gardłowy charchot podobny trochę do zwierzęcej agonii, a zaraz po nim mrożący krew w żyłach pisk tysiąca gryzoni.
? Kim mogę być według ciebie, Danielle? Minstrelem? Kupcem? A może diabłem, upadłym aniołem? Tak naprawdę jestem tylko chudym chłopcem, który za bardzo upodobał sobie przesiadywanie na cmentarzu. Który do tego stopnia fascynuje się Śmiercią, że czeka na dogodny moment by zwabić w pułapkę dziewczęta tak nierozsądne, tak bardzo pragnące w życiu szczerości i prawdy, że nie liczą się z własnym życiem!
O dziwo, przez chwilę nawet mu wierzę. Ale tylko przez chwilę.
? Mogę wyjawić ci tylko to, że nie jestem do końca odpowiedzialny za Czarną Zarazę, a już na pewno nie w całości. Jestem tylko kimś w rodzaju powiernika, przewodnika między duszami. A imię? Sama zgadnij.
Nawet nie próbuję.
Okłamał. Nic, co powiedział, nie jest prawdą. Zachowuje się jak opętany przez szatana, jak? Okłamał. Okłamał. Okłamał.
? Dan i? Dan i? Dan i Ce. Danielle oraz Ceryni, Ceryni oraz Danielle. ?podśpiewuje, klękając naprzeciw mnie. ? Dan i Ce. Zupełnie jak Dan?ce. Dance Macabre.
Otwieram oczy jeszcze szerzej, o ile to w ogóle możliwe, napotykając tym samym jego rozbawione spojrzenie.
? Przyznaj, chciała byś zatańczyć, prawda?
? Tak ? słyszę swój własny, wyprany z jakichkolwiek emocji głos.
? Zaszliśmy zbyt daleko, choć wiedz, że ze wszystkich sił próbowałem cię od tego uchronić. Ale? nie przejmuj się. Jesteś tego całkowicie pewna?
? Tak ? odpowiadam po raz drugi.
? Doskonale. Nie będą prześladować mnie wyrzuty sumienia, w końcu sama zadecydowałaś? Doskonale, wręcz wyśmienicie ? jednym, płynnym ruchem trupio-bladej ręki zdejmuje przepaskę na prawe oko, łapiąc mnie jednocześnie za rękę. Powinnam coś czuć, ciepło, puls, ewentualnie i jedno i drugie, ja jednak nie czuję kompletnie nic.
W ostatnim przebłysku świadomości zdaję sobie sprawę, że oczy Ceryniego są jeszcze bardziej pociągające niż zazwyczaj. Może podobały mi się od samego początku, nie wiem, nie potrafię tego stwierdzić.
A potem? Nie mam pojęcia.


Koda.
Zawroty głowy oraz trudności w oddychaniu to pierwsze, co odczuwam po przebudzeniu. Wszystko inne, jakby mniej ważne- mrowienie w okolicach palców, tępy ból po upadku, czy przeczucie, że ktoś mi się przygląda wracają powoli, wraz ze zdolnością stałej obserwacji otoczenia, w jakim się znajduję.
Tym otoczeniem, okazuje się być niski sufit w moim własnym domu, którego nie sposób pomylić z żadnym innym, a to przez małą, ledwie widoczną dziurę, w poprzek zaklejoną drewnem o innej barwie niż to, z którego wykonana jest cała izba. Dlatego też, gdy tylko zauważam ów kawałek dębowej sklejki uśmiecham się wiedząc, że całkowicie bezpieczna znajduję się w swoim własnym łóżku, zewsząd otoczona kojącym zapachem siana i coraz większym przeczuciem z czasem przeradzającym się w pewność, że obserwatorem moich, nadal z lekka apatycznych ruchów, jest Klara. Nie mylę się.
? Jezusie drogi! ? dziewczyna, dotychczas siedząca przy wejściu, teraz wstaje i zaledwie w kilku mrugnięciach dopada do mego łoża.
? Co za piękne przywitanie. ?mruczę, choć z mojego gardła wydobywają się bardziej urywane, wycharczane sylaby niż całe zdanie.
? Ty? ? w oczach Klary stają łzy, wielkie, ogromne, ogromniaste krople. ? Ty? Jak mogłaś? Tak się o ciebie martwiłam! Czekałam na ciebie w umówionym miejscu, już kilka godzin przed zachodem słońca ? czekałam i czekałam, a ciebie nigdzie nie było! Po tym wszystkim? ? urywa, jakby dławiąc się własnym głosem. -?po tym wszystkim co zobaczyłam w szpitalu myślałam, że umarłaś! Że już nigdy w życiu cię nie zobaczę! ? po czym płacze już na dobre.
Nie jestem w żadnym nastroju do przepraszania, czy pocieszania, wiem jednak, że to co zrobiłam tego wymaga. Jednak gdy tylko otwieram usta, bliźniaczka znowu zaczyna swój uciążliwy wywód.
? Najpierw szukałam cię w okolicy, ale potem pobiegłam do ??Karczmy u Szczytnika??, domyślając się, że właśnie tam powinnaś być. Ale?Ale?
? Tak wiem, nie było mnie tam. Przepraszam.
? Mike opowiedział mi o wszystkim i poszliśmy we dwójkę cię szukać. Mówię ci, robiło się coraz ciemniej i coraz bardziej niebezpiecznie, już myślałam, że w życiu cię nie odnajdziemy.
? Przepraszam, słyszysz? ? zamykam oczy, próbując jakoś się wyłączyć.
? Ale w końcu nam się udało. Nieprzytomna! Leżąca bez ducha na ziemi!
? Przepra? Bez ducha? Nie przesadzasz aby? Przecież oddychałam, tak czy nie?
? Ale wyglądałaś jak trup! ? i Klara nakręca się na nowo.
Po prawie czterdziestu minutach uspokojenia rozhisteryzowanej siostry, dziewczyna wreszcie opowiada mi o tym, o czym usłyszała, choć w tym przypadku trafniejsze będzie chyba określenie: czego naoglądała się w klinice. Jest to chyba bardziej przerażające od moich wydarzeń, które teraz ze wszystkich sił staram się zepchnąć na drugi plan. Dziesiątki martwych ciał. Dogorywający ludzie leżący jeden na drugim. Przegniłe kończyny. Zastygły grymas na sinych wargach?
? Starczy, już starczy! ? zakrywam usta dłonią, prawie wpycham ją sobie do gardła. ?Nie chcę więcej o tym słyszeć!
Teraz mamy już całkowitą pewność, że Wielki Pomór jest czymś, czego nikt nie kontroluje, czego nikt nie potrafi zatrzymać. A my jesteśmy w centrum tego wszystkiego.
? No dobrze, a co przydarzyło się tobie?
? Ja? -wymijająco kręcę głową, usta wykrzywiając w najsłodszym uśmiechu, na jaki mnie stać. ? Zemdlałam, tak po prostu.
? Bogu niech będą dzięki, że nie stało się nic gorszego! ? bliźniaczka daje mi szybkiego kuksańca w najbardziej obolały bok, sama zaś powstaje rozanielona.                ?Przygotuję rosołu.
No i stało się. Choć, nie trudno powiedzieć, że się tego nie spodziewałam. Jednak, najłatwiej jest tylko mówić, prawda?
Pierwsza oznaka choroby ? niezwykle opuchnięte gardło ? mija tak szybko, jak szybko się pojawia. Wiecie, jestem wprost przekonana, że to zwykłe przeziębienie, ale gdy tego samego dnia, pod wieczór widzę na palcach u stóp małe, sine plamki, nieomal spadam z krzesła nieprzytomna. I właśnie wtedy, jak na złość, przypominam sobie słowa Ceryniego:
?Mogę wyjawić ci tylko to, że nie jestem do końca odpowiedzialny za Czarną Zarazę, a już na pewno nie w całości. Jestem tylko kimś w rodzaju powiernika, przewodnika między duszami. [?] Dan i Ce. Zupełnie jak Dan?ce. Dance Macabre.?
Od kilku godzin skrzętnie ukrywam to przed Klarą, nie dodając jej kolejnych powodów do zmartwień- ale, jak to chyba każdy sekret rodzinny, prędzej czy później musi zostać wykryty.
? Zdejmij te buciory, przecież nie musisz w nich chodzić po domu! ? krzyczy bliźniaczka, wychylając się ze spiżarki. ? Zobaczysz, ty będziesz sprzątała to błoto!
? Nie zdejmę.
? Powiedziałam, zdejmij! ? w złości podbiega do mnie, nadal dochodzącej do siebie po niespodziewanym omdleniu, i, nie zważając na jakiekolwiek próby sprzeciwu, pozbywa mnie z cennego obuwia. A potem chyba mdleje, zauważając coraz to bardziej rozległe sine plamy na obu kończynach, nie pamiętam zbyt dokładnie. Wiem tylko, że coraz trudniej mi złapać oddech, więc gdy tylko udaje mi się ocucić Klarę, zataczając się na boki jak pijana opuszczam chatkę, kierując się zapewne nad jeziorko. Chyba nie muszę mówić, że na tak wyczerpującą wędrówkę nie udaje mi się wykrzesać tyle potrzebnej energii, zamiast tego padam więc na krzesło usytuowane przed ogródkiem. Dobrze, że chociaż na świeżym powietrzu.
Chwilę później ktoś obejmuje mnie od tyłu- tylko i wyłącznie drżące ręce osobnika zdradzają kto to taki ?ja jednak nie odzywam się ani jednym słowem.
Trochę pochlipujemy, trochę płaczemy, a trochę użalamy się nad sobą, lecz, tak jak mówię, wszystko jest właśnie ??na trochę??. Nie wspominając już o tym, jak sztucznie wygląda.
? Chodź? Chodź do domu, robi się już zbyt zimno na przesiadywanie na zewnątrz. ? otępiały ton głosu Klary słyszę jak przez mgłę, a sama dziewczyna, po? pięciu? Piętnastu? Trzydziestu minutach, zaczynając się już poważnie niecierpliwić, szturcha mnie raz i drugi, aż w końcu, gdy nadal nie daję znaku życia, bierze mnie na ręce i zanosi na łóżko.
Czuję się, jakbym umarła już teraz, dzisiaj, w tej chwili. W jednej milisekundzie jestem, żyję i jakoś funkcjonuję, a w następnej już nie.
?Prawie dwa razy więcej, zawsze z niewyjaśnionych przyczyn, bez jakichkolwiek rozpoznanych schorzeń czy chorób. [?] Ty chyba jeszcze nie znasz powagi sytuacji, prawda? Ta zaraza atakuje każdego, nie ma litości nawet dla dzieci. Jest śmiertelna, Danielle, jeszcze nikt nie przeżył bezpośredniego spotkania z tym choróbskiem.??
Ja jednak dobrze wiem, że zatrzymałam się gdzieś pośrodku.
***
? Uhm, Dan, masz gościa... ? czyjaś ciepła dłoń ściska moją.
Nie chcę się budzić. Ludzie, błagam, dajcie mi wszyscy święty spokój!
? Poczekajcie jeszcze chwilę, proszę, nie miejcie jej za złe. Jest zdruzgotana.
? Nie dziwię się.
? Mike!
? Ty też nie powinnaś się tak denerwować, Klaro. On po prostu bardzo martwi się o twoją siostrę, to wszystko. Prawda, Mike? Powiedz coś.
? Mhm.
? Jakieś wieści z miasta? Problemy?
? Oprócz drobnych komplikacji z dotarciem do was to, szczerze powiedziawszy, tak. Od wczorajszego poranku trzynastu nowych. Jak tak dalej pójdzie, to w niecałe dwa tygodnie stracimy 1/3 populacji królestwa!
? Sam, i niby ty uważasz się za całkowicie opanowanego?
Z uwagą przysłuchuję się ich cichej rozmowie, nadal udając jednak pogrążoną w głębokim śnie. Na szczęście, nocna gorączka i majaki znikają z upływem czasu prawie całkowicie, toteż mogę teraz leżeć spokojnie, nie przejmując się dreszczami, czy potężnymi falami drgawek.
? ...dlatego sytuacja jest zbyt poważna. Uważam, że natychmiast powinnaś pójść po sprawdzonego lekarza, nie możesz tak tego zostawić.
Jak oni w ogóle śmią?! Decydować za mnie, decydować o wszystkim co dotyczy mnie samej! Już po stokroć wolałabym, by mówili o mnie w czasie przeszłym: "Danielle jadła, piła, była." Tak byłoby o wiele prościej, prawda?
? Wiem, ale właśnie o ten werdykt lekarza obawiam się najbardziej.
Po jakimś czasie nerwowych rozmów nastaje czas pożegnań ? krótki, także cichy, i prawie tak samo wylewny co codzienne pozdrowienia podczas zakupów na targu. Puste i nic nieznaczące. Gdy tylko odwiedziny dobiegają do mety otwieram oczy, niemal natychmiast zauważając parę przenikliwych, karmelowych tęczówek, z uwagę śledzących moje ruchy.
? Mogłaś się chociaż z nimi pożegnać ? obejmuje się rękoma, zupełnie tak jak wąż ciasno oplatający swą ofiarę ? jej zaróżowione wargi drżą niebezpiecznie, a ja sama mam coraz większe wrażenie, że bliźniaczka jest niezwykle bliska utraty przytomności.
? Idę zmienić okład.
Ucieka od swojego stanu psychicznego za każdym razem, gdy jest coś do wykonania, bierze się każdej możliwej roboty, byleby tylko nie przesiadywać ze mną dłużej niż kilka sekund.
Nienawidzę jej z całego serca, nienawidzę jej za tą godną podziwu wytrzymałość, ale także za to, a może, w szczególności za to, że nosi uśmiech cały czas przyklejony do twarzy. Zmienia mi zimny, ociekający lodowatą wodą okład ? z uśmiechem. Obmywa mi ciemne plamy, do złudzenia przypominające przegnite ciało- a jakże, z uśmiechem.
Podobno człowiek zmienia się diametralnie wraz ze świadomością rychłej śmierci- boję się tego jednego. Że zmienię się nie do poznania, tracąc przy tym człowieczeństwo całkowicie.
Coraz bardziej przybita, fizycznie jak i psychicznie, odmawiam rozmów, odmawiam spożywania posiłków, odmawiam nawet odmawiania, co w moim przypadku wiąże się z godzinami tępego, bezmyślnego wpatrywania się w obelkowany sufit. Nic więc dziwnego, że kolejna niespodzianka dzisiejszego dnia, tym razem pod postacią ciepłej potrawki jagnięcej od sąsiadki z wioski, poprawia mi humor na tyle, że spokojnie jestem w stanie podźwignąć się z łoża i wykrzywić usta w grymasie, do złudzenia mającym przypominać uśmiech. Nie na długo.
-Grzeczna dziewczyna. ? Hana niezgrabnie klepie mnie po plecach, jakby obawiała się powiedzieć o jedno słowo za dużo.
Nie, wcale nie mam jej tego za złe.
? Tylko małymi częściami, co by się nie zakrztusiła. ?mruczy jeszcze, mijając Klarę w przejściu.
Nie, tego też nie mam jej za złe. Skądże znowu.
? Zjem sama, nie musicie uważać mnie za niepełnosprawną ? burczę, przełykając jednocześnie ślinę ? nawet tak mały ruch ustami sprawia mi niewyobrażalny, tępy ból. Chcę już umrzeć, to jedyne, co przychodzi mi w tej chwili na myśl.
? My wcale tak nie uważamy, Danielle.
? Zjem sama ? powtarzam raz jeszcze, przymykając już nadto ciężkie powieki. Oczywiście dopinam swego, jednak gdy tylko sięgam drżącymi palcami po łychę i przykładam ją do ust, połowa jej zawartości ląduje na koszuli a resztę wypluwam, kaszląc i krztusząc się na zmianę.
W moim, zaledwie szesnastoletnim życiu, nic się nie działo. Naprawdę nie przeżyłam zbyt wiele! Muszę jednak zdechnąć jak zwierzę, poprzez udławienie potrawką, której smaku nawet nie czuję. Od ciosa w brzuch podczas wojny byłoby chociaż bohatersko.
Przełykam gorzki smak porażki, z wysiłkiem opadam na łoże ? właśnie tak kończy się moja próba udowodnienia, jak niezwykle samodzielna jestem.
Stoję pośrodku polany- moje, jak zwykle wiecznie niewyczesane, wypłowiałe od ciągłego przesiadywania na słońcu włosy porywa wiatr, pląta mi je jeszcze bardziej i bardziej, aż w końcu, chyba znudzony zabawą kosmykami, przenosi się na brudną koszulę nocną. Dmie z taką siłą, że nie mam pojęcia, dlaczego nie porwał mnie jeszcze ze sobą. Ja, o dziwo, nadal tu stoję i czekam. Tylko na co?
Sceneria się zmienia, ukazując kolejno nagrobki mego ojca, matki, a potem? Nie widzę zbyt dobrze, próbuję więc podejść jeszcze bliżej by przyjrzeć się wyrytemu w marmurze napisowi; nieustannie huczący wiatr, teraz, dla odmiany, szydzący z mojego każdego ruchu, nie zezwala nawet na to. Wbrew wszystkiemu przeciskam się w głąb? pomieszczenia? Wolnej przestrzeni? Nie wiem, naprawdę mało mnie to obchodzi, jestem coraz bliżej, tak blisko odkrycia prawdy, tej namacalnej, szczerej? Aż wreszcie to zauważam.
?Dobry Jezu, a nasz Panie, daj jej wieczne spoczywanie.??
Mały, skromny nagrobek, nawet pomimo zimnego marmuru prawie niczym nie wyróżnia się od zwykłych, na szybko skleconych trumienek.
?Danielle. Urodzona 1332 Roku Pańskiego. Zmarła??
? Kiedy? Nie mogę dostrzec! ? mruczę, coraz bardziej poirytowana, ale, o ile wcześniej nie przywiązywałam większej wagi do krawędzi płyty, tak teraz energicznie pocieram rękawem koszuli gładką powierzchnię ? ta jednak nie reaguje, nie odkrywa przede mną, sfrustrowaną szesnastolatką, swej tajemnicy.
? No kiedy?!
? Kiedy? Kiedy? ? hipnotyzujący głos Ceryniego zaczyna mnie przedrzeźniać, powtarzając głuche słowa, zanikające wraz z upływem czasu. ? Jeszcze nie teraz. Jeszcze? nie? teraz?
? Jeszcze nie teraz, nie budź jej jeszcze!
? Ale ona ma niezwykle rozpalone czoło, sam zobacz! Co ja mam teraz zrobić?! ?czyjś rozhisteryzowany ton głosu urywa się momentalnie, a ja nie słyszę już zupełnie nic, a przynajmniej nic godnego mojej uwagi.
Trzęsę się potwornie, całkowicie opanowana przez chore majaki i przywidzenia, między snem a jawą, koszmarem w rzeczywistością.
? ?jeśli się pośpieszysz zdążysz jeszcze przed północą.
? Ale?
? Idź już, ja się tutaj wszystkim zajmę!
? Ale?
? O nic się nie martw.
Panie Boże, zbawco dusz w mękach cierpiących- wybaw mnie i moje cierpiące ciało. Nie pozwól by grzech całą mnie opanował, by na zawsze ugrzązł w mym sercu.
? Tylko nie pozwól jej umrzeć!
***
? Klaro, ratuj!
? Cii, tylko spokojnie. Spokojnie, już spokojnie. ? Lodowate ręce błądzą po wszystkich nieosłoniętych częściach przegnitego ciała, a gdy stykają się z płonącą skórą ból momentalnie ustaje. Dziwne, od jakiegoś czasu stał się częścią mnie samej, przedłużeniem własnego ciała, tu, na Ziemi- bez niego czuję się więc kompletnie naga i bezbronna. Jakbym bezpowrotnie utraciła najdroższego przyjaciela.
? Spokojnie, zaraz skończę, a wtedy poczujesz się dużo lepiej. Ba, już jest całkiem dobrze, widzisz? ? kojący i, co wcale mnie nie dziwi, męski głos przemawia do mnie jak do dziecka, głośno i wyraźnie.
? Klaro? Jak dobrze, że tu jesteś! Zimno mi? ? szepczę na wpół przytomna, wyciągając jednocześnie drżącą rękę na spotkanie tej drugiej, o wiele mocniejszej, należącej do mojej siostry bliźniaczki. ? Zimno! Chodź tu, połóż się obok mnie.
? Kiedy ja nie powinienem?
? O czym ty w ogóle mówisz? Gdy jest nam zimno wtulamy się w siebie i jest nam wtedy tak dobrze? Tak wygodnie i ciepło? Czyżbyś zapomniała? ? na tyle, na ile pozwala mi prawie całkowity brak energii przysuwam się jeszcze bliżej zamglonego ciała, wtulam się weń mocno i wdycham zapach Klary, przesycony popiołem, dymem oraz wonnymi olejkami. Nieco inny, jednak ja i tak przyjmuję tą kojącą woń z radością na mojej zmizerniałej twarzy, jako coś nowego, namacalnego. Coś, nadal podtrzymującego mnie przy życiu.
Budzę się tylko po to, by z jednego wyczerpującego koszmaru przenieść się do drugiego, natrętnego mechanizmu, bez problemu zwabiającego mnie w najróżniejsze senne pułapki, którymi, o zgrozo, i tak nie mogę się przeciwstawić; któregoś razu jednak ? nie mam pojęcia którego z kolei dnia, pierwszego, czy może pięćdziesiątego, czas przestaje mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie- wszystko diametralnie się odmienia. To dosyć ciepłe i słoneczne jak na późną jesień południe. Słońce leniwie sączy się przez dziury w spróchniałych okiennicach, oświetla nie tylko bladość na mej twarzy, ale także pogrążoną w niespokojnym śnie szczupłą sylwetkę Karla, który usnął widocznie na podłodze przy moim łożu. Ciekawe czy mu wygo... chwila, moment- Karl? Ten Karl? A skąd on się tu, do diabła, wziął?!
Wychudzona postać, nawet w śnie wyczulona na każdy, choćby najmniejszy ruch, zrywa się na równe nogi, rozbieganym wzrokiem obserwując moją zdziwioną, i, co najdziwniejsze, chyba o wiele bardziej trzeźwo wyglądającą twarz.
? Paskudnie wyglądasz ? zawsze dobrze rozpocząć... zakończyć... dzień od sporej dawki optymizmu oraz prawienia sobie nawzajem komplementów.
? Dzięki Bogu, Dan, nawet nie wiesz jak wielki kamień spadł mi z serca!
? Dlatego, że wyglądasz na okropnie wycieńczonego? Mogę poobrażać cię jeszcze trochę, skoro tak bardzo to lubisz...
Ale grabarz już nie słucha ? ogromne sińce pod jego zielonymi oczami jakby maleją gdy wyszczerza zęby w uśmiechu i, z takim samym nastawieniem rzuca się na mnie, uzbrojony wyłącznie w mokrą ścierę.
? C-co ty wyrabiasz? Oszalałeś, cz-czy jak?!
? A, no tak, zupełnie zapomniałem, że będąc na wpół przytomna nie miałaś nawet jak zaprotestować ? nie rusza się już w ogóle, ale nadal cieszy się jak małe dziecko, które właśnie dobrało się do rocznego zapasu miodu.
Zaprotestować? Coraz mniej mi się to podoba.
? Klaro, chodź tu szybko! Jakim cudem go tu do nas wpuściłaś? ? potrzebuję kilku dłuższych chwil na złapanie oddechu, a gdy już to robię krzyk wychodzi w sumie dość pokaźnie, nie biorąc oczywiście pod uwagę późniejszego ataku kaszlu, jako konsekwencji ciągłego nadwyrężania biednego gardła. Odpowiada mi jednak cisza.
? Gdzie ona jest? W stodole? Przy studni?
Właśnie wtedy grabarz opowiada mi o wieczorze, nocy i dzisiejszym poranku, jako czasie, który umknął z mojego życia nieodwracalnie.
? Wpadłem do was późnym popołudniem, jednak już wtedy nie miałaś żadnego kontaktu z naszym światem. Rzucałaś się, wrzeszczałaś, panikowałaś, wymachiwałaś rękoma i szeptałaś niezrozumiałe formułki ? zgodnie zdecydowaliśmy, że Klara wyruszy do miasta po jednego z najlepszych lekarzy, jeszcze jednak nie wróciła, co zaczyna mnie już martwić.
? I co dalej? ? szepczę.
? Jak to, co dalej? To wszystko. Opiekowałem się tobą przez ten cały czas, zmieniałem okład, karmiłem, przecierałem rany octem winnym z piołunu, szałwii, rozmarynu oraz ruty. A, skoro o opiece mowa... Czy pozwolisz? ? pyta, swoimi długimi palcami wskazując moją, teraz zakrytą przez opończę, klatkę piersiową. A pyta to w sposób prosty i przyziemny, jakby prosił do tańca.
? Jak już musisz ? burczę, zamykając oczy. Ze zniecierpliwieniem oczekuję kolejnej dawki bólu, bo wiem, że po nim zawsze będę miała choć chwilę wytchnienia. Palce Karla opatrują jednak moje świeże rany tak szybko i sprawnie, że odczuwam tylko pojedyncze szarpnięcia, nic poza to. Naprawdę staram się nie przypominać sobie, że te same dłonie dotykały setek martwych ciał, bardzo możliwe także, że i mojej matki- ta myśl jest jednak tak wyraźna, że po każdym dotyku wzdrygam się mimowolnie, oczami wyobraźni obserwując ekscytację grabarza.
? A co z tobą? Możesz tak sobie opuszczać cmentarz? ? szepczę, przerywając powstałą ciszę.
? To ty nic nie wiesz, maleńka?
? O czym znów nie wiem?
? Już nie chowamy zmarłych. Zajmują się tym nasi lekarze i? i? ? dławi się jeszcze nadal nie wypowiedzianą końcówką. ? Kopią doły. Ogromne doły, gdzie codziennie spalane są wszystkie ciała dotknięte Wielkim Pomorem, a także ubrania, przedmioty i tym podobne.
Nigdy nie spodziewałabym się, że Karl kiedykolwiek będzie miał w sobie tyle nienawiści i obrzydzenia- w tej oto chwili widzę to jak na dłoni, zdezorientowana i zaintrygowana równocześnie. Wszyscy ludzie z biegiem czasu się zmieniają, a ja wiem o tym aż za dobrze.
? Zimno mi. Głodna jestem. Niewygodnie mi. ?marudzę, nie dając mężczyźnie na chwili na odpoczynek. ? Obiecałeś Klarze, że się mną zajmiesz, a teraz, co robisz, hę?
? Skoro marudzisz, to znaczy, że wróciłaś już do siebie ? uśmiecha się raz jeszcze, a po tych słowach przysuwa swoją rękę trochę bliżej moich ust. ? Jedz, śmiało.
Pierwszy gryz nie jest może najgorszy, ale potem mam coraz poważniejsze trudności z przełykaniem, aż w końcu mój obiad pod postacią papki ląduje na kolanach Karla. Z braku jakiegokolwiek innego pomysłu, choć mam niejasne przeczucie, że to tylko przykrywka, chwyta mnie za rękę, gładząc ją powoli ? co dziwne, dopiero po jakimś czasie zauważam maleńką kroplę na jego bladej skórze.
? Rzeczywiście jesteś ckliwym, a w dodatku ryczącym facetem. Beksa z ciebie, Reiner.
Jako ta ?najdzielniejsza??, ?najtwardsza?? staram się trzymać w ryzach, ale, uwierzcie mi na słowo, nie daję rady. Pękam. Słone łzy rozpaczy lecą już ciurkiem, a ja sama drżę niczym malutki liść podczas wichury, targany tymi wszystkimi, nazbieranymi przez lata emocjami.
? Reiner! ? gdy już jako tako daję radę się uspokoić zaczynam na nowo, przypominając sobie o czymś jeszcze, czymś, co wymaga natychmiastowego rozwiązania. ? Co będzie z Klarą? Jak ona poradzi sobie beze mnie, bez pracy, leków, jedzenia, pieniędzy? Co będzie ze mną?!
? Zamieszka u mnie, dołożę wszystkich starań, żeby żyło jej się jak naklepie?
? Tylko nie pozwól jej umrzeć, Reiner, bo inaczej srodze tego pożałujesz! ? krzyczę na tyle, na ile pozwala mi prawie całkowicie opuchnięte gardło, nie wiedząc oczywiście, że niecały dzień wcześniej Klara wypowiedziała dokładnie to samo.
?Wszystko będzie dobrze, wyzdrowiejesz. Świat już na zawsze będzie taki sam, zakłamany.?? Do samego końca ślepo wierzę, że Karl tak odpowie, potwierdzając przy tym moje najszczersze pragnienie? Tak się jednak nie dzieje.
? Umieranie, samo w sobie oczywiście, nie jest aż takie straszne, wiesz? Przypomina po trochu zasypianie. Powolne, leniwe. To naprawdę fascynujące. A ja obiecuję, wręcz przysięgam, że nie będziesz czuła zupełnie nic. A po śmierci ubiorę cię w suknię, w której ci najładniej. Tą z błękitną kokardą, byłaś w niej kiedyś na festynie letnich plonów.
? Przerażasz mnie, Karl ? próbuję się zaśmiać, ale grabarz odbiera to chyba bardziej jako rzężącą próbę złapania oddechu.
Może to i dobrze?
Może świat nie jest aż taki okrutny i zakłamany jak mi się zawsze wydawało? W sumie, posiada w sobie tyle samo dobra, ludzkich uczuć, współczucia, miłości? co zła ? Bóg nie ingeruje w to, co wybierzemy. To zależy tylko i wyłącznie od nas, od tego, jak zapamiętamy swoje życie.
Ja zaś uświadamiam sobie tylko jedno ? że im bliżej Śmierci jestem, tym coraz bardziej szanuję króciutki epizod tu, na Ziemi.
***
Rzeczywiście, przychodzi niezwykle powoli. Ale już na pewno nie niespodziewanie.
Nie mogę poruszać kończynami, są bowiem za bardzo zainfekowane zgnilizną, nie mogę także poruszać ustami, zdana wyłącznie na pogarszający się wzrok i słuch. Słyszę więc przyciszone rozmowy prowadzone przez Klarę, Karla oraz osobę postronną, prawdopodobnie lekarza, widzę ich zmartwione twarze, gesty, jakby odprawiali nade mną nieustanne modły. Pochyla się nade mną najpierw bliźniaczka, później także Karl i całują mnie w rozpalone od gorączki czoło, szepcząc jednocześnie:
? O nic się nie martw, Dan. Zaraz przyjdziemy z bukietem prześlicznych kwiatów z łąki, jak tylko je zobaczysz poczujesz się o wiele lepiej ? po czym znikają w głębi sąsiedniego pomieszczenia.
Jestem sama, ale tylko przez kilka mrugnięć okiem, bo momentalnie wyczuwam jeszcze czyjąś obecność.
? Och, to tylko ty. Czekałam na ciebie. ?jakim cudem mogę jeszcze normalnie mówić?
? Większość z was, śmiertelników, raczej nie cieszy się na mój widok. ? Ceryni z ciekawością, wymalowaną na jego trupio-bladej twarzy, rozgląda się po izbie, aż wreszcie, wzrok jego zmierza ku mnie. ? Tak jak już kiedyś mówiłem, jestem kimś w rodzaju pośrednika. Wyszukuję losowo wszystkie dusze, które powinny zniknąć za jakiś czas z tego świata, po czym zajmuję się ich ciągłą obserwacją ? chce zapewne bym wdała się z nim w rozmowę, ja jednak, zbyt pochłonięta lustrowaniem jego idealnej twarzy jestem w stanie tylko zacisnąć usta jeszcze mocniej, nie ułatwiając zadania temu chłopakowi. Niech się trudzi. ? Po wybraniu takiej duszy muszę z nią zawiązać pakt, muszę sprawić by mnie dotknęła, w jakikolwiek sposób zechce. Wtedy staję się jej Opiekunem. Przewodnikiem. Muszę ją doprowadzić do samego końca, dobrych dusz pilnując by nie zboczyły na zgubne ścieżki grzechu, a te drugie starać się jeszcze jakoś naprostować.
? Nudna ta twoja praca, wiesz? Polega tylko na patrzeniu i patrzeniu, wnikaniu w ludzkie serca, umysły, pragnienia, lęki?
? Ale potrzebna ? jest nieodłącznym elementem istnienia każdego człowieka na tej Ziemi ? siada na rogu mego łoża, tak jak wcześniej Karl, i wpatruje się we mnie intensywnie. ?Byłem przeciwny wybraniu ciebie, Daniele ? robi krótką pauzę.
? I co teraz? Mam ci dziękować, wychwalać pod niebiosa, skakać z radości?
? Gdybyś nie interesowała się mną w tak? pociągający sposób, nie zwróciłbym na ciebie większej uwagi. Po za tym, ostatnimi czasy nie żyło ci się najlepiej, chciałem więc dać ci jeszcze jedną szansę.
? Hm, widać, że coś skłoniło cię do zmiany swojego stanowiska.
? No, tak. Wyszło jak wyszło. ?Blade wargi Ceryniego rozszerzają się minimalnie w przelotnym uśmiechu. ? Masz jeszcze jakieś pytania?
? Tak.
Dlaczego rozmawiamy jak starzy kumple, jak przyjaciele, którzy odwiedzili się po latach rozłąki? Nie czuję żadnego paraliżującego strachu, jak tamtym razem? No może tylko i wyłącznie bezgraniczny smutek. Nie pożegnałam się z nimi, co czyni ze mnie człowieka niewywiązującego się z obietnic, o ile? o ile jestem jeszcze człowiekiem.
? Owszem, mam. Dlaczego dowiaduję się o takich rzeczach dopiero teraz?
Ciemnowłosy wybucha nagłym, niekontrolowanym śmiechem, potrzebuje więc dłuższej chwili, by odpowiedzieć.
? A kto powiedział, że świat jest sprawiedliwy?
? Ja, mówię teraz. I dlaczego się śmiałeś? Co w tym było dziwnego? ? szepczę najspokojniej w świecie.
? Bo nikt nigdy jeszcze o to nie spytał, a ty wydajesz mi się bardzo zabawna. Zabawna oraz całkiem interesująca. ? Puszcza do mnie oko, po czym klęka przede mną, wyciągając do przodu prawą rękę.
Jego oko jest mieszaniną czerwieni, tak pięknej, tak urzekającej, że nie wiem, czy chcę kiedykolwiek przestać się w nie wpatrywać.
Jest mi niewiarygodnie dobrze. Dobrze i spokojnie, nawet wtedy, gdy ciemnowłosy przysuwa swoją kościstą dłoń jeszcze bliżej, a jego sine usta układają się w jedno pytanie. Jedno, jedyne. Tylko tyle wystarczy.
? Mogę prosić do tańca, Danielle?

[END.]





Dramatyczna opowieść o Rose Willton. Proza zgłoszona do konkursu w 2013 roku.

Poemat schizofrenika, dzień pierwszy. Jestem wolna.
Żmudna wspinaczka na marmurowy parapet okazała się nie lada wyzwaniem, jednak gdy wycieńczona fizycznie Rose uklękła na nim rozwierając drewniane ramy okienne poczuła się niezwykle lekko. Jej pokaleczoną twarz okalał mroźny wietrzyk, otulając ją niczym najdelikatniejszą mgiełką. Dziewczyna nie chcąc rozerwać nikłej nici powiązania z hulającym żywiołem pozostała we wcześniej wybranej pozycji, wychylając się nieznacznie do przodu by przyjrzeć się niebiańskim widokom rozciągającym się aż za horyzont. Dziedzińce skąpane w słońcu leniwie przenikającym przez mur lodu oraz śniegu wygrywały słodką, rzewną melodię; ta zaś dochodziła do uszu dziewczyny pieszcząc jej umysł, pozwalając na dogłębne zatracenie się w muzyce. Dalej znajdowały się białe ogrody, otulone puchem tak lekkim i przyjemnym, że Rose nie zdawała sobie sprawy z magicznych właściwości na nią oddziaływujących. Kojące działanie usłyszanych przed chwilą dźwięków powodowało senność oraz opóźnienie reakcji umysłu zamkniętego w klatce ciasnoty i samotności; nie blokowało jednak wyczulonego słuchu pieguski, łaknącego ostatniej piosenki w jej krótkim życiu tu, na Ziemi.
Wszystko pękło.
Jak szklana szybka, którą ktoś rzucił kamieniem.
Ktoś- nie bez grzechu,
Ale to nie mnie oceniać.
Rozsypałam się, jak doniczka zrzucona,
Z ostatniego piętra wieżowca.
Zapomnienia.
Wszystko w kawałkach, swą pustką przyprawiając o mdłości.
Dusza, Umysł, Świadomość, Wspomnienia, Marzenia,
Myśli, Plany, Wyobrażenia,
Słabość, Naiwność, Rozkosz.
Nie chcę się już posklejać,
I nie, nie będzie już następnego razu
Nie chcę już czasu, który leczy rany,
Przemyka przez palce gwałtownie, niepostrzeżenie.
Nie chcę waszego pocieszenia,
Udawanego zrozumienia,
Sztucznego uśmiechu igrającego na ustach, sztucznej dłoni wyciągniętej w geście pojednania.
Błękitu tęczówek, głębi oceanu, prawdziwości w oczach, rozkoszy i doznania.
Żądam tylko jednego- czy to tak wiele?
Dla ludzkości, samotnej, wśród setek rozgrzanych ciał.
Pozwólcie być fragmentami na chodniku,
Tylko nie zamiećcie mnie do kosza,
Głębokiego, pudła Śmierci- mam klaustrofobię.
Pozwólcie, by wiatr rozwiał me kawałki,
Ocalił, ukoił, jak do spokojnego snu tuli matka.
Rozwiał me kawałki
We wszystkość.
Nicości.
Słodkie dźwięki dobiegające oddali w jednej chwili przemieniły się w coraz to ostrzejsze brzmienia okalające zdruzgotane ciało. Mało stonowane dźwięki spowodowały, że Rose przy akompaniamencie requiem podjęła się próby wtargnięcia w swój umysł, uporządkowania galopujących po polanach, które widziała przed sobą. Graniczące z cudem wyzwanie przyniosło wraz z sobą więcej korzyści, niż ubytku, jednak odpływająca w niebyt pieguska nawet nie miała okazji, by się o tym przekonać?
Rozsypałam się, jak doniczka zrzucona,
Z ostatniego piętra wieżowca.
Zapomnienia.
Wszystko w kawałkach, swą pustką przyprawiając o mdłości.
Dusza. Czyż nie była aż nadto pragmatyczna? Nie? Uwięziona, skołatana, słuchająca jednego tylko głosu, wybijającego się naprzód; syku Śmierci, nakazującej tylko jedno słowo, powtarzając ją nieustannie niczym mantrę.
Umysł. Niby trzeźwo myślący, wykazujący się zewnętrznym intelektem, jednak? Co po nim, skoro w krytycznych sytuacjach zawodził?
Świadomość, że nikogo nie ma już na tym świecie, że wszyscy ludzie, ten tłum, tak łaknący sławy, pragnący pieniędzy i szczęścia w późniejszym życiu oraz miłości rodzinnej zajęty swoimi sprawami, nawet nie zainteresował się wrakiem człowieka, jakim okazała się Rose Willton.
Wspomnienia. Te najdalsze, dobiegające z krańca ziemi, oraz te będące całkiem blisko. Wszystkie migały przed mahoniowo-brunatnymi tęczówkami ukazując same rarytasy- wzloty i upadki młodej dziewczyny, która miała tylko jeden jedyny cel, przyświecający ociemniałemu umysłowi niczym słaby blask latarni. Chciała żyć. Tak po prostu.
Czymże jest nędzne życie ludzkie bez marzeń? To one nadają życiu barw, od zarania ludzkości kolorują drogę po której stąpają zabłąkane dusze- nadają smaku i woni słodyczy. Jednak życie Rose- bardziej usłane rozżarzonymi łuczywami aniżeli tęczą pełną fruwających jednorożców zostało brutalnie pobite przez realia codziennych trosk i zmartwień. Pokopane, spoliczkowane, doszczętnie zniszczone. Pozostał z nich kruczoczarny popiół, siwy dym- ziejąca pustka; nic więcej.
Wyobrażenia. Mam mniej, niż się spodziewałam. Ale może więcej oczekiwałam, niż należało? Cele w życiu, zamknięte na cztery spusty nie wyjrzały jeszcze na świat; nie dostaną szansy na zapatrzenie się w kojący zachód słońca, nie dostrzegą już głębi zdradzieckiego oceanu.
Słabość, do żywiołów, także dogłębnie zniszczona. Do lodu topiącego rozpalone serce, toni lazurowej, bezbrzeżnych wód, piany i fal, do tego wszystkiego co potocznie zwą wodą.
Naiwność. Och, jaka pieguska była naiwna! Tak bardzo, tak bardzo naiwna? Wierzyła, ślepo podążała za demonicznym głosem, a mroczne korytarze były dla niej najlepszym przewodnikiem. Teraz musi zapłacić karę. Słoną karę.
Rozkosz. Tak chciała by się rozpłynąć- być nic nie wartym ptakiem łopoczącym na wietrze. Ulecieć do krainy wiecznej sielanki i popijania drinków z palemką. Jednak rozkosz nie polega tylko na dostatku materialnym- każdy człowiek musi się o tym przekonać. Każdy, oprócz Rose Willton, żywego trupa, wraka okrytego, zhańbionego, nic nie wartego śmiecia.
Nie chcę się już posklejać.
Uniosła swoją doszczętnie pokaleczoną, dogłębnie zniszczoną sylwetkę. Podniosła się na wyżyny- osiągnęła maksimum swoich wytrzymałości.
I nie, nie będzie już następnego razu.
Z namaszczeniem chłonęła wzrokiem krajobraz pod sobą. Był tak piękny. Tak czysty. Nieskalany.
Nie chcę już czasu, który leczy rany.
-Ciekawe jak to być ptakiem. Jak łatwo by się wtedy żyło.
Rozpostarła niewidzialne skrzydła, trzymając się na krawędzi spróchniałego parapetu jedynie poranionymi palcami u stóp. Tylko nadzieja utrzymywała dziewczynę na powierzchni zlodowaceń- pozostała nikła, niewyraźna, trudna do zrozumienia, jednak nakazująca ciągle to samo: żyj. Żyj. Żyj. Żyj. Te krótkie słowa trafiały do głębi rozpalonego serca pieguski- nie trudnym było do zrozumienia jak szybko i niepostrzeżenie się w nim zagnieździły.
-Ciekawe, jak to jest żyć.
Gładziła ramę okienną, nie spuszczając oczu ani na chwilę z widoku rozciągającego się jak różnokolorowa wstążka, urzekająca swym pięknem i prostotą zarazem.
-Żyć. Jak to jest żyć? Tak naprawdę! ? wykrzyknęła, co sił w płucach, angażując uśpione serce do wydajniejszej pracy.
Żyć. Żyć. Żyć.
 
 
Poemat Schizofrenika, dzień drugi. Uratuj.
- A verbis ad verbera. Od słów do rękoczynów.
Dziewczyna zaśmiała się głucho spoglądając na swoje drobne ręce, które zdobiły ostrza noży. Jej pełen wewnętrznego napięcia śmiech potoczył się echem po pokoju niemal natychmiastowo- powrócił w postaci krótkich, urywanych zniekształceń osiadających wraz z wiekowym, wszechobecnym kurzem.
- Od słów do rękoczynów.
Noże w dłoni dziewczyny błyszczały w promykach porannego słońca, igrały w opuszczonych kątach skryptorium rozjaśniając mroczną salę swym pięknem tak namacalnym, podobnym do magicznej mgiełki leniwie unoszącej się w powietrzu. Rose dotarła do jednej z wielu w tym pomieszczeniu sof. Stary mebel wyjątkowo odznaczał się na tle okrytych kurzem, wiekowych przedmiotów, a to przez jego niebywałą barwę. Krwistoczerwoną.
Dziewczyna przysiadła na sofie, powinęła nogi aż do brzucha, a po chwili bujała się w powolny rytm melodii znany tylko jej samej. Każdy, choćby najmniejszy ruch nieuchronnie przybliżał młodą Willton do tego co niebawem miało się stać. Co miało się wydarzyć? Już niedługo.
Nagle pieguska się zatrzymała, a na jej ustach mimowolnie pojawił się cień uśmiechu, który zamigotał na wargach, przeleciał przez twarz usłaną piegami, a po chwili znikł. Czy na dobre?
- Charlie, co ty tu robisz?
Przekrzywiła lekko głowę na znak wręcz dziecinnego zaciekawienia, po czym poczęła chłonąć wzrokiem sylwetkę długowłosego chłopca. Badała każdy milimetr jego podłużnej twarzy utwierdzając się w przekonaniu o jego zewnętrznym pięknie. Długie, ciemne włosy kaskadami opadające na ramiona. Zapętlone, pełne śmiesznych kołtunów- tak bardzo przypominające ścieżkę życia? Drobne usta, wiecznie zamknięte, pełne obaw. Dlaczego nie otworzy ich na świat? Wyraźnie zaznaczone, wystające kości policzkowe, głębokie spojrzenie dodające wewnętrznej tajemniczości.
- Nadal uważam, że wyglądasz słodko ze sztucznymi, dorobionymi piegami.- bredziła, odwracając twarz w stronę pożółkłych zwojów pergaminu. - jednak? już ich nie masz. Dlaczego?
Pytanie zadane w próżnię zawisło w duszącym powietrzu niczym natrętna mucha, jak drobinki kurzu unoszące się przy każdym ruchu pieguski. To jedno słowo, wyszeptane głosem napełnionym strachem oraz goryczą pragnęło zapełnić pustkę w rozpalonym sercu. Jednak, na próżno. Młody Charlie przez chwilę rozmyślał nad odpowiedzią, jednak gdy jego wargi rozszerzyły się nieznacznie, upadł. Nagły, niespodziewany krok spowodował, że pieguska na chwiejnych nogach dobiegła do bruneta, z całych sił zaciskając rękę na jego długich palcach.
-Nie możesz. Nie rób mi tego. ? szeptała - pamiętasz słoneczną polanę? Wtedy, gdy Cię pocałowałam. Przepraszam Charles, ja? ja tego nie chciałam. - jej głos załamał się w połowie wypowiedzianego zdania, a samotna łza zatańczyła na piegowatym policzku.-  chciałabym, żeby było jak dawniej. Chciałabym żyć.
Obraz Charliego się rozmazał, a po chwili drobinki kurzu przeistoczyły się w młodą dziewczynę. Osłupiała Rose powtórnie się zachwiała, prawie upadając pod ciężarem nagromadzonych emocji.
-Nie powinnaś tu przychodzić. â??wycedziła.
Wcale nie chciała tego powiedzieć, serce nakazywało szczerość, jednak umysł działał na własnych zasadach. Niezależny, oschły szeptał w stronę bezbronnej duszy, a każde wypowiedziane doń słowo powodowało przeszywający ból.
-Nie powinnaś się ze mną spotykać. W ogóle nie powinnaś mnie znać. Kocham Cię El, jak siostrę. Jednak to właśnie przeze mnie w szkole dzieją się te okropne rzeczy; w moim życiu leje się bezbronna krew, rozsiewając wokoło metaliczną woń Śmierci. To wszystko przeze mnie. WSZYSTKO. To moja wina. MOJA!
Zdziwiona Christelle wyciągnęła rękę w stronę przyjaciółki, jednak zamiast ją złapać przesunęła palce dalej, aż natrafiła na drugą- tym razem należącą do rosłego mężczyzny.
Z mroku wyłonił się Alex. Nie zważając na stan zdrowia WIllton objął roześmianą przyjaciółkę w pasie, a po chwili, która trwała wieki złożył na ustach El długi pocałunek- pełny tego wszystkiego, czego nie mogły przekazać słowa.
Nagle Rose zrozumiała, dlaczego śliczna dziewczyna uśmiechała się promiennie po przekroczeniu zakurzonego skryptorium.
Uśmiechała się, ale nie do niej. Czekała, lecz nie na nią.
Otumaniona rwącym bólem nawet nie spostrzegła wychodzącej pary, która nie widziała świata poza sobą. Upadła na posadzkę, na której chwilę wcześniej pozostawił ślady krwi Charlie, po czym tępym wzrokiem badała obite, drewniane ściany.
- Pływam we krwi. Tak czystej, tak pięknej, krwistoczerwonej, brunatnej? -nuciła, dokładnie w tym samym momencie bawiąc się zabarwionym ostrzem noża. Powoli, ociężale rysowała na swoim ciele szlaczki, głęboko wnikające w poranioną skórę, docierające aż do kości.
- Boisz się Śmierci? - wysyczał odrażający w swym brzmieniu głos, docierając do wyczulonych uszu dziewczyny z lekkim opóźnieniem.
- Nie. Nie boję się niczego.
- A tego?  - wymruczał drugi, tyle że tym razem mniej odległy oraz jakby? znajomy. Przyjemnie oddziaływujący, dźwięczący w umyśle od samego początku. Zakorzeniony. Głęboko.
Zanim zajęta samookalaczaniem pieguska zdążyła się odwrócić czyjeś lodowate ciało okryło ciało dziewczyny niczym magiczną peleryną; stworzyło mydlaną bańkę- podniecającą i przerażającą zarazem. Dopiero teraz mogła przyjrzeć się obdarzającemu rudą mroźnymi pocałunkami Jacksona- chłopaka z marzeń; tak bliskiego, jednak tak odległego. W mgnieniu oka przeszła do inicjatywy, przejęła pałeczkę tak szybko i gwałtownie, że zdezorientowany chłopak wziął głęboki wdech, po czym począł nadrabiać momentalnie umykające, po chwili majaczące już w oddali zaległości.
Rose pozostawiała w lodowatej toni coraz to dłuższe oraz bardziej namiętne pocałunki pragnąc by ta chwila trwała jak najdłużej. By dwa ciała złączone w uścisku pozostały w nim już na wieki?
Jednak i tym razem szczęście stało po stronie Ciemności. Bańka mydlana pękła, a niebieskooki zniknął tak szybko jak się pojawił.
-I ty ode mnie uciekasz. Dlaczego mi to robisz?
Sięgnęła po malutki, dokładnie naostrzony nóż zapożyczony z kuchni. Przyglądała się błyskającemu ostrzu.
-Nie mam po co żyć. Nie mam po co istnieć.
Wystarczy jeden ruch. â??pomyślała; pozwoliła by ta myśl ogarnęła ją całą, otuliła swym ciepłem.
-Jeden by zniknąć. Czy to nie za łatwe?
Pchnięcie między żebra- z dokładnością przeliczone, wyczekiwane, nieuchronne przerwało potok myśli kłębiących się w głowie, a Rose poczuła rwący ból, tyle że? na prawym udzie.
Zawyła niczym raniony zwierz odrzucając zbędny przedmiot w głąb uśpionego skryptorium.
-Po jaką cholerę mi przeszkadzasz?! â??wychrypiała, zwijając się pod wpływem nagłego impulsu.
-Bo nie mogę pozwolić na Twoją śmierć. Pan czeka- tyle, że, na właściwy moment.
Powstała chwila wystarczyła na syczącą odpowiedź. Ta zaś pozostawiła po sobie głęboki ślad- wypaloną, ziejącą pustką dziurę.
-Wiem.

Poemat Schizofrenika, dzień trzeci. Koniec. A może jednak nie?
Powoli, stopniowo mgła przysłoniła nieprzytomnej z wycieńczenia dziewczynie widok; jej klatka piersiowa wzniosła się lekko; prawie niedosłyszalny świst wydobył się z pokaleczonych ust. Serce zabiło w szaleńczej nadziei, że to może jeszcze nie koniec, że może jeszcze jest nikła szansa. Jednak i tym razem, nie otrzymując pomocy z zewnątrz, zawiodło. Dało się usłyszeć jedynie delikatne ''bum bum", przenikające przez wątłą skórę - tym razem już ostatnie.
-Nie wiedziałam, że to będzie tak łatwe. -zaśmiała się głucho, zastanawiając się, gdzie dotrą wypowiedziane przezeń ciche słowa.
No właśnie. Nie wiedziała gdzie jest. Gdzie trafiła. Co się z nią stało. Dosłownie wszystko wokół niej układało się w ogromny znak zapytania pod postacią mleczno białego pasma mglistej poświaty ludzkich uczuć i myśli.
-Nie wiedziałam, że to będzie tak przyjemne.
Wszystko wokół zawirowało, powodując przyjemne ciepło rozchodzące się po nadal żywym ciele. Kłębowisko dymu, kości, rozpalonych serc oraz wspomnień bujało w przestworzach wraz z umysłem rozpromienionej pieguski.
Jest szansa. Jeszcze jest szansa. Tak. Ja to wiem.
Pokaleczona dłoń trzymała się kurczowo czegoś, co potocznie zwano życiem. Nagle, zupełnie bez żadnego ostrzeżenia zgubiła drogę do nikąd; kończyna zawisła bezwładnie w nicości, otchłani jasności tak rażącej swym blaskiem niczym rozpromienione słońce w zenicie. Mahoniowa, połączona z karmelem barwa tęczówek została przymknięta przez nieruchome już powieki, policzki ozdobiły delikatne rumieńce okalające zapadniętą twarz, a na ustach zabłąkał się uśmiech. Tylko on opowiadał historię nędznego życia, pełnego trosk i utrapień- tylko on widział wszystko; pozostał tylko on.
-Nie. To jeszcze nie koniec.
W zasięgu zamglonego wzroku majaczyła stara brama; wyglądała na dosyć często używaną, zważając na wytarcia oraz wyblakłe kolory barwiące przedmiot codziennego użytku. Zdezorientowaną dziewczynę ciągnęło by nacisnąć żeliwną klamkę, jakaś niewidzialna siła wręcz pragnęła tego, nic nie znaczącego gestu. Jednak szósty zmysł podpowiadał nie do końca świadomej swoich konsekwencji Rose, żeby pod żadnym pozorem nie wchodziła w głąb czeluści wszechobecnej mgły.
Wreszcie znudzona szaleńczą bitwą własnych myśli przykucnęła obok kamienistej dróżki, gdzieniegdzie wyłożonej złoconymi, drogimi kamieniami, które ni w ząb pasowały do wystroju tego? miejsca? Pomieszczenia? Budynku? Wciąż nie miała pojęcia gdzie się znalazła.
- Jestem Rose Willton.  - wychrypiała, odczuwając nieopisaną radość z zasłyszanego, własnego głosu.
- Jestem całkiem zwyczajną, przeciętną dziewczyną.
Psychiatra w Wirrawie polecił zdruzgotanej po śmierci matki piegusce by ta jeszcze częściej mówiła do siebie- określił to jako? ,,budowanie własnej wartości??. Rose zbyt dobrze wiedziała, że rozmowa z mrocznym cieniem nic nie da, jednak jakaś część ,,jej?? była niezwykle szczęśliwa, że młoda Willton ciągle słyszy i czuje. Ba! Że potrafi mówić.
- Trafiłam do prestiżowej szkoły o niecodziennej nazwie; przekraczając bramy placówki miałam rozpocząć nowe życie. -przełknęła ślinę, starając się przełknąć powstałą w gardle kluchę.
- I rzeczywiście, tak się stało. Uczyłam się szalonych zaklęć, uczestniczyłam w balu, mieszałam mikstury, zaznajamiałam się z nowymi trudnościami z jakimi miałam się zmierzyć. Aż do teraz.
Powolny chód wokół rozprzestrzeniającego się dymu przerodził się w szaleńczy bieg.
- Jestem Rose Willton. Dziewczyna. Zwykła nastolatka.
Pieguska zatrzymała się przy bramie, biorąc do płuc coraz większe dawki odżywczego tlenu. Wraz z nim do ciała dostarczono także niezbędnej adrenaliny.
- Rose. Dla innych pieguska. Lubię krwistą czerwień, grzanki z mlekiem, lazurową toń bezbrzeżnego oceanu.
Nie miała pojęcia dlaczego wyrzuca z siebie te wszystkie słowa; Luke ciągle powtarzał, że mimo zaleceń psychiatry, rozmowa z samym sobą nie przyniesie żadnych korzyści.
- Nie znoszę, gdy ktoś w moim towarzystwie siorbie, sama mam za to nieprzyjemny nawyk gładzenia błyszczącego ostrza noży.
Ale nie, tym razem dziewczyna miała coś do zakomunikowania. Chciała powiedzieć tylko jedno- najważniejsze, powodujące nieustanne drgawki krótkie zdanie. Nie przeszło przez gardło. Nie mogła go wypowiedzieć, nie potrafiła.
Nastolatka powtórnie wciągnęła maksymalną ilość tlenu do płuc, dokładnie w tym samym momencie otwierając pokaleczone usta.
Muszę to powiedzieć. Nie wierzę. Choć to nie może być prawda, to muszę usłyszeć to zdanie ubarwione moim głosem. Muszę.
-Jestem Rose Willton. I właśnie umarłam.
PIEGUSKA
Wnuk Oliwia
praca zgłoszona na konkurs w 2014 roku

"Iskra życia
"

    Każdej nocy, przykładając do poduszki zmęczoną głowę, widzę jego piękną twarz. Wyraźnie kreśloną linię malinowych ust. Duże brązowe oczy i delikatnie wystające kości policzkowe, które razem tworzą wzorzec wręcz dziewczęcej urody. Długie ciemne włosy, opadające na ramiona dodają mu jeszcze więcej wdzięku. Ta nocna mara towarzyszy mi całymi dniami. Mimo to wcale nie oceniam tego wspomnienia negatywnie, mam przynajmniej poczucie, że przyjaciel mnie nie opuszcza i wciąż jest na tyle blisko, bym mogła czuć się bezpieczna.
   Nasza wspólna historia zaczęła się pięć lat temu, kiedy byłam uczennicą trzeciej klasy podstawówki. Wtedy właśnie po raz pierwszy spędzałam wakacje z moim kuzynem, w Niemczech. Tam poznałam wszystkich jego znajomych. Jesteśmy dość sporą grupą młodych ludzi, których łączy wspólna pasja do muzyki, a różni wiek, kolor skóry, wyznanie, wykształcenie i na pierwszy rzut oka wspólnota, którą tworzymy wydaje się kompletnie nie mieć racji bytu. Mimo to Nikolas w nas uwierzył. W to, że potrafimy razem funkcjonować jako całość. Tamtego roku wszystko się zaczęło. Z biegiem czasu wieczorne spotkania na skate parku przerodziły się w nieodłączny element każdego dnia. Poznawaliśmy swoje problemy i słabości, każdego dnia uczyliśmy się stawiać im czoła. Niko okazał się wtedy prawdziwym mistrzem naszej drużyny. Sam nie miał łatwego życia. Pochodził z dobrej rodziny, ale miał rodziców, dla których liczyła się tylko praca, a on przypominał bardziej ulubioną maskotkę, odrzucaną w kąt po skończonej zabawie, niż syna. Mógł mieć wszystko, czego tylko dusza zapragnęła, ale nigdy nic nie brał. Nie wyciągał ręki po pieniądze rodziców, ani nie miał im za złe, że w ogóle nie poświęcają mu czasu. Starał się być samowystarczalny. Podejmował się wakacyjnej pracy i robił wszystko, by pomagać tym, którzy tej pomocy potrzebowali. Nigdy nie zapomnę jego kasztanowych zmęczonych oczu. Mimo to śmiał się i wciąż powtarzał, że zmęczenie jest jedynie nagrodą za ciężką pracę. Jednak najbardziej z tego bajkowego obrazka, jakim była jego osoba, zapamiętam radość i nieograniczoną energię, jaką był przepełniony. Jesteśmy bandą niezwykle utalentowanych dzieciaków, więc już po krótkim czasie stwierdziliśmy, że nie można tego zaniedbać. Równolegle ruszyły dwa projekty. Pierwszy taneczny, drugi typowo muzyczny. Po niedługim czasie zaczęły biec jednym torem i wręcz stały się od siebie zależne. Trzeci koncept był tylko Nikolasa i jego brata. Starszego o trzy lata Thomasa. Chłopcy odnaleźli się po latach rozłąki i uczyli się siebie na nowo. Jestem dumna, że mogłam z bliska oglądać ten wspaniały proces. Niedługo wszyscy zaczęliśmy dostrzegać jego pozytywne i negatywne strony. Byli jak ogień i woda, jednocześnie zwalczali się i wspierali nawzajem. Czasem ich nieznośne kłótnie przyprawiały nas wszystkich o mdłości, innym natomiast razem zazdrościliśmy im, że mają siebie nawzajem i tak świetnie się dogadują. Nasza twórczość z dnia na dzień przynosiła coraz to nowe efekty. Przy okazji dom Thomasa okazał się za mały dla nas wszystkich. Nie mieliśmy porządnej salki tanecznej, a sprzęt w studiu nie wytrzymywał natężenia codziennej pracy. Tom zaproponował nam, że siedzibą naszej bandy może być nowo założony klub jego ojczyma. Pomysł od razu porwał wszystkich. Rozpoczęła się wielka przeprowadzka. Przystosowaliśmy ogromny budynek w jednym z hamburskich kompleksów fabrycznych do pracy. Parkiet taneczny pokrył się specjalnym podłożem, na filarach zawisły ogromne lustra, pare ciekawych gadżetów spowodowało, że to chłodne jak dotąd miejsce  nabrało przyjemnego klimatu. Wspólnie stworzone graffiti  pokryło główną ścianę budynku. To było przypieczętowanie naszej przyjaźni, każdy członek zespołu dodał coś od siebie, tworząc jedyne i niepowtarzalne dzieło. W podziemiach budynku stworzyliśmy studio muzyczne. Ogromne przestrzenie zapewniały świetną akustykę. Ściany zdobiły nasze wspólne zdjęcia. Na pierwszy rzut oka pomieszczenie mogło wyglądać jak graciarnia, ponieważ każdy z nas przyniósł tu swoje ukochane rzeczy, które zapewniały mu natchnienie i dawały poczucie bezpieczeństwa. Dzięki tym drobiazgom nie odczuwaliśmy zmęczenia po całym dniu pracy. Oczywiście wszystko to wymagało sporego zastrzyku gotówki. Robiliśmy, co było w naszej mocy, żeby uczciwie na wszystko zapracować. W tym właśnie momencie Niko okazał się naszym wsparciem, a jego niewyczerpana energia dodawała nam wszystkim skrzydeł. Coraz to nowe pomysły jego brata na zarobienie pieniędzy w połączeniu z entuzjazmem zdawały się być tak łatwe i bliskie, jak na wyciągnięcie ręki. Stanowiliśmy tylko bandę dzieciaków, dla których nie było rzeczy niemożliwych. Nikolas był moim najlepszym przyjacielem, dzięki któremu czułam, że mam skrzydła. Jego delikatność i upór stanowiły wyjątkowo paradoksalne połączenie. Wątła postura powodowała, że zdawał się być niepozorny, lecz kiedy stawał przed statywem mikrofonu, wrażenie to rozpływało się jak poranna mgła. W oczach było wtedy widać tysiące ogników, które przeskakiwały na każdego, kto pogrążał się w jego głosie. To dzięki niemu odważyłam się po raz pierwszy wyjść na scenę. Do tej pory nasze ?akcje składkowe?, bo tak nazywaliśmy zbiórki pieniędzy potrzebne na wyremontowanie klubu, ograniczały się do mycia samochodów, pomocy starszym ludziom w wyprowadzaniu psów, koszeniu trawników, wolontariacie w przedszkolach. Każde z tych doświadczeń powodowało, że stawaliśmy się bogatsi o nową mądrość i kolejne natchnienie. Każdego wieczoru powstawały nowe piosenki i choreografie. W końcu Thomas stwierdził, że nasza twórczość powinna zarabiać sama na siebie. Na początku nie wiedzieliśmy, od której strony można by ten problem ugryźć, wszyscy byliśmy niesamowicie zestresowani, ale każdy w pocie czoła skupiał się na powierzonym zadaniu. W mojej gestii było przygotowanie dwóch autorskich kompozycji. Jako że odkryłam w sobie talent raperki, stworzyłam dwie świetne piosenki. Do późnych godzin nocnych siedzieliśmy w studiu, pracując nad przyszłym sukcesem. Zebraliśmy cały dotychczasowy dorobek bandy i nadaliśmy mu wymiar premierowego koncertu. Przygotowania pochłonęły nas w całości. Przy tej okazji poznawaliśmy się na nowo w innych niż dotychczas okolicznościach. On się jednak nie zmienił. Nadal był radosny i zdawał się niczym nie przejmować. Finał przedsięwzięcia miał nastąpić 28 sierpnia 2007r. W pobliskiej miejscowości Bad Fredrisch Halle przygotowano scenę. Wszyscy, oprócz mnie, mieli już za sobą występy publiczne. Odkąd Thomas poinformował nas o swoim pomyśle, byłam lekko zaniepokojona nieznaną dotychczas sytuacją. Mimo to udzielił mi się entuzjazm reszty grupy. Wszyscy nieustannie udzielali mojej osobie wskazówek i byli aż zanadto pomocni. Nie chcąc ich martwić, cierpliwie wszystkiego słuchałam i starałam się jakoś do tego ustosunkować. Najpomocniejszy okazał się wtedy Nikolas. Opowiadał mi śmieszne historyjki ze swoich występów, które raczej go kompromitowały niż sławiły, ale przynajmniej poprawiały mi humor. Thomas odegrał wtedy równie ważną rolę. Często mnie krytykował i nie pozwalał zbyt długo cieszyć się z sukcesów. Wciąż powtarzał, że jedno powodzenie jest tylko zapowiedzą szeregu niepowodzeń. Wtedy zapierałam się najmocniej, jak potrafiłam i dawałam mu silnie do zrozumienia, że nie złamie mnie nawet huragan Kathrina. Śmiał się wtedy perliście i zlecał kolejne zadania. W roli menagera sprawdzał się wręcz idealnie. Byłam z nich wszystkich najmłodsza, mimo to najwytrwalsza. Nie bałam się nowych wyzwań, tylko mnie one ciekawiły. Wszyscy zawsze mi powtarzali, że jestem dojrzalsza, niż wskazuje na to mój wiek, a w tamtej sytuacji znajdowało to potwierdzenie. Na dzień przed koncertem wszyscy udaliśmy się do miejscowości, gdzie miał się on odbywać. Scena była już gotowa. Ogromna i cała tylko dla nas. Wstęp był wolny, ale wszyscy mówili, że zapowiadają się spore tłumy. Cały Hamburg i wszystkie okoliczne miejscowości były upstrzone plakatami, które sami wykonaliśmy, więc nie dopuszczaliśmy do siebie innej opcji. Odbyła się pierwsza próba generalna. Trwała ponad cztery godziny. Wszystko zostało dostosowane do warunków i sytuacji. Po szczęśliwym końcu wszyscy wróciliśmy do klubu. Długo siedzieliśmy na podłodze, w wielkim okręgu i wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem, zastanawiając się nad tym, co tak niedawno stworzyliśmy. To niezwykłe, że tak wielu nastolatków, do tej pory żyjąca nieżalenie od siebie, nagle tworzy coś, bez czego nie potrafi funkcjonować, a to coś nie może istnieć bez któregokolwiek z elementów. Nagle Nikolas omiótł wzrokiem nasze twarze i zatrzymał się na czarnych jak węgielki oczach swojego brata. Wtem jednocześnie wypowiedzieli słowo ?Magazyn?. Od tamtego wieczoru tak się właśnie nazywaliśmy. Następnego dnia mieliśmy wyjść na scenę, już nie jako przypadkowa całość, ale jako ludzie zrzeszeni jednym wspólnym imieniem. Kolejny poranek spędziliśmy na wspólnych przygotowaniach. Dodawaliśmy sobie otuchy, opowiadając kawały, starając się jakoś rozładować sytuację, ale wszyscy czuliśmy, że stres wisi w powietrzu. Późnym popołudniem staliśmy za kulisami wielkiej sceny i nerwowo przestępowaliśmy z nogi na nogę. Dopiero teraz zaczęliśmy się zastanawiać, co będzie, jeśli się nie spodobamy, jeśli coś się nie uda. Przymknęłam delikatnie drżące powieki i wypuściłam z płuc niedawno zaczerpnięty haust powierza. Poczułam na ramieniu ciepłą dłoń przyjaciela. Kiedy spojrzałam w jego brązowe, śmiejące się do mnie oczy, cały stres przeminął. Za kulisy wszedł Patrick i Natalie, przybrani rodzice Thomasa, dzięki którym przygotowaliśmy to wszystko. Oznajmiając nam, że czas już iść na scenę, życzyli powodzenia. Wszyscy dosłownie wyskoczyliśmy na ogromny parkiet i zaczęliśmy tańczyć pierwszy układ do niedawno napisanej piosenki. Ciągle obserwowaliśmy na przemian siebie i publiczność, która już w trakcie trwania pierwszej choreografii całkowicie się ożywiła i pozostała taka do końca koncertu. To niesamowicie nam pomogło. Uczucia, które temu wszystkiemu towarzyszyły, to najlepsze emocje, jakie można czuć w życiu. Wolność, radość, chęć życia, to wszystko spowodowało, że promienne uśmiechy nie schodziły z naszych twarzy, a koncert zdawał się mieć duszę. W końcu przyszła kolej na mnie. Mocno ścisnęłam mikrofon w dłoniach i wyszłam na środek. Najpierw szybko obejrzałam się za siebie. Twarze moich przyjaciół były roześmiane i pełne dumy, czułam ich wsparcie. Z głośników zaczęła płynąć muzyka, a do mnie podszedł Niko, który mocno ściskając moją dłoń, dośpiewywał refreny. Tej chwili nie zapomnę do końca mojego życia, podobnie jak każdej spędzonej z nimi wszystkimi sekundy. Koncert powoli dobiegał końca, a my napawaliśmy się każdym momentem spędzonym na scenie. Żegnani gromkimi oklaskami i okrzykami tłumu zbiegliśmy ze sceny, by paść sobie w objęcia. Wszyscy byliśmy wykończeni. Płynęły łzy szczęścia i zachwytu, padały słowa podziękowań i podziwu. Następnego dnia emocje jeszcze nie do końca opadły, a podczas próby w klubie wkładaliśmy we wszystko zdwojoną porcję energii i zapału. Już zabraliśmy się za tworzenie nowych utworów i choreografii. Wszystko wydawało się takie łatwe. Teraz byliśmy pewni, że możemy wszystko. W końcu nadszedł dzień odjazdu. Kiedy 1 września 2007r. wróciłam do szkoły, byłam odmienioną osobą. Silniejszą, odważniejszą i o wiele bardziej nastawioną na odbieranie świata w pozytywnych barwach. Każdego dnia, kiedy się budziłam, włączałam muzykę i tańczyłam, śpiewałam, zamykałam oczy i wyobrażałam sobie, że stoję na parkiecie magazynu razem z moimi przyjaciółmi i jestem szczęśliwa. To dawało mi energię na cały dzień. Jednak nikomu w szkole o tym nie powiedziałam, nie uważałam tego za słuszne. ?Magazyn? był tylko mój i tylko dla mnie. Ze zniecierpliwieniem czekałam kolejnej przerwy w szkole, którą od tej pory spędzałam za naszą zachodnią granicą. Wszystko wydawało mi się łatwiejsze, kiedy z nimi byłam. Kiedy Niko był blisko, miałam wrażenie, że unoszę się wysoko nad ziemią. To niesamowite uczucie dawało mi chwilę wytchnienia. Od pierwszego koncertu minęło sporo czasu, więc postanowiliśmy przypomnieć się ludziom. Kolejny koncert, tym razem w wielkiej hali koncertowej, odbył się w środku zimy. Stojąc na scenie, miałam wrażenie, że jest lepiej niż za pierwszym razem. Porywaliśmy do zabawy wielu ludzi w różnym wieku. Tym razem wstęp był płatny. Mimo to zjawiło się trzy razy więcej osób niż poprzednio. Długo zastanawialiśmy się, na co przeznaczyć zarobione pieniądze. Niko i Tom opowiedzieli nam o hamburskim domu dziecka, w którym Thomas się wychował. Przekazaliśmy im sporą sumę pieniędzy i zagraliśmy tam drobny koncert. Z miesiąca na miesiąc stawaliśmy się popularniejsi, ale nie jako osobne jednostki, lecz jako grupa. Nikt nie wiedział, jakie pojedynczy członkowie mają imiona, wszyscy mówili ?Magazyn?. Mimo że byłam daleko, utrzymywałam z przyjaciółmi stały kontakt. Sama pisałam teksty piosenek i układałam proste układy. Żyłam od wyjazdu do wyjazdu. Czasem zdarzało się, że bywałam tam w weekendy. Stałam się nową osobą. Po trzech latach mieliśmy już spory bagaż doświadczeń i każdy z nas zaczął powoli kształtować się na swój własny, oryginalny sposób. Ze składu wyłoniły się cztery nowe zespoły: Burnin a live, Kings of the kids, Two of me i Danger zone. Kilka dziewczyn zajęło się modelingiem, jeszcze inne fotografią, malarstwem, Thomas zaczął uczyć się od swojego ojczyma sztuki tatuażu i wyczynowej jazdy samochodem, kilku chłopaków w pełni oddało się skatingowi. Mimo tego wszystkiego nadal tworzyliśmy całość. Spotykaliśmy się w naszym klubie i komponowaliśmy bez wytchnienia. Na przekór losowi staraliśmy się być jednością. Nie było już jednak tak kolorowo. Dorastaliśmy i mieliśmy coraz to nowe obowiązki i zmartwienia. Niko nie pozwolił nam zwątpić. Dawał nam siłę i nadzieję na lepsze jutro. To wszystko, dzięki niemu, stawało się prostsze. Kolejne występy dawały nam niewyobrażalną radość i były namacalną nagrodą za włożony w nie trud. Nigdy nie daliśmy wygrać zmęczeniu. Spędzaliśmy ze sobą każdą możliwą wolną chwilę i wspieraliśmy się nawzajem.  Pewnego dnia Niko i Tom poinformowali nas, że planują razem zamieszkać. Młodszy miał już dość ciągłych powrotów do pustego domu, a starszy chciał go mieć przy sobie, bo to znacznie ułatwiałoby mu zapomnienie o rodzicach, którzy porzucili go bez przyczyny. Na początku byliśmy sceptycznie nastawieni do tego karkołomnego pomysłu, ale w końcu, jednogłośnie, doszliśmy do wniosku, że żaden z nich nie ma nic do stracenia. Kiedy podnosiłam rękę głosując ?za?, nie miałam pojęcia, że przyczyniam się do zniszczenia niewinnego, tak bardzo dla mnie ważnego, życia. Już pod koniec tamtego tygodnia Niko miał uciec z domu i trafić pod bezpieczny dach swojego brata. W piątkowy wieczór skończyliśmy próbę koło godziny dwudziestej. Thomas nalegał, że pojedzie z Nikolasem do domu, zabiorą jego rzeczy i znikną bez śladu. Ten jednak uparł się, że załatwi to sam, bo przecież odległość od ich domów nie jest duża. Stwierdził, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, koło dziesiątej wieczorem zjawi się u brata. Nikolas mieszkał naprzeciwko mojego kuzyna, a Tom na drugim końcu jednej z dzielnic Hamburga. Rodzice Nikolasa, jak zwykle byli poza domem, więc postanowiliśmy z kuzynem, że będziemy mu towarzyszyć. Pomogliśmy mu się więc spakować i podtrzymywaliśmy go na duchu, kiedy ostatni raz przekręcał klucz w zamku. Jego zawsze szczęśliwe oczy były tamtego wieczoru dziwnie przygasłe i jakby wystraszone. Nie wiedziałam, co mogło być tego powodem. Zamiast zamartwiać się przyczyną, postanowiłam zwalczyć jej skutki. Zaczęłam rozweselać Niko na wszystkie, znane mi sposoby. Prawie mi się to udało, gdy nagle Nikolas podniósł się z krawężnika, na którym siedzieliśmy i podarował mi ciepłe spojrzenie, pełne bólu i tęsknoty. Uściskał mnie mocno i szepnął na ucho, że to ?Magazyn? daje mu siłę do życia i walki o nie. Ojcowski buziak zwieńczył jego pożegnanie. Następnie ścisnął dłoń Bartka i ruszył przed siebie. Letni, ciepły wiatr rozwiewał ciemne włosy, a światło przydrożnych latarni oświetlało jego piękną twarz.  Nie wiedziałam, dlaczego pożegnał mnie w ten sposób, nie wiedziałam, dlaczego w ogóle pożegnał. Mimo ciepłej nocy poczułam na twarzy zimny powiew wiatru, kiedy postać przyjaciela zniknęła za zakrętem. Kuzyn mocno ścisnął moją dłoń i poprowadził mnie do domu. Od razu powędrowałam do łóżka i padłam na nie kompletnie wykończona. Nie miałam pojęcia, co spowodowało to dziwne uczucie, ale postanowiłam się nie opierać i zregenerować siły snem. Zanim zdążyłam szczelnie zamknąć powieki, usłyszałam sygnał karetki pogotowia. Natychmiast zerwałam się na równe nogi i podbiegłam do okna. Ambulans mknął dokładnie w stronę, w którą jakieś pół godziny wcześniej udał się Nikolas. Instynktownie sięgnęłam po telefon i wybrałam z pamięci numer jego komórki. Nikt nie odpowiadał, próbowałam jeszcze dwa razy, po czym przerażona zbiegłam schodami w dół. Przy ogromnym oknie balkonowym stał mój kuzyn i ściskał w dłoni telefon komórkowy z włączonym wyświetlaczem. Podeszłam do niego i ciągnąc za ramię, pytałam, co się stało. Jego milczenie i tępy wzrok wklejony w ciemne okna domu naprzeciwko mówiły aż za dużo. Bezsilna padłam na podłogę. Kompletnie nie wiedziałam, co zrobić, nie potrafiłam nawet zaczerpnąć powietrza. Chwilę później przestrzeń pokoju wypełniła cię cichym łkaniem. Tkwiliśmy tak jeszcze długo, dopóki nie usłyszeliśmy dzwonka do drzwi. Bartek z trudem ruszył, aby je otworzyć. Chwilę później usłyszałam głos Thomasa, był załamany. Wbiegł do pokoju i rzucił się w moje ramiona, które odruchowo zacisnęły się na jego szyi. ?To wszystko moja wina, nie powinienem był go do tego namawiać. Powinienem uszanować jego zdanie. Powinienem wszystkiego sam dopilnować. Powinienem się bardziej starać. Powinienem cię bardziej doceniać. Chwalić was wszystkich. Tak bardzo was wszystkich przepraszam?. Chłonęłam wszystkie jego słowa jak gąbka. Było mi tak bardzo przykro i czułam tak niezmierną pustkę. Bałam się zamknąć oczy, bo kiedy tylko to robiłam, widziałam jego twarz, jego brązowe oczy i osty podbródek. Nie chciałam, żeby odchodził, ale nikt nie miał zamiaru zapytać mnie w tej sprawie o zdanie. Resztę nocy spędziliśmy w klubie. W takim samym okręgu jak przed pierwszym koncertem. Zostawiając jedno puste miejsce. Wpatrywaliśmy się w swoje zapłakane twarze, szukając w nich odpowiedzi na tyle pytań, które teraz trapiły nas wszystkich. Do rana nie zamknęłam oczu. Po południu wszyscy spotkaliśmy się przed kościołem. O dziwo, nikt nie był ubrany na czarno, nikt już nie płakał. Kiedy weszliśmy do wielkiej katedry i zobaczyliśmy czarną trumnę, na której tańczyły kolorowe smużki światła padające przez wielobarwne witraże, wiedzieliśmy, że to tylko kolejny początek. Nowy rozdział, który otwieraliśmy za każdym razem, kiedy wychodziliśmy na scenę. Tym razem naszą sceną miało być życie bez Nikolasa. Wiedzieliśmy, że to będzie najtrudniejsze jak do tej pory doświadczenie, ale świadomość, że razem jesteśmy silniejsi rzucała zupełnie inne światło na sprawę. Przez trzy dni pod rząd chodziliśmy do kościoła, a później zaszywaliśmy się w klubie i pracowaliśmy do późnego wieczora. Następnie siadaliśmy w kręgu, pośrodku wielkiej hali, zostawiając jedno wolne miejsce i wspominaliśmy przeszłość. Nie tylko przeszłość ?Magazynu?, lecz także  naszą. Dzień pogrzebu był wyjątkowo słoneczny, a słońce wręcz samo się do nas śmiało. Podążaliśmy za trumną, a przez nasze twarze przemykały drobne uśmieszki. Mimo uczucia pustki, jakie zostawił po sobie Niko, dał nam też tę wspaniałą umiejętność cieszenia się sobą nawzajem. ?Magazyn? nadal istniał, a my musieliśmy o niego dbać. Kiedy trumna była wpuszczana w dół, skupiliśmy się blisko siebie i zaśpiewaliśmy ukochaną piosenkę Nikolasa. Tę, którą napisał specjalnie na nasze pierwsze urodziny. Jej tekst opowiada o różnych historiach, które łączą się w jedno i stają się mocniejsze, są iskrą budzącą nasze serca do pracy, dającą nam natchnienie. Wszyscy ludzie dookoła na początku zareagowali sceptycznie, lecz później zdali sobie sprawę, że to było najpiękniejsze świadectwo prawdziwej przyjaźni, jakim mogliśmy obdarować naszego zmarłego przyjaciela. Chwytając się za ręce, wyszliśmy z  cmentarza. Zostawiliśmy tam wiele starych wspomnień, ale zaczęliśmy też kilka nowych. I tak, po dwóch latach od śmierci Nika, wciąż tam wracam, oddając się w całości pasji, którą zaczęłam dzięki niemu. Każdy z nas ma już swój odrębny rozdział w tej wielkiej księdze, zwanej ?Magazynem?. Ja na przykład pilnie się uczę, Thomas jest wziętym kompozytorem, gitarzystą, tatuażystą i ma swój własny klub, który nazywa się ?Magazyn? i jest dokładnie tym samym miejscem, które stworzyliśmy przed laty. Mój kuzyn studiuje w szkole morskiej w Hamburgu. Dziewczyny mają swoje studio fotograficzne. Inne pracują w agencji modelek. Wszystkie powstałe kilka lat temu zespoły dobrze sobie radzą na rynku, a nasi skaterzy mają wysokie noty w międzynarodowych mistrzostwach. Wciąż jesteśmy jednością i dajemy sobie siłę, żeby żyć i żeby walczyć o to życie. Będziemy tak trwali, jak długo się tylko da, a jako że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych, to znaczy, do końca. Nikolas jest teraz naszym patronem, którego wspomnienie stanowi dla nas motto. Staramy się pracować tak, jak on nas tego nauczył, czyli niosąc radość i zapał ludziom, którym ich brak. Spotkaniom często towarzyszą jego autorskie nagrania, a teksty są myślami przewodnimi koncertów i akcji charytatywnych, które organizujemy. Przed każdym występem najpierw spotykamy się w Magazynie, a później idziemy na cmentarz, żeby razem z naszym przyjacielem cieszyć się kolejnymi sukcesami.
                                                                   OLIWIA